Z życia wzięte. "Zawsze ją ratowałam": Dziś dorosła córka przez cały czas żyje z moich pieniędzy

zycie.news 2 godzin temu

– Mamo, tylko pożyczka do pierwszego. Obiecuję, iż oddam.

Stała w drzwiach z opuszczonym wzrokiem. Miała dwadzieścia sześć lat. Dyplom. Ambicje, o których kiedyś mówiła z błyskiem w oczach. A jednak wciąż bez stałej pracy.

Dałam jej pieniądze bez słowa.

Drugi raz było podobnie.
– Mamo, szef mnie wykorzystuje. To nie fair. Szukam czegoś lepszego.

Trzeci raz już się nie tłumaczyła. Po prostu siadała przy stole i czekała, aż zapytam, ile potrzeba.

Zawsze znajdowałam powód, żeby ją usprawiedliwić. Rynek pracy trudny. Ludzie okrutni. Pracodawcy wymagający. Ona wrażliwa. Delikatna. „Nie odnajduje się”.

Tak ją wychowałam.

Chroniłam przed każdą porażką. Pisałam usprawiedliwienia w szkole. Rozmawiałam z nauczycielami. Tłumaczyłam światu, iż „jest wyjątkowa, tylko potrzebuje czasu”.

Czas mijał.

Ona zmieniała staże, umowy-zlecenia, krótkie epizody w biurach i sklepach. Zawsze kończyło się tak samo: ktoś ją „nie docenił”, ktoś „miał do niej problem”.

– Nie będę pracować w miejscu, gdzie mnie nie szanują – mówiła dumnie.

A ja przelewałam kolejne pieniądze.

Emerytura topniała. Oszczędności, które odkładałam na spokojną starość, malały szybciej niż się spodziewałam. Zaczęłam odmawiać sobie wizyty u dentysty. Nowego płaszcza. Wyjazdu do sanatorium.

Bo córka potrzebowała „na czynsz”. „Na rachunki”. „Na kurs, który tym razem na pewno coś zmieni”.

Któregoś dnia przyszła bez zapowiedzi.

– Mamo, mam problem – zaczęła. – Muszę zapłacić zaległości, bo mnie wyrzucą z mieszkania.

Poczułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej.

– Straciłaś pracę?

Wzruszyła ramionami.

– To nie było dla mnie. Atmosfera była toksyczna.

Usiadłam ciężko na krześle.

– I ile tym razem?

Podała kwotę. Była większa niż wszystkie poprzednie.

– Nie mam tyle – powiedziałam cicho.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Jak to nie masz? Zawsze masz.

To „zawsze” uderzyło mnie mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie.

Zawsze byłam poduszką bezpieczeństwa. Zawsze ratunkiem. Zawsze miękkim lądowaniem po jej kolejnych porażkach.

I nagle zrozumiałam coś, czego bałam się od dawna: wychowałam dziecko, które nie nauczyło się upadać. Bo ja nigdy nie pozwoliłam jej naprawdę upaść.

– Tym razem nie dam – powiedziałam.

Zapadła cisza.

– Czyli co? Wolisz, żebym wylądowała na ulicy? – jej głos drżał, ale w oczach pojawiła się złość.

– Wolę, żebyś w końcu wzięła odpowiedzialność za swoje życie – odpowiedziałam, choć serce mi pękało.

Wstała gwałtownie.

– Zawsze myślałam, iż mogę na ciebie liczyć.

– Możesz – powiedziałam. – Ale nie w ten sposób.

Wyszła, trzaskając drzwiami.

Siedziałam długo przy stole, patrząc na swoje dłonie. Drżały. Nie wiedziałam, czy zrobiłam dobrze. Czy nie przekreśliłam relacji z własnym dzieckiem.

Ale wiedziałam jedno: jeżeli dalej będę płacić za jej błędy, nigdy nie nauczy się żyć.

Boli mnie to każdego dnia. Kiedy nie dzwoni. Kiedy milczy.

Może rzeczywiście wychowałam niezgułę.

A może wychowałam córkę, której nigdy nie pozwoliłam stać się dorosłą.

Idź do oryginalnego materiału