Ufałam mu, bo przecież był moim synem. Od lat miałam stary telefon, ledwo działający, z pękniętym ekranem. Nie skarżyłam się. Zawsze powtarzałam sobie, iż są ważniejsze wydatki, iż „jeszcze wytrzyma”. Ale w końcu syn sam zaproponował, iż mi pomoże.
– Mamo, przelej mi pieniądze, kupię ci porządny telefon, nie będziesz się męczyć – powiedział.
Ucieszyłam się jak dziecko. Nie dlatego, iż chodziło o telefon. Chodziło o to, iż poczułam się zaopiekowana. Potrzebna. Ważna.
Przelałam pieniądze od razu. Całą kwotę, którą odkładałam miesiącami. Emerytura nie jest wysoka, więc każdy grosz miał znaczenie. Zrobiłam to z przekonaniem, iż wieczorem albo następnego dnia dostanę wiadomość: „Mamo, kupione”.
Czekałam.
Mijały godziny. Telefon milczał. Pomyślałam, iż może są zajęci, iż wybierają model, porównują ceny. Nie chciałam się narzucać. Nigdy nie byłam tą matką, która dzwoni co godzinę.
Wieczorem zadzwonił telefon.
Nie syn.
Synowa.
Już po jej tonie wiedziałam, iż coś jest nie tak. Nie było w nim ciepła. Była irytacja, jakby ktoś zmuszał ją do rozmowy, której nie chciała prowadzić.
– Dzwonię w sprawie pieniędzy – zaczęła bez wstępu. – My z mężem ustaliliśmy, iż telefonu pani nie kupimy.
Zamarłam.
– Jak to… nie kupicie? – zapytałam cicho. – Przecież to były pieniądze na telefon. Dla mnie.
Westchnęła głośno, demonstracyjnie.
– Proszę pani, my teraz mamy inne wydatki. Kredyt, dziecko, życie. Uznałam, iż te pieniądze bardziej przydadzą się u nas. Telefon może pani kupić sobie później.
Uznałam.
To jedno słowo uderzyło mnie mocniej niż wszystko inne.
– To… to były moje pieniądze – wyszeptałam. – Ja je przelałam tylko po to, żeby syn kupił mi telefon.
Zapadła krótka cisza. A potem usłyszałam coś, czego nie zapomnę do końca życia.
– Skoro pieniądze są już u nas, to zostają u nas – powiedziała chłodno. – Proszę nie robić z tego problemu. Rodzina powinna się wspierać.
Rodzina.
Czyli ja mam oddać wszystko, a choćby nie zapytać dlaczego.
Ręce zaczęły mi drżeć. Serce waliło mi w piersi jak młot. Czułam wstyd, upokorzenie i coś jeszcze gorszego – poczucie, iż zostałam wykorzystana. Jak dziecko, które zaufało nie temu, komu trzeba.
– A co na to mój syn – zapytałam.
– Wie – odpowiedziała krótko. – I się zgodził.
To zabolało najbardziej.
Nie to, iż nie dostanę telefonu.
Nie to, iż straciłam pieniądze.
Tylko to, iż mój własny syn pozwolił, żeby ktoś w moim imieniu „ustalał”, co mi się należy.
Rozłączyła się, zanim zdążyłam coś powiedzieć.
Siedziałam w ciszy, patrząc na stary telefon leżący na stole. Ekran znów migotał. Jakby drwił. Pomyślałam o wszystkich latach, kiedy pomagałam synowi. Kiedy pożyczałam pieniądze. Kiedy gotowałam, opiekowałam się wnukami, milczałam, żeby nie robić problemów.
I nagle zrozumiałam coś bardzo bolesnego.
Dla nich nie byłam matką.
Byłam portfelem.
Zadzwoniłam do syna. Nie odebrał. Napisałam wiadomość. Krótką. Bez wyrzutów. Bez emocji.
„Pieniądze przelałam na telefon, nie na wasze potrzeby. Proszę je oddać.”
Nie odpisał tego dnia. Ani następnego.
Telefonu nie mam do dziś.
Pieniędzy też nie.
Ale straciłam coś jeszcze.
Zaufanie.
A to boli najbardziej, bo zaufania do własnego dziecka nie da się już tak łatwo odzyskać.











