Miałem pięćdziesiąt dwa lata, lekko siwiejące skronie i przekonanie, iż jeżeli obok mnie będzie szła kobieta dwadzieścia lat młodsza, to wszyscy zapomną, ile naprawdę mam lat. Moja była żona, Elżbieta, mówiła kiedyś:
— Andrzej, ty nie szukasz miłości. Ty szukasz lustra, które będzie ci kłamało. Wtedy śmiałem się jej prosto w twarz.
— Zazdrościsz — odpowiadałem. — Bo młode kobiety jeszcze potrafią cieszyć się życiem.
Na początku naprawdę wydawało mi się, iż wygrałem los na loterii. Spotykałem się z dziewczynami, które mogłyby być koleżankami mojej córki. Zabierałem je do restauracji, kupowałem kwiaty, płaciłem za kolacje, bilety, taksówki. Kiedy jedna z nich mówiła:
— Pan jest taki inny niż chłopcy w moim wieku — prostowałem się dumnie i udawałem, iż nie słyszę tego „pan”.
Najbardziej spodobała mi się Patrycja. Miała dwadzieścia siedem lat, wielkie oczy i śmiech, który sprawiał, iż ludzie przy stolikach odwracali głowy.
— Andrzej, przy tobie czuję się bezpiecznie — mówiła, dotykając mojej dłoni.
A ja, głupi, słyszałem: „jesteś wyjątkowy”, choć powinienem usłyszeć: „jesteś wygodny”.
Patrycja gwałtownie zaczęła potrzebować pomocy. Najpierw zepsuł jej się telefon. Potem zabrakło na kurs językowy. Potem właściciel mieszkania „nagle podniósł czynsz”.
— Nie musisz mi pomagać — mówiła za każdym razem, spuszczając oczy. — Jakoś sobie poradzę.
I za każdym razem wyciągałem kartę, bo chciałem być rycerzem, nie starym rozwodnikiem z brzuchem i alimentami. Kiedy córka zapytała:
— Tato, czy ty jesteś pewien, iż ona jest z tobą, a nie z twoim portfelem? — obraziłem się śmiertelnie.
— Ty nic nie rozumiesz — warknąłem. — Po prostu boli cię, iż ktoś mnie docenia.
Córka spojrzała wtedy na mnie ze smutkiem.
— Nie, tato. Boli mnie, iż ty sam siebie tak mało cenisz.
Wstyd przyszedł w sobotę, w drogiej restauracji, do której Patrycja zaprosiła mnie na swoje urodziny. Myślałem, iż będziemy sami. Kupiłem jej złotą bransoletkę, założyłem najlepszą marynarkę i spryskałem się perfumami, które doradził mi sprzedawca o połowę młodszy ode mnie. Kiedy wszedłem do sali, przy dużym stoliku siedziało kilkanaście osób. Same młode twarze. Patrycja pomachała do mnie.
— Andrzej! Tutaj! Chodź, kochany!
Poczułem się dumny, dopóki nie usłyszałem, jak jeden z chłopaków szepcze do drugiego:
— To ten sponsor? Ten, co jej opłacił wakacje?
Drugi parsknął śmiechem.
— Cicho, bo dziadek usłyszy.
Udawałem, iż nie słyszę. Usiadłem obok Patrycji, podałem jej prezent, a ona otworzyła pudełko przy wszystkich.
— Ojej, śliczna! — zawołała. — Widzicie? Mówiłam, iż Andrzej ma klasę.
Ktoś przy stole zaklaskał ironicznie. Ktoś inny rzucił:
— Szacun, Patka, emerytura zabezpieczona.
Wtedy poczułem, jak twarz zaczyna mnie palić.
— Patrycja — powiedziałem cicho. — Możemy porozmawiać na osobności?
Przewróciła oczami.
— Oj, Andrzej, nie bądź sztywny. To żarty.
— Żarty? — zapytałem. — Tak mnie przedstawiasz znajomym? Jako sponsora?
Odpowiedziała dopiero wtedy, gdy rachunek przyniesiono prosto do mnie. Nie do niej. Nie na środek stołu. Do mnie. Kelner położył go obok mojego talerza, a Patrycja uśmiechnęła się słodko. — Kochanie, ty ogarniesz, prawda? Przecież to moje urodziny. Spojrzałem na kwotę i coś we mnie pękło. Nie przez pieniądze. Przez to, iż nagle zobaczyłem siebie oczami tych ludzi: desperata, który kupował cudzą młodość, bo nie umiał pogodzić się z własnym wiekiem.
Wstałem powoli.
— Nie — powiedziałem. — Tym razem każdy płaci za siebie.
Patrycja zbladła.
— Chyba żartujesz.
— Nie. Żarty już się skończyły.
Wyszedłem z restauracji przy śmiechach i szeptach, ale za drzwiami nie czułem ulgi. Czułem potworny wstyd. Zadzwoniłem do córki. Odebrała po chwili.
— Tato? Coś się stało?
Przez kilka sekund nie mogłem mówić.
— Miałaś rację — wyszeptałem. — Byłem głupi.
— Nie byłeś głupi — odpowiedziała łagodniej, niż zasługiwałem. — Byłeś samotny. To różnica, ale samotność też potrafi człowieka oślepić.
Kilka dni później spotkałem Elżbietę pod przychodnią. Szła spokojnie, z siatką jabłek i tym samym ciepłym spojrzeniem, którego kiedyś nie doceniałem.
— Dobrze wyglądasz — powiedziałem. Uśmiechnęła się lekko. — Bo już nie muszę nikomu udowadniać, iż jestem wystarczająca.
Chciałem ją przeprosić za wszystkie młode kobiety, którymi próbowałem ją upokorzyć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Zrozumiałem wtedy, iż po rozwodzie nie szukałem nowego życia. Szukałem kogoś, przy kim mógłbym udawać, iż czas mnie nie dotyczy. A skończyłem jako człowiek, który najadł się wstydu, bo pomylił zainteresowanie z cennikiem.







