Przyroda familijnie

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. Dawid Tatarkiewicz


Po drodze

W ogóle, pogoda była prawdziwie w kratkę. Ocieplane spodnie, które miałem na sobie, sprawdzały się znakomicie podczas deszczu i uporczywie wiejącego dziś wiatru, a krótki rękawek był świetny w tych chwilach, w których słońce wychodziło zza ciemnych chmur i świeciło prosto w wysokie czoło piszącego te słowa.

Przed samym Uzarzewem, w Katarzynkach, minąłem pole pełne rzepaku – w wersji z owocami, a więc już nie żółte, ale zielone w wyrazie. Witały mnie swą piosenką trznadle, których ponowna aktywność głosowa zwracała uwagę. Wkrótce, wraz z wychodzącym wreszcie słońcem i zbliżaniem się do Uzarzewa, wokalny szpaler utworzyły kapturki i zaganiacz. Tu również radośnie nadawały, wzbogacając doznania audio, okoliczne trznadle.

Całość dopełniał zapach ziemi i zieleni po deszczu, z przebijającą się nutą kwitnącego tu obficie czarnego bzu. W oddali odezwały się żurawie – przypominając mi minioną już wczesną wiosnę. Zakrakał kruk. Słońce znowu schowało się za chmurami i w tych okolicznościach przyrody, po około czterech kilometrach marszu, wkroczyłem do Uzarzewa.

Na miejscu

Strzelista wieża kościało ryglowego z XVIII wieku wychyliła się zza koron drzew, a przez płot przydrożnej posiadłości przewieszało się kilka odmian róż. Ich intensywny zapach buchnął mi w nozdrza wraz z kolejnym powiewem wiatru. W związku z tą mocno dynamiczną aurą spodziewam się mniejszej frekwencji niż na festynie ornitologicznym. Było to nieuniknione, chociaż i dziś odnotowałem obecność samochodów zaparkowanych wzdłuż drogi.

Tutejsze Muzeum Przyrodniczo – Łowieckie zorganizowało tym razem Międzypokoleniowy Piknik Przyrodniczy „Razem bliżej natury”. Kiedy wszedłem na teren parku, uczestnicy wydarzenia zebrani przed pałacem tańczyli właśnie poloneza, prowadzeni przez animatorkę zgrabnie zarządzającą korowodem. Dzięki temu prowadzeniu, całość wyglądała tak, jakby była to już próba generalna, a nie pierwszy wspólny taniec, w którym rzeczywiście udział wzięli przedstawiciele kilku pokoleń.

Polonez trwał długo i kto wie, ile jeszcze by potrwał (wszak wszyscy bawili się świetnie), gdyby nie prysznic z nieba, który nieco ostudził powszechny zapał do obniżania chodu co trzecią nutę. Później, w kuluarach, słyszałem, iż dla wielu był to pierwszy odtańczony polonez od czasu tego maturalnego…

Po posiłku regeneracyjnym udałem się na obchód okolicznych namiotów, w których prezentowały się między innymi organizacje seniorskie z regionu, przeprowadzające bogate tematycznie warsztaty. Sam otrzymałem zaproszenie do nauki haftu, niemniej wiedząc, iż za chwilę wyjmę z torby aparat fotograficzny i będę nieco zajęty – nie skorzystałem z uprzejmej propozycji.

Po drodze mijałem interesujące gry i zabawy prowadzone na świeżymi powietrzu, które – wobec naporu i nadmiaru bodźców ekranowych (smartfony, tablety, komputery, telewizory) – powoli już odchodzą w zapomnienie. Można więc było porzucać woreczkami do drewnianych „kręgli”, poodbijać piłkę kijem krokietowym (lub jemu podobnym), porzucać sznurkiem zakończonym drewienkami do ustawionych w pewnym oddaleniu żerdek, czy wreszcie – pod okiem ubranego stosownie do okoliczności instruktora – postrzelać z łuku.

Przypomniało mi się dawno minione dzieciństwo, a pisząc te słowa uświadomiłem sobie, iż „całe wieki” już nie widziałem dzieci bawiących się chociażby w gonito. Do tego potrzebne są tylko i wyłącznie własne nogi, ale najlepiej takie używane, niezasiedziałe…

Łyk sztuki, haust historii

Czerwony namiot nie czekał długo, by w jego sąsiedztwie pojawiła się publiczność – za sprawą teatru „Mozaika” z Poznania. Spektakl „Jesteś cudem” zgromadził publiczność w każdym wieku i każdy mógł odczuć własną cudowność. Czytelników moich tekstów nie muszę chyba przekonywać, iż pojęcie cudu, rozciągniętego na naszą codzienność, jej rzeczywistość przyrodniczą i, iż tak powiem, osobniczą – jest mi bliskie. Oglądałem więc spektakl z uśmiechem, ale i podziwem dla młodych wykonawców, którzy z czuciem, a choćby śpiewająco występowali na scenie.

Zupełnie inne w charakterze było przedstawienie, które odbyło się po krótkiej przerwie przed namiotem obok. Dzieci i dorośli dobrze przyjęli tę formułę, podaną zresztą z przymrużeniem oka, i dobrze się bawili. I w tym występie kryło się wiele ważnych treści.

Była to w rzeczywistości żywa lekcja historii w postaci inscenizowanej prelekcji, opowieści zbudowanej na legendzie o Lechu, Czechu i Rusie. Na koniec, chętni mogli na własnej skórze odczuć ciężar kolczugi, miecza, hełmu i tarczy. Pouczające doświadczenie.

Czas mijał więc szybko. Chwilę po drugim przedstawieniu zostaliśmy zaproszeni do kolejnego wspólnego tańca. W przeboju „Parasolki” doskonale odnaleźli się i dorośli, i dzieci (niekoniecznie tylko tańcząc – puszczanie samolotu też stało się swoistym wyrazem scenicznym). Trzeba przyznać, iż pogoda była łaskawa i umożliwiła przeprowadzenie najważniejszych punktów programu bez większych problemów. Gościnne progi Muzeum opuszczałem w takt muzyki.

Idź do oryginalnego materiału