Z życia wzięte. "Moja 67-letnia matka znalazła nowego męża": Jestem przeciwna. Jak mogła tak postąpić

zycie.news 2 godzin temu

— Poznałam kogoś — oznajmiła, nalewając herbatę do filiżanek, które pamiętały jeszcze czasy, gdy byłam dzieckiem.

Za oknem padał deszcz. Krople spływały po szybie, a ja myślałam o tym, iż mama ma sześćdziesiąt siedem lat i iż pewne historie powinny już mieć kropkę. Że po śmierci taty — po tej długiej chorobie, po nocy, kiedy zadzwonił telefon i mój świat zmienił kształt — życie powinno się ułożyć w spokojną, przewidywalną ciszę.

— Kogoś? — powtórzyłam. — Mamo… co ty mówisz?

Uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu było napięcie. Jakby spodziewała się mojej reakcji.

— Ma na imię Marian. Jest wdowcem. Poznaliśmy się na rehabilitacji. Pomagał mi, kiedy bolało kolano.

Zacisnęłam palce na łyżeczce.

— Ile to trwa?

— Kilka miesięcy.

Kilka miesięcy. W mojej głowie to brzmiało jak zdrada. Jakby czas, który spędziła w żałobie po ojcu, miał jakiś regulamin, którego nie wolno łamać. Jakby jej samotność była pomnikiem, który powinna pielęgnować z szacunku do naszej rodziny.

— I co, chcesz mi powiedzieć, że… — urwałam, bo nie umiałam znaleźć słowa.

— Że pobierzemy się — dokończyła spokojnie.

Herbata w mojej filiżance zadrżała. Poczułam, jak w gardle rośnie mi twarda gula, a w klatce piersiowej pojawia się wściekłość, której się po sobie nie spodziewałam.

— Nie. — To wyszło ze mnie jak odruch. — Mamo, nie możesz.

Podniosła wzrok.

— Nie mogę?

— To… to nie w porządku. — Słowa brzmiały dziecinnie, ale nie umiałam lepiej. — Tata… On dopiero… Mamo, jak ty możesz?

W jej spojrzeniu coś się zmieniło. Zgasła łagodność. Pojawiła się twardość, której nie widziałam od lat.

— Bo żyję — odpowiedziała. — A nie tylko istnieję.

— Ale masz sześćdziesiąt siedem lat! — wyrzuciłam z siebie, jakby ta liczba była argumentem, jakby wiek miał prawo decydować o czyimś sercu. — Co ludzie powiedzą? Co ja mam powiedzieć?

— To, iż twoja matka przestała być sama — odparła. — Albo nic.

Zerwałam się z krzesła. Krzesło uderzyło o podłogę, aż zadźwięczało.

— Ty nie rozumiesz! — mój głos podniósł się mimowolnie. — Ten dom… to był dom taty. Wszystko tutaj… jego zdjęcia, jego książki… A ty chcesz wprowadzić tu obcego mężczyznę?

Mama odłożyła łyżeczkę. Bardzo powoli. Jakby każde jej drgnięcie mogło wywołać wojnę.

— Obcego? — powtórzyła. — A ja? Kim ja jestem w twojej historii? Tylko wdową po twoim ojcu?

Zamilkłam.

— Przez trzy lata po jego śmierci — mówiła dalej, cicho, ale stanowczo — budziłam się w nocy i słyszałam w głowie dźwięk aparatury ze szpitala. Patrzyłam na jego stronę łóżka i czułam pustkę tak wielką, iż miałam wrażenie, iż mnie wciągnie. Wstawałam rano, robiłam wszystko, co trzeba, bo trzeba było. Dla ciebie. Dla rodziny. Dla „porządku”. A kiedy wracałam do domu, cisza była jak ściana.

Stałam nieruchomo. Nie chciałam tego słuchać. Bo jeżeli to przyjmę, będę musiała przyznać, iż mama cierpiała inaczej, niż ja to sobie ułożyłam.

— Marian — powiedziała po chwili — nie zastępuje twojego ojca. Nikt go nie zastąpi. On po prostu… jest. Pyta, czy zjadłam. Śmieje się ze mną. Przypomina mi, iż mam jeszcze ciało, głos, dni, które nie muszą być karą.

Zacisnęłam szczękę.

— A ja? — zapytałam cicho. — A co ze mną? Ja mam patrzeć, jak ty… zaczynasz od nowa?

Mama wstała. Podeszła bliżej. Ujęła moją dłoń. Miała chłodne palce, jak zawsze, a jednak jej chwyt był mocny.

— Ty nie tracisz ojca drugi raz — powiedziała. — Ty tracisz kontrolę nad tym, jak wyobrażałaś sobie moją rolę.

Te słowa były jak policzek. Bo trafiały w samo sedno. Chciałam, żeby mama była taka, jak ją pamiętam: oddana, przewidywalna, „nasza”. Chciałam, żeby jej życie po tacie było czymś zamkniętym, czymś, co mogę zrozumieć i uporządkować. A ona robiła coś, czego nie umiałam zaakceptować: wybierała siebie.

— Jestem temu przeciwna — powiedziałam w końcu, bo to było jedyne, co jeszcze mogłam powiedzieć. — Nie chcę tego.

Mama puściła moją dłoń. Jej oczy zaszkliły się, ale głos pozostał spokojny.

— Wiem — odparła. — I bardzo bym chciała, żebyś była po mojej stronie. Ale nie oddam reszty życia w twoje ręce, tylko dlatego, iż boisz się zmian.

Wtedy zobaczyłam, jak bardzo jest zmęczona. Nie starością. Oczekiwaniami. Naszymi spojrzeniami, które przez lata mówiły jej, kim ma być.

— Ślub będzie w maju — dodała cicho. — Nie musisz przyjść. Ale jeżeli nie przyjdziesz, to nie karzesz jego. Karzesz mnie.

Zostałam w tej kuchni, wśród filiżanek i zdjęć, z sercem rozdartym na pół. Bo część mnie krzyczała, iż to zdrada. A druga — ta, której nie chciałam słuchać — szeptała, iż największy dramat nie polega na tym, iż mama znalazła nowego męża.

Tylko na tym, iż ja nie potrafię pogodzić się z tym, iż moja matka jest kimś więcej niż tylko „mamą”.

Idź do oryginalnego materiału