Znam na pamięć każdą rysę na parapecie i każdy liść na starym kasztanie, który rośnie przed budynkiem. Mieszkam tu już cztery lata, choć dla mnie to cała wieczność odmierzana rytmem podawanych leków i stukotem wózków na korytarzu.
Obok mojego łóżka leży telefon. Stary, z dużymi przyciskami, który córka kupiła mi „na pożegnanie”, gdy podpisywałam dokumenty w biurze dyrektora.
– Mamo, będę dzwonić codziennie. Jak tylko ogarniemy remont w twoim dawnym pokoju, pomyślimy, co dalej – powiedziała wtedy, unikając mojego wzroku.
Remont musiał się już skończyć. Minęły cztery zimy, cztery wiosny, a telefon milczy jak zaklęty.
Patrzę na swoje dłonie – są chude i przeźroczyste jak pergamin. Te ręce kiedyś pracowały na dwa etaty, żebym mogła opłacić jej prywatne lekcje angielskiego. Te ręce gotowały jej ulubione zupy, gdy wracała zapłakana ze szkoły. To ja sprzedałam swoją biżuterię po babci, żeby dołożyć jej do wkładu własnego na to piękne mieszkanie, w którym teraz pewnie pije kawę, nie myśląc o mnie.
Zrobiłam dla niej wszystko. Kiedy mąż odszedł, byłam dla niej matką i ojcem. Rezygnowałam z własnych marzeń, z nowych ubrań, z wakacji, byle tylko ona miała to, co inne dzieci z „dobrych domów”. Myślałam, iż buduję fundament naszej wspólnej starości. Nie wiedziałam, iż buduję jej wolność ode mnie.
Najgorsze są wieczory. Inne pensjonariuszki czasem dostają telefony. Słyszę ich radosne głosy: „Tak, kochanie, u mnie dobrze... wycałuj wnuki”. Ja wtedy udaję, iż śpię. Zaciskam powieki, żeby nikt nie widział łez, które w moim wieku palą jak kwas.
Wczoraj nie wytrzymałam. Drżącym palcem wybrałam jej numer. Znałam go na pamięć, choć nie dzwoniłam od miesięcy, bo obiecałam sobie, iż nie będę się narzucać.
„Wybrany numer nie istnieje lub jest czasowo niedostępny” – usłyszałam chłodny, metaliczny głos automatu.
Zmieniła numer. Nie podała mi nowego. To odkrycie zabolało bardziej niż artretyzm, bardziej niż świadomość, iż umrę wśród obcych ludzi.
Pielęgniarka weszła do pokoju, by poprawić mi poduszkę.
– Pani Janino, znowu pani przy tym oknie? Może włączy pan telewizor?
– Nie, dziękuję, pani Basiu – szepnęłam, gładząc zimną obudowę telefonu. – Córka obiecała, iż zadzwoni. Pewnie ma teraz dużo pracy, wie pani, ona jest taka zdolna, taka zajęta... Może po prostu aparat się zepsuł?
Skłamałam. Skłamałam jej i sobie, po raz tysięczny. Telefon był sprawny. To serce mojej córki przestało nadawać na moich falach. Oddałam jej swoje życie kawałek po kawałku, aż nie zostało mi nic, prócz tego starego telefonu, który jest teraz jedynym dowodem na to, iż kiedyś miałam dla kogo się poświęcać.








