Po śmierci mojego męża minęło ponad dziesięć lat. Na początku wszyscy byli dla mnie bardzo troskliwi. Córka często do mnie dzwoniła, wnuczka wpadała z wizytą, sąsiedzi pytali, czy czegoś nie potrzebuję.
Ale z czasem moje życie zaczęło się kurczyć.
Zostałam sama w dużym mieszkaniu, a cisza stawała się coraz bardziej nieznośna. Po kilku latach córka zaproponowała, żebym zamieszkała u niej i jej rodziny.
— Będzie ci raźniej — powiedziała.
Wprowadziłam się.
Z czasem jednak poczułam, iż w tym domu jestem bardziej gościem niż domownikiem. Pomagałam w gotowaniu, sprzątaniu, pilnowałam prawnuka, kiedy było trzeba. Starałam się nikomu nie przeszkadzać.
I wtedy poznałam Jana.
Spotkaliśmy się w parku. Najpierw tylko rozmawialiśmy na ławce. Potem zaczęliśmy chodzić razem na spacery, do kina, czasem na kawę. Z nim znowu czułam się jak kobieta, a nie tylko babcia.
Po kilku miesiącach powiedział coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
— Wyjdź za mnie.
Śmiałam się wtedy, ale w głębi serca poczułam ogromną radość.
Kiedy powiedziałam o tym w domu, zapadła cisza.
Moja wnuczka spojrzała na mnie tak, jakby usłyszała coś niestosownego.
— Babciu, przecież ty masz sześćdziesiąt pięć lat — powiedziała z niedowierzaniem.
— Wiem — odpowiedziałam spokojnie.
— To śmieszne — dodała ostro. — W twoim wieku ludzie nie biorą ślubów, tylko zajmują się rodziną.
Poczułam, jak coś ściska mnie w środku.
— Ja też mam prawo do życia — powiedziałam.
Ale ta rozmowa tylko wszystko pogorszyła.
Kilka dni później wnuczka powiedziała wprost:
— jeżeli chcesz się zachowywać jak zakochana nastolatka, to rób to gdzie indziej.
Te słowa bolały bardziej, niż się spodziewałam.
Stałam w przedpokoju z jedną walizką, patrząc na drzwi domu, w którym przez ostatnie lata próbowałam być potrzebna.
I wtedy zrozumiałam jedną rzecz.
Całe życie spełniałam oczekiwania innych.
Może więc w wieku sześćdziesięciu pięciu lat przyszedł wreszcie czas, żeby zrobić coś dla siebie.
Podniosłam walizkę.
Jan czekał na mnie na końcu ulicy.








