Właściciel dał mi czas do końca tygodnia. Siedziałam na podłodze, patrząc na moich synów – sześcioletniego Kamila i czteroletniego Franka – którzy spali wtuleni w siebie na rozkładanej sofie. To dla nich musiałam schować dumę do kieszeni.
Pojechałam do teściów. Ich dom, wielki, piętrowy, z pustymi pokojami na górze, lśnił w świetle latarni. Wiedziałam, iż mają tam dwa wolne pokoje, które od lat stoją nieużywane, czekając na „lepsze czasy”.
Kiedy otworzyli drzwi, poczułam bijące od nich ciepło kominka i zapach domowego obiadu. Ale ich twarze pozostały chłodne.
– Mamo, tato... – zaczęłam, czując, jak gardło mi się zaciska. – Właściciel wypowiedział nam umowę. Nie mam dokąd pójść z chłopcami. Proszę, pozwólcie nam zamieszkać na górze tylko na kilka miesięcy. Będę płacić za media, będę sprzątać, nie poczujecie, iż tam jesteśmy.
Teść spojrzał na zegarek, a teściowa powoli poprawiła koronkowy obrus na stole.
– Magdo, już o tym rozmawialiśmy – zaczęła teściowa tym swoim spokojnym, beznamiętnym głosem. – My z ojcem zapracowaliśmy na ten spokój. Mamy swoje przyzwyczajenia, swoje rytuały. Dzieci robią hałas, biegają, niszczą rzeczy. My już swoje dzieci wychowaliśmy.
– Ale to są wasze wnuki! – wykrzyknęłam, a łzy w końcu przełamały tamę. – To krew z waszej krwi! Przecież nie proszę o pałac, tylko o dach nad głową dla tych maluchów, żeby nie trafiły do ośrodka!
Teść wstał i podszedł do okna, odwracając się do mnie plecami.
– Trzeba było myśleć o tym wcześniej. Trzeba było lepiej układać sobie życie z naszym synem, zanim odszedł. My nie jesteśmy winni twojej sytuacji. jeżeli was przyjmiemy, stracimy naszą wolność. A na to nie jesteśmy gotowi.
– Wolność? – powtórzyłam szeptem. – Wybieracie wolność zamiast bezpieczeństwa własnych wnuków? Przecież one was kochają. Franek pyta o dziadka każdego dnia...
– Nie graj nam na emocjach – ucięła teściowa, wstając i wskazując ręką na drzwi. – Jest wiele schronisk, są fundacje. My daliśmy wam wystarczająco dużo prezentów na święta. Mieszkanie to zbyt duża cena.
Wyszłam na zewnątrz, a zimny wiatr natychmiast wysuszył łzy na moich policzkach. Stałam przed ich wielkim, podświetlonym domem, w którym było tyle wolnego miejsca, a jednak nie starczyło go dla dwóch małych chłopców i ich matki.
Zrozumiałam wtedy najstraszniejszą rzecz: dla nich nie byłam rodziną. Byłam problemem, który psuł estetykę ich idealnego, emerytalnego życia.
Wróciłam do pokoju, usiadłam przy śpiących dzieciach i zaczęłam pakować ich zabawki do kartonowych pudeł. Nie wiem, gdzie będziemy spać za trzy dni. Wiem tylko jedno – kiedyś moi synowie dorosną i spytają, dlaczego nie znają dziadków. A ja będę musiała im powiedzieć, iż cena za ich spokój była ważniejsza niż nasza miłość.















