Z życia wzięte. 40-letnia teściowa nie kiwnie palcem. "Jak będę chciała dziecko, to sobie urodzę". Powiedziała to bez mrugnięcia

zycie.news 14 godzin temu

Naprawdę. Myślałam, iż to jest ten moment, kiedy rodzina się zacieśnia. Że babcia będzie się cieszyć, iż zapyta „jak się czujesz?”, iż czasem wpadnie, potrzyma małą, żebym mogła się wykąpać bez słuchania płaczu przez drzwi.

Miałam w głowie obrazek: niedzielny obiad, ciepła herbata, ktoś bierze dziecko na ręce i mówi: „chodź, odpocznij chwilę”.

A potem poznałam prawdę. Taką, która boli, bo jest wypowiedziana spokojnie.

Moja teściowa ma czterdzieści lat. Jest młoda, zadbana, wiecznie gdzieś pędzi. Siłownia, paznokcie, „wyjazd z koleżankami”, nowa praca, nowy plan, nowe „ja”. Wszyscy mówią: „wow, jaka energiczna”.

Tylko iż ta energia kończy się tam, gdzie zaczyna się nasze dziecko.

Pierwszy raz poprosiłam ją o pomoc, kiedy byłam jeszcze po porodzie. Pamiętam ten dzień jak przez mgłę: szwy ciągnęły, piersi bolały, w głowie miałam watę, a dziecko płakało jakby chciało mi udowodnić, iż sen to luksus.

Mąż był w pracy. Ja siedziałam na łóżku, trzęsły mi się ręce, bo mała nie spała od godzin. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam kogoś obcego: wystraszoną kobietę z podkrążonymi oczami.

Zadzwoniłam do teściowej.

— Mogłabyś przyjechać na godzinkę? — zapytałam ostrożnie. — Tylko potrzymać małą, żebym mogła się wykąpać i coś zjeść…

W słuchawce zapadła cisza, taka, jakby zastanawiała się, czy to żart.

— A… nie — odpowiedziała w końcu. — Ja mam dziś swoje sprawy.

— Rozumiem, ale ja naprawdę…

— Słuchaj — weszła mi w słowo. — Ja jestem jeszcze młoda. Ja nie będę niańką. Jak będę chciała dziecko, to sobie urodzę.

To zdanie spadło na mnie jak kubeł lodu.

Jak będę chciała dziecko, to sobie urodzę.

Jakby moja córka była jakimś cudzym problemem, a nie jej wnuczką.

Położyłam telefon na łóżku i przez chwilę patrzyłam w ścianę. Dziecko płakało, ja płakałam w środku, ale na zewnątrz nie mogłam sobie pozwolić na łzy, bo przecież trzeba było wstać, przewinąć, nakarmić, uspokoić.

I od tamtej pory zaczęłam widzieć więcej.

Teściowa przyjeżdżała czasem. Owszem. Ale to nie były „odwiedziny, żeby pomóc”. To były inspekcje.

Wchodziła, rzucała okiem na mieszkanie, podnosiła brwi.

— Ojej, ale tu macie bałagan.
— Nie uczysz jej zasypiać? Potem będziesz mieć problem.
— Ja w twoim wieku wyglądałam lepiej. Ty chyba o siebie nie dbasz.

I uwielbiała mówić do mojego dziecka takim słodkim głosem, jakby była najlepszą babcią świata:

— No cześć, księżniczko! Babcia przyszła!

A potem pięć minut, zdjęcie do telefonu, wrzucenie na stories, serduszka od znajomych i tekst: „moje szczęście”.

A ja stałam obok i czułam, iż mnie zalewa wściekłość, bo to „szczęście” kończyło się, gdy wnuczka zaczynała płakać.

Wtedy teściowa odsuwała się jak od czegoś brudnego.

— O, nie, nie, ja nie umiem — mówiła i oddawała mi dziecko jak gorący garnek.

Nie umie.

A ja umiałam? Ktoś mnie pytał, czy ja umiem?

Najgorsze było to, iż mój mąż długo tego nie widział. Dla niego to była „jego mama”, więc automatycznie ją usprawiedliwiał.

— Ona taka jest — mówił. — Nie lubi się angażować. Nie naciskaj.

Nie naciskaj. Jakby prośba o godzinę snu była naciskiem.

Któregoś dnia, kiedy byłam już naprawdę na granicy, poprosiłam ją jeszcze raz. To była sytuacja „awaryjna”: dziecko miało gorączkę, ja miałam wizytę u lekarza, bo z moimi szwami zaczęło się dziać coś niepokojącego, a mąż utknął w pracy.

Zadzwoniłam z nadzieją, bo przecież to nie była „fanaberia”. To była potrzeba.

— Potrzebuję cię na dwie godziny — powiedziałam szybko. — To naprawdę ważne.

Teściowa westchnęła.

— A co ja z tego będę miała? — rzuciła.

Zatkało mnie.

— Co…?

— No bo wiesz, ja mam swoje życie. Ja nie będę rezygnować z siebie, bo wy sobie dziecko zrobiliście.

To było tak brutalne, iż aż poczułam mdłości.

— To jest twoja wnuczka — wyszeptałam.

— Wnuczka, nie moje dziecko — odpowiedziała chłodno. — Wybór był wasz.

Rozłączyła się.

A ja stałam w kuchni z telefonem w dłoni i czułam, jak w mojej klatce piersiowej rośnie coś ciężkiego. Nie tylko żal do niej. Żal do całego świata, który tak łatwo mówi: „rodziłaś, to teraz sobie radź”.

Wrócił mąż. Zobaczył mnie zapłakaną i w końcu zapytał:

— Co się stało?

Powiedziałam mu wszystko. Każde zdanie. Każdy tekst. „Nie będę niańką”. „Jak będę chciała dziecko, to sobie urodzę”. „Co ja z tego będę miała”.

Patrzył na mnie długo, a jego twarz robiła się coraz bardziej napięta.

— Ona tak powiedziała? — zapytał cicho.

— Tak.

Mąż wstał i zadzwonił do niej od razu. Słyszałam tylko jego stronę rozmowy, ale wystarczyło.

— Mamo, to jest moja córka…
— Nie, nie chodzi o „twoje życie”…
— Mamo, my cię nie prosimy, żebyś rzuciła pracę. Prosimy o dwie godziny raz na jakiś czas.
— Tak, bo to jest rodzina.

I wtedy słyszałam jej głos, choć nie rozumiałam słów. Ten ton. Oburzony. Jakby to ją ktoś krzywdził, iż w ogóle ją proszą.

Mąż rozłączył się czerwony ze złości.

— Ona powiedziała, iż ją szantażujemy emocjonalnie — wycedził.

Zrobiło mi się słabo.

Szantażujemy emocjonalnie.

Czyli w jej świecie prośba o pomoc to atak. A odmowa to „stawianie granic”.

Wtedy po raz pierwszy powiedziałam mężowi coś, czego bałam się powiedzieć wcześniej, bo wiedziałam, jak to zabrzmi:

— Ja przestanę ją prosić. Ale ty też przestań mi mówić, iż to normalne.

Mąż milczał.

— Bo wiesz, co jest najgorsze? — dodałam, a głos mi drżał. — Że ona nie tylko nie pomaga. Ona jeszcze sprawia, iż czuję się winna, iż w ogóle proszę.

Kilka dni później teściowa przyszła. Nie dlatego, iż ją poprosiliśmy. Przyszła, bo chciała zobaczyć „jak radzimy sobie”.

Weszła, rozejrzała się, cmoknęła.

— No, jednak dajecie radę — powiedziała z satysfakcją. — Widzisz? Nie trzeba się uzależniać od pomocy.

I wtedy we mnie coś pękło.

— Nie, nie daję rady — powiedziałam spokojnie, aż sama się zdziwiłam swoim głosem. — Ja tylko nie mam wyboru. To różnica.

Teściowa zmrużyła oczy.

— Oj, dramatyzujesz. Ja w twoim wieku…

— Ty w moim wieku miałaś wolność — przerwałam jej. — Ja w moim wieku mam dziecko i samotność w czterech ścianach. I nie mówię, iż masz obowiązek pomagać. Ale przestań udawać, iż jesteś ofiarą, bo ktoś cię poprosił o ludzką rzecz.

Teściowa otworzyła usta, oburzona.

— Jak ty do mnie mówisz?!

Wtedy mąż stanął obok mnie. I to był moment, kiedy zrozumiałam, iż albo teraz, albo nigdy.

— Mamo — powiedział twardo. — To jest mój dom i moja rodzina. jeżeli nie chcesz pomagać, okej. Ale masz zakaz rzucania tekstów, które poniżają moją żonę. I nie będziesz traktować naszej córki jak rekwizytu do zdjęć.

Teściowa pobladła.

— Aha. Czyli już nie mogę choćby przyjść do wnuczki?

— Możesz — powiedział mąż. — Tylko jako babcia. Nie jako widz i krytyk.

Teściowa wzięła torebkę, jakby ktoś ją obraził najbardziej na świecie.

— Dobrze — syknęła. — Jak będziecie potrzebować, to nie dzwońcie.

I wyszła, trzaskając drzwiami tak, iż aż drgnęły ściany.

Stałam w przedpokoju z dzieckiem na rękach i poczułam, iż nie mam triumfu. Nie miałam „wygrałam”. Miałam w środku pustkę.

Bo prawda jest taka, iż ja nie prosiłam o luksus. Ja prosiłam o oddech.

A ona nie tylko mi go odmówiła.

Ona jeszcze sprawiła, iż zaczęłam się wstydzić, iż w ogóle potrzebuję pomocy.

I to jest najbardziej dramatyczne w tym wszystkim: iż czasem ktoś może być „rodziną” tylko z nazwiska. A kiedy naprawdę zaczyna się życie — bez snu, bez sił, z płaczem w nocy — tej rodziny nagle nie ma.

Jest tylko zdanie, które zostaje w głowie jak drzazga:

„Jak będę chciała dziecko, to sobie urodzę.”

I świadomość, iż w jej świecie moja córka to nie człowiek.

To cudzy wybór, za który ona nie zamierza płacić choćby godziną swojego czasu.

Idź do oryginalnego materiału