Z urlopu Roman nie wrócił
No i co, Elżbieta, twój mąż dalej milczy? Ani listu, ani telefonu? zagadnęła sąsiadka, Zofia, poprawiając fartuch, który ciasno opinał się na jej szerokich biodrach.
Nic, Zośka, zero wieści było, ani po dziewięciu dniach, ani po czterdziestym dniu odparła Elżbieta, próbując zgrywać się na pogodną i żartobliwą.
No to chyba sobie pobalował albo wiadomo sąsiadka pokiwała głową współczująco. No czekaj, czekaj. A z policji coś wiadomo?
Cisza, Zośka, jakby wszyscy mleka w gębach napili się i koniec westchnęła ciężko Elżbieta.
Ot, taki już los
Ten temat rozmowy bardzo jej ciążył. Przestawiła miotłę do drugiej ręki i zaczęła zamiatać opadłe liście sprzed domu. Jesień 1988 roku ciągnęła się leniwie, a dopiero co zgrabiona ścieżka po chwili znikała pod nową warstwą złotych liści. Elżbieta szła więc tam i z powrotem, podgarniając liście na kupkę.
Trzy lata mijało, odkąd Elżbieta przeszła na emeryturę z przychodni rejonowej. Cieszyła się na początku wolnym czasem, ale miesiąc temu musiała zatrudnić się jako sprzątaczka w spółdzielni mieszkaniowej, bo z emeryturą ledwo starczało na życie, a innej pracy znaleźć na gwałtownie nie umiała.
A przecież żyli jak każda zwyczajna polska rodzina. Ani lepiej, ani gorzej niż inni. Obydwoje pracowali, wychowali syna. Roman nie był pijakiem, tylko na święta sobie pozwalał, w pracy szanowany, rzetelny, na kobiety nie patrzył. Ona całe życie jako pielęgniarka w przychodni, dyplomy na ścianie, zawsze dobrze oceniania.
Mąż pojechał na organizowany zakładowy turnus nad morze i nie wrócił. Początkowo Elżbieta nie podejrzewała nic złego. Skoro nie dzwoni znaczy wypoczywa, dobrze mu tam. Ale kiedy nie wrócił w wyznaczonym dniu, zaczęła wszędzie wydzwaniać: szpitale, policja, choćby do zakładu pogrzebowego zadzwoniła.
Synowi, co służył w wojsku, najpierw wysłała telegram, potem się dodzwoniła wspólnie ustalili: z hotelu wymeldował się, ale do pociągu nie wsiadł. Przepadł. I dalej to samo: telefony do szpitali, na policję.
A w pracy Romana tylko rozkładali ręce my wydaliśmy turnus, a co się dzieje poza tym, to już nie nasza sprawa. Jak nie przyjdzie na czas do pracy zwolnimy za nieusprawiedliwione opuszczenie.
Elżbieta chciała sama pojechać nad morze go szukać, ale syn ją przekonał:
Mamo, a co ty tam sama poradzisz? Jak dostanę wolne, pojadę, jako żołnierzowi mi będzie łatwiej, może coś się dowiem.
Trochę ją to uspokoiło, potem już próbowała zająć się wszystkim, by nie zwariować. Do komisariatu chodziła prawie jak do pracy, ale już bez paniki, bez złudzeń, tylko wciąż bez wieści. Do spółdzielni poszła też po części dlatego by wśród innych ludzi choć trochę nie myśleć. W domu wieczorami płakała. Szeptem przeklinała los za okrutną próbę na stare lata. Najbardziej męczyła ją niepewność.
Roman zjawił się tak nieoczekiwanie, jak zniknął.
Stał oparty o ścianę domu w tym samym granatowym garniturze, w którym wyjeżdżał. Bez torby, bez walizki, po prostu z podniesionym kołnierzem i rękami w kieszeniach patrzył, jak Elżbieta z mozołem zamiata podwórko.
Nie zauważyła go od razu i nie wiedziała, jak długo już tam stoi. Dopiero syn zawołał z progu:
Roman! Paweł! Elżbieta rzuciła miotłę i wybiegła.
Rozłożyła ramiona jak ptak i rzuciła mu się na pierś. Roman objął ją po chwili.
Chodźcie do domu, bo się tu obściskujecie mruknął syn, niezadowolony. W tonie i krokach było czuć zmęczenie.
Pawle, ciebie też przytulę, dawno cię nie widziałam dodała gwałtownie Elżbieta.
Cześć, chodźmy, zimno odpowiedział zdawkowo syn.
Dlaczego nie zadzwoniłeś, mogłabym choć posprzątać, coś ugotować nerwowo zagadnęła Elżbieta.
Mamo, nie przyjechałem na ciasto, tylko jak obiecałem… No i jestem.
Spojrzała raz na męża, raz na syna. Tyle przeżyła przez te miesiące nerwów, iż była jakby we mgle. Najważniejsze, iż żywy, zdrowy. Nie chciała na razie pytać o szczegóły, tylko musiała ich czymś nakarmić, napoić i pozwolić odpocząć. Roman siedział milczący.
Mamo, usiądź już upomniał ją syn.
Ale Elżbieta krzątała się po kuchni, brzęczała naczyniami.
Mamo, znalazłem tatę u innej kobiety.
Elżbieta spojrzała na syna, potem na męża. Roman siedział skulony na stołku, dłonie splótł na kolanach i patrzył w podłogę jak winny chłopiec. Chudy, osowiały, wszystko mówiło, iż wie, co zrobił.
U kogo? Co się dzieje, Roman?
Cały czas Elżbieta wyobrażała sobie, iż spotkała męża jakieś nieszczęście: okradli go, nie miał pieniędzy na bilet, pobili, błąka się po miastach szukając kąta i kromki chleba
Nie wrócił do domu, tylko został u Jolanty Zawadzkiej w domku przy morzu. Nie chciał wyjeżdżać.
Elżbieta zamrugała oczami.
Jak to nie chciał?
No nie chciałem. Dotarło do mnie, iż nie żyję tak, jak bym chciał. Tylko fabryka, dom, fabryka. W weekendy działka. Ciągle obowiązki. A wolności nie ma.
O, wolności mu się zachciało! Elżbieta aż się zezłościła.
Synu, po co przywiozłeś mi tę jego wolność do domu? Chciałeś mnie upokorzyć? Gdybyś powiedział, iż nie żyje, byłoby uczciwiej. Czekałam tu, oczy wypłakałam, a on w domku nad morzem…
Wiesz, Elżbieta, chciałem może życie od nowa zacząć.
Nie, Roman. Ty nie chciałeś zacząć nowego życia. Ty po prostu ciutkę się przegrzałeś od słońca i odbiło ci tak, iż zostawiłeś wszystko, jak ostatni frajer, schowałeś się u innej baby. Gdybyś był facet z jajami, wróciłbyś, rozwiódł się, wtedy żyj sobie jak chcesz. Bądź uczciwy wobec innych, a dopiero potem wobec siebie. Nie chcę cię tu widzieć. Wyjdź
Roman wstał i idąc korytarzem, zajrzał jeszcze do pokoju.
Nie! Wychodź, tak jak przyszedłeś! Udajesz, iż nic się nie stało! Nie chcę cię tu! krzyczała Elżbieta stojąc na środku kuchni, tuż przed załamaniem.
Tata, wyjdź Paweł szybki już był w korytarzu.
Znowu Romana Elżbieta zobaczyła dwa tygodnie później.
Najzwyczajniej, zamiatała ścieżkę przed domem po deszczu. Stał na rogu, w starym płaszczu i śmiesznej czapce.
Elżbieta! zawołał cicho, potem trochę głośniej.
Podniosła głowę, spojrzała na niego. On jakby ją połamał i ręce, i nogi była gotowa mu wybaczyć, ale nie potrafiła już podejść, objąć. Roman podszedł bliżej.
Zostałem, załatwiłem robotę w zakładzie z powrotem. Na razie nie na brygadzistę tylko jako zwykły robotnik. Wpuścisz mnie?
Popatrzyła na niego, wsparta na miotle:
Wpuszczę! Ale najpierw piszemy pozew o rozwód. Od razu.
Nie wybaczyłaś? Rozumiem.
A skoro rozumiesz, po co przyszedłeś?
Bo jak wyjeżdżałem, Jolanta powiedziała, iż jeżeli wrócę do domu, to już do niej nie wrócę. No i wróciłem, Elżbieto.
Hahaha! Nigdzie nie jesteś już potrzebny, Roman. Bo tacy faceci są nikomu niepotrzebni. Wróciłeś tylko dlatego, iż syn cię zmusił. Inaczej byś stamtąd nie wyjechał. Idź, żyj swoim życiem, sam chciałeś. Nie przeszkadzaj tu. Stojąc tu tylko przeszkadzasz i Elżbieta kilka razy przeciągnęła miotłą po jego butach.
Odwróciła się plecami i z jeszcze większym zapałem zaczęła zamiatać ścieżkę. Po pięciu minutach obejrzała się za siebie. Romana nie było. Odetchnęła, jakby z ramion zdjęto jej ciężar. Najbardziej bała się, iż zostanie, a ona nie będzie umiała oprzeć się, by mu nie wybaczyć Zawsze to w Polsce ci, którzy najbardziej krzywdzą, najczęściej dostają ochronę własnych bliskichLiście szeleściły pod jej pantoflami, otulając ją zwyczajnością, której tak bardzo pragnęła. Gdzieś w sąsiedztwie zaszczekał pies; Zofia pochyliła się przez płot.
No i co, Elżbieta? zapytała z niepewną ciekawością.
Elżbieta uniosła głowę i po raz pierwszy od dawna się uśmiechnęła lekko, niemal niewidocznie, ale szczerze.
Wszystko w porządku, Zośka. choćby lepiej niż się spodziewałam odpowiedziała.
Gdy wróciła do mieszkania, posadziła czajnik i wyjęła z szafki kubek z napisem Najlepsza mama na świecie. Usiadła przy kuchennym stole. Czasem myślała, iż jej serce już się nigdy nie poskleja teraz czuła, iż z każdym kolejnym oddechem jest jej lżej. Dla nikogo nie będzie już czekać, nikt nie zawróci jej życia pod prąd. Miała siebie, miała syna, miała ten stary kubek i ścieżkę tonącą w złotych liściach.
Z czajnika unosiła się para, płynęła jak nowa nadzieja. Elżbieta sięgnęła po ściereczkę, potem wyjrzała przez okno i wiedziała już, iż niezależnie od wszystkiego, świat należy teraz tylko do niej.
Zerknęła ostatni raz w stronę ścieżki i cicho, do samej siebie szepnęła:
Jesień może być piękna.













