Kciuk na szkle
Bogumiła stała w progu tarasu i patrzyła, jak synowa przesuwa kciukiem po ekranie w górę, w górę, bez końca — jakby to gest, nie palec, miał ją stąd wynieść.
— To, czego nie ma w internecie, w ogóle się nie wydarzyło — powiedziała Julia, nie podnosząc wzroku znad telefonu. — Po co ja tu w ogóle jestem, skoro nic z tego nie mogę wrzucić.
Bogumiła nic nie odpowiedziała. Wróciła do kuchenki, gdzie w rondlu stygła zupa rybna, i pomyślała, iż jeszcze trzy dni temu, w warsztacie przy Kwiatkowej w Bydgoszczy, ta sama Julia mówiła co innego.
Bogumiła prowadziła ten warsztat tapicerski dwadzieścia dwa lata — ręce znały każdy szew na pamięć, każdy rodzaj tkaniny rozpoznawały w ciemności po samej fakturze. Syn Kacper ożenił się z Julią trzy lata temu. Dziewczyna pracowała w agencji reklamowej, umiała sfotografować talerz zupy tak, iż wyglądał jak z pięciogwiazdkowego hotelu. Na Instagramie miała dwadzieścia osiem tysięcy obserwujących i konto, które nazywała "swoją drugą pracą", choć z warsztatu teściowej nie przynosiła nic prócz uwag, iż "to wnętrze się nie sprzeda, za dużo starych mebli".
W czerwcu Bogumiła wygrała w loterii firmowej — dostawca tkanin obiciowych, z którym współpracowała piętnaście lat, rozdawał z okazji jubileuszu tygodniowy pobyt w pensjonacie nad Zalewem Solińskim, w Bieszczadach. Wszystko opłacone: nocleg, wyżywienie, choćby masaże. Jeden warunek, wypisany małym druczkiem w regulaminie: żadnych zdjęć ani filmów z pobytu w mediach społecznościowych. Pensjonat budował markę kameralnego, "cyfrowo cichego" miejsca dla ludzi zmęczonych telefonami.
— Zabiorę cię i Kacpra — powiedziała Bogumiła synowej przy niedzielnym obiedzie, podając rosół w wyszczerbionych talerzach po matce. — Tydzień nad wodą, wszystko opłacone.
Julia odłożyła łyżkę.
— A jaki sens ma wyjazd, z którego nic nie wrzucę?
Kacper spojrzał w talerz. Bogumiła nic nie odpowiedziała, tylko dolała mu rosołu.
Pojechali w lipcu — pociągiem do Krosna, potem busem przez Sanok, prawie sześć godzin drogi z Bydgoszczy na drugi koniec Polski. Drugiego dnia Bogumiła zobaczyła Julię na tarasie z telefonem przy samej twarzy. Trzeciego dnia zaczęła się kłócić z Kacprem, iż "ten pobyt to strata czasu, bo nic z niego nie zostanie". Piątego dnia zapakowała walizkę i pojechała busem do Sanoka, skąd złapała pociąg do Krakowa, a stamtąd do Bydgoszczy — sama, bez męża.
Kacper został z matką do końca tygodnia. Pierwszy raz od dawna jedli śniadania bez telefonu obok talerza. Bogumiła pokazała mu, jak łowić z pomostu, choć złowili tylko dwa leszcze i jednego okonia, którego wypuścili. Wieczorami grali w karty przy świecach, bo w pensjonacie po dwudziestej drugiej gasili główne światło — "dla klimatu", jak mówiła właścicielka.
Po powrocie do Bydgoszczy Julia przez dwa tygodnie nie odzywała się do teściowej. Aż pewnego wieczoru zadzwoniła — nie żeby przeprosić, tylko zapytać, czy Bogumiła mogłaby "pożyczyć" pięć tysięcy złotych na kampanię reklamową jej konta, bo agencja właśnie ją zwolniła i Julia postanowiła "przejść na pełny etat influencerski".
Bogumiła siedziała wtedy w warsztacie, obszywała fotel klienta, telefon trzymała między uchem a ramieniem.
— Nie, Julka. Nie pożyczę.
— Ale to inwestycja, nie wydatek! Kacper by ci potwierdził, że—
— Kacper mi nic nie musi potwierdzać. Ja swoje pieniądze zarabiam igłą, nie lajkami. I wiem, ile kosztuje tkanina na dwadzieścia foteli, bo to policzyłam. A ty choćby nie wiesz, ile kosztował bilet powrotny, który kupiłaś sobie sama, bo nie umiałaś wytrzymać tygodnia bez telefonu w ręce.
W słuchawce zrobiło się cicho, potem krótkie „no dobra” i rozłączenie.
We wrześniu Kacper przyszedł do warsztatu sam, bez zapowiedzi, usiadł na starym fotelu klubowym, który matka akurat obijała nowym pluszem koloru butelkowej zieleni.
— Rozwodzimy się — powiedział, patrząc na tapicerski zszywacz w jej dłoni, nie na nią. — Julia mówi, iż ja "nie rozumiem, na czym polega jej praca". A ja… ja tylko chciałem tydzień bez tego cholernego telefonu.
Bogumiła odłożyła zszywacz na stolik, wytarła ręce w fartuch.
— To nie moja sprawa, kogo bierzesz za żonę drugi raz. Ale mam dla ciebie jedną rzecz.
Wstała, poszła do biura na zapleczu, wróciła z teczką z segregatora — umowa najmu lokalu przy Gdańskiej, który od pięciu lat wynajmowała pod drugi warsztat, ten, którym miał kiedyś zarządzać Kacper, gdy dorośnie do tego zawodu. W umowie, podpisanej jeszcze w zeszłym roku, jako współnajemca figurowała też Julia — bo to ona przekonała Bogumiłę, żeby "zrobić z tego wspólny biznes rodzinny", a potem prowadziła tam głównie sesje zdjęciowe do swojego konta, wystawiając meble z warsztatu jako "tło estetyczne".
— Jutro idę do notariusza i wykreślam ją z umowy — powiedziała Bogumiła. — Lokal zostaje na ciebie i na mnie. Ona niech sobie robi zdjęcia gdzie indziej.
Kacper podniósł na nią oczy.
— A jeżeli wróci? jeżeli powie, iż żałuje?
— To wróci do ciebie, nie do lokalu. Rzeczy trzymam osobno od ludzi, synku. Tego cię nauczył ten warsztat, jeżeli jeszcze nie zauważyłeś.
Nazajutrz Bogumiła rzeczywiście pojechała do notariusza przy placu Wolności, zapłaciła sto osiemdziesiąt złotych za aneks do umowy i wyszła z podpisanym dokumentem w teczce, którą trzymała pod pachą jak dwadzieścia lat temu trzymała pierwszy kredyt na maszynę do szycia. Telefon zadzwonił, gdy przechodziła obok fontanny na placu — Julia, numer, którego nie skasowała.
Nie odebrała. Schowała telefon do kieszeni płaszcza i poszła dalej, w stronę przystanku autobusowego, gdzie już czekał na nią autobus numer 55 do domu.












