Wyrzucono Felusia… Znowu… Trzeci raz w jego krótkim kocim życiu… Nie miał szczęścia, taki już los…
Miał zaledwie rok, a już trzy rodziny się go pozbyły. No, najpierw przekazywali go sobie z rąk do rąk. Ale potem…
Potem po prostu wynieśli go na dwór. Oddalili się kawałek od bloku, podnieśli pokrywę zielonego śmietnika i wrzucili tam Felusia. Uciekli, żeby nie mógł wrócić pod drzwi. A on choćby nie próbował.
Zrozumiał wszystko od razu. Wiedział po minie pana, iż to już koniec. Żona bardzo żałowała nowego, skórzanego narożnika, który Feluś podrapał łapkami. Bardzo drogi był ten mebel, a ona wydała wyrok. A mąż? Zawsze przytakiwał.
Pod pachą wyniósł jednorocznego kota pod śmietnik w sąsiednim podwórku. Feluś nie pobiegł za nim. Nie miał już siły. Wiedział, co się dzieje, widział w oczach człowieka decyzję.
Wszystko na nic. choćby nie pożegnał się jak trzeba. Nie pogłaskał na do widzenia. Nie przeprosił. Tak zwyczajnie, jakby śmieci wyrzucił.
Westchnąłem wtedy ciężko i spróbowałem znaleźć w śmieciach jakiś kawałek jedzenia udało mi się trafić na stare resztki kurczaka. Wyszedłem spod śmietnika i usiadłem obok wielkiego zielonego pojemnika. Patrzyłem w słońce.
Mrużyłem oczy, ale nie odwracałem wzroku. To jasne koło na niebie dawało mi ciepło. Bardzo mi się to podobało.
To były ostatnie promienie słońca. Promienie końca lata, jesieni, zimy. Krótkie ocieplenie cienka warstwa lodu pod stopami rozpuściła się.
Ale wewnątrz mnie wszystko zamarzło.
Wieczór i noc były naprawdę zimne. Za zachodem słońca przyszedł wiatr i mróz.
Rudy kotek marzł. Nie miał pojęcia, gdzie pójść, gdzie schować się na noc. Znalazł dużą kupę suchych, rdzawych liści i zakopał się w nich. Zwinął się w kłębek. Na początku bardzo drżał z zimna, ale potem…
Kiedy wiatr smagał przez liście jego zlodowaciałą sierść, nagle zrobiło się cieplej i przestał drżeć. W głowie pojawił się ciepły głos, cichutko szeptał czułe słowa.
Usypiał mnie tymi szeptami, zapraszał do zamknięcia oczu i zapomnienia o głodzie, strachu i samotności.
Zwiń się bardziej i śpij, śpij… śpij… – czułem tę zachętę i ciepło.
Wypełniło moje zmarznięte kocie ciało.
To takie proste można po prostu pozwolić sobie zasnąć i wtedy przestaną boleć serce i wspomnienia. Nastanie spokój i cisza. Zapomnisz o bólu, rozczarowaniu i wyrzutach sumienia.
Ostatni raz westchnąłem i się zgodziłem. Po co walczyć? Co mnie czeka? Przecież kolejny dzień przyniesie ten sam głód i zimno. Ochotę, by zamknąć powieki na zawsze, na zawsze…
Na ulicy zapaliły się latarnie, najpierw daleko, potem bliżej. Ostatni raz spojrzałem na to światło często obserwowałem je z okna, kiedy miałem dom. Rudy kot raz jeszcze wchłonął te promienie. Jego oczy błysnęły ostatni raz w ciemności.
Ten błysk widziała mała ruda dziewczynka. Szedłem z tatą do domu. To córka pociągnęła mnie za rękaw.
Tato, tam w liściach coś jest!
Nie ma, Haniu odpowiedziałem, trzęsąc się z zimna. Chodź gwałtownie do domu, bo zamarzniemy.
Chciałem ją odciągnąć od wielkiej, ciemnej hałdy liści. Ale Hania uparcie zeszła z chodnika.
Widziałam! Tam było światło!
Światło w stercie starych liści? zdziwiłem się. To niemożliwe.
Ale ona już przebierała palcami wśród liści i odkryła go. Rudego kocura.
Tato! krzyknęła Tu jest kot! Mówiłam!
Kto on? zapytałem zaskoczony.
No kot, ten rudy! odpowiedziała, próbując podnieść zmarznięte ciało.
Zostaw go próbowałem się nie angażować. Chyba nie będziemy brać martwego kota do domu…
On nie jest martwy! upierała się Hania. Ja wiem! Ja widziałam światło w jego oczach!
Światło w kocich oczach? pokręciłem głową, nie dowierzając.
Podszedłem bliżej, wziąłem ciało i próbowałem usłyszeć bicie serca.
A Feluś chciał tylko spać. Bardzo chciał. Sen sklejał powieki, czuł ciepło na całym ciele, a jeszcze słyszał ten cichy głos w środku:
Śpij, śpij… Nie otwieraj już oczu.
Ale wtedy zaważył się inny głos, cieniutki dziecięcy głosik:
Tato, światło w jego oczach!
Czego oni ode mnie chcą? Czemu znowu przeszkadzają? Dlaczego nie pozwolą spokojnie zasnąć?
Otworzył z trudem oczy, by ich zobaczyć. Ktoś nie dawał mu spokoju choćby teraz.
Patrz, zobaczył! zawołała Hania Mówiłam! Światło!
Ach, to tylko światło latarni powiedziałem, ale rozpiąłem kurtkę i ostrożnie owinąłem w nią zmarzniętego kota. Ruszyliśmy do domu szybkim krokiem.
Córka biegła obok mnie, bardzo się spieszyła.
Tatusiu, proszę szybciej! Jemu bardzo zimno!
Zniknęliśmy we wnętrzu klatki, a potem… W oknie na piątym piętrze zapaliło się światło.
Feluś został wykąpany w ciepłej wodzie, dostał do picia podgrzane mleko. Hania siedziała przy nim i szeptała:
Nie umieraj, proszę. Nie umieraj…
Lód na jego sierści stopniał. I w duszy mu się ociepliło.
Wielki rudy kot patrzył zdumiony, jak tata z córką troszczą się o niego. Obudził się naprawdę.
Czuł ciepło bijące z każdej strony. I wiedział, iż to nie ciepło kaloryfera, ale serca.
A na dworze, jakby ktoś stał pod blokiem. Ktoś, kto czasem pomaga.
Patrzył w okna piątego piętra, na który świeciło światło.
I powtarzał do siebie:
Robię, co mogę. Na ile starczy mi sił…
Stał chwilę zamyślony, potem dodał:
Światło nie każdy je widzi. Nie każdy. I nie każdy, kto zobaczy, potrafi je zatrzymać.
A Feluś patrząc na rudowłosą dziewczynkę nie rozmyślał o wielkości człowieka. Takimi sprawami zajmują się tylko ludzie. Kot widzi swoje.
On widział światło. Światło w jej oczach.
Dziś wiem jedno nawet, gdy jest bardzo źle i wydaje się, iż nikt cię nie chce, zawsze może znaleźć się ktoś, kto zobaczy w tobie ten mały błysk i da ci szansę na nowy początek. I warto wierzyć, bo ciepło drugiego serca naprawdę potrafi uratować życie.











