Pierwszy raz mama zapytała mnie o ojca piątego listopada. Stałyśmy w kuchni na Pradze-Północ, za oknem wiało zimnym deszczem, a ona trzymała w dłoni łyżeczkę do cukru, jakby nie wiedziała, co z nią zrobić.
— A tata wróci na kolację? — zapytała.
Tata nie żył od czternastu lat. Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata, siedziałam na podłodze w szpitalu na Bródnie, a lekarz powtarzał, iż zrobili wszystko. Teraz miałam trzydzieści siedem i patrzyłam, jak mama wsypuje cukier do zimnej herbaty.
— Mamo, tata nie wróci — odpowiedziałam twardo.
Ona odstawiła łyżeczkę na ceratowy obrus, ten sam, który kupiła na bazarze Różyckiego jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Wzruszyła ramionami, jakbym mówiła o zmianie rozkładu jazdy autobusu 166, nie o największej stracie jej życia.
— Aha — powiedziała tylko.
I to „aha” zabolało mnie bardziej, niżbym chciała przyznać. Bo mama nie zapomniała ojca. Zapomniała mnie. To ja byłam córką, która od roku dojeżdżała z Mokotowa dwa razy w tygodniu, żeby zrobić zakupy, opłacić czynsz, posłuchać kolejnej opowieści o wakacjach w Kazimierzu z 1977 roku.
Pracowałam wtedy w banku na stanowisku analityczki ryzyka. Kredyty hipoteczne, spread kredytowy, prowizje — wszystko dało się policzyć. A mama wymykała się wszelkim wyliczeniom. Lekarka powiedziała: zaniki pamięci, zmiany naczyniowe, trzeba obserwować. Tylko co to znaczy „obserwować” przy kobiecie, która uczyła w liceum matematyki i teraz nie potrafi trafić do własnej łazienki?
Tamtego wieczoru wracałam tramwajem przez most Śląsko-Dąbrowski i patrzyłam na ciemną Wisłę. W telefonie miałam SMS-y od menedżerki, iż raport kwartalny czeka. A ja myślałam o tym, jak mama powiedziała „aha”. Jakby ojciec był sąsiadem, który wyszedł po gazetę.
Nie pojechałam do niej przez dziesięć dni. Praca. Terminy. Zawsze coś.
W sobotę zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Irena.
— Ewa, mama stoi na klatce w kapciach i nie wie, które piętro jest wasze. Przyjedź, bo ja nie wiem, co zrobić.
Stała na półpiętrze między drugim a trzecim, w moim starym swetrze i z torebką, w której niosła tylko pilota od telewizora. Kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się z ulgą, ale nie powiedziała mojego imienia. Powiedziała:
— Nareszcie ktoś znajomy.
I to „ktoś” wbiło mi się w mostek jak szpilka.
Wprowadziłam ją do mieszkania. Pani Irena czekała na dole, żeby nie robić zamieszania. Mama usiadła na tapczanie i zaczęła gładzić dłonią oparcie, jakby sprawdzała, czy to jej mebel.
— Nie wiesz, gdzie jest Danusia? — zapytała.
Danuta to ona. Stałam przy oknie i zaciskałam palce na parapecie, aż zbielały mi kostki.
— Danusia jest tutaj — powiedziałam. — To ty.
Popatrzyła na mnie przez chwilę, a potem zaniosła się śmiechem tak głośnym, iż aż pociemniało w przedpokoju.
— Co ty opowiadasz, dziecko. Ja jestem jej matką.
I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, iż naprawdę ją tracę. Nie w sensie metaforycznym — siwiejącą mamę, wrażliwą starszą panią. Tracę ją jako osobę, która wiedziała, kim jestem. A razem z nią traciłam siebie: tę małą Ewę, którą odprowadzała do szkoły przy ulicy Kawęczyńskiej, tę nastolatkę, której na biurku zostawiała kanapki z ogórkiem kiszonym, tę dorosłą kobietę, która dzwoniła do niej w niedzielę i słyszała: „Cześć, córeczko, właśnie o tobie myślałam”.
Tydzień później umówiłam mamę na tomografię. Pojechałam z nią do szpitala na Woli. Siedziałam w poczekalni, a obok pachniało środkiem do dezynfekcji i cudzym strachem. Mama grzecznie czekała, z torebką na kolanach, w eleganckim płaszczu, który wyjęłam z szafy. Wyglądała jak cudza starsza pani: uporządkowana, uśmiechnięta, obojętna.
Lekarka poprosiła mnie do gabinetu. Sama. To była lekarka, która mówiła tak, jakby każde słowo ważyła na wadze apotecznej.
— Widzę zmiany w hipokampie. Dość rozległe. Pamięć krótkotrwała zanika szybciej niż pozostałe funkcje.
— Co to znaczy? — spytałam.
— To znaczy, iż pani matka będzie coraz częściej tracić orientację. Będzie wymagała opieki. Najpierw dziennej, potem całodobowej.
— Ile mamy czasu?
Zawahała się. Nie lubiła tego pytania.
— Trudno powiedzieć. Rok, może dwa, zanim nie będzie mogła bezpiecznie mieszkać sama.
Wyszłam ze szpitala z plikiem skierowań i recept. Mama szła obok i pogwizdywała melodię, której nie znałam. Zatrzymała się przy kiosku, żeby kupić gazetę. Kiedy podałam ekspedientce 3 złote, mama wyjęła z kieszeni dwa orzechy włoskie i położyła je na ladzie.
— To dla pana — powiedziała.
Ekspedient spojrzał na mnie, ja na niego. Wzruszyłam ramionami i wyszłyśmy. A potem, już na przystanku, mama chwyciła mnie za rękaw i powiedziała:
— Wiesz, jesteś podobna do mojej córki.
Nie zareagowałam. Bo co można powiedzieć? Bo co można zrobić, kiedy własna matka mówi, iż jesteś do siebie podobna?
Wieczorem wsiadłam do autobusu i pojechałam na Mokotów. W mieszkaniu wyjęłam z lodówki resztkę makaronu, usiadłam na kanapie i przez godzinę patrzyłam w jeden punkt. Myślałam o domu. O tym, iż mama nigdy nie chciała sprzedać mieszkania na Pradze, choć po śmierci taty było za duże. „Jak przyjdziesz z wnukami, to będzie gdzie się bawić” — mówiła. Wnuków nie było. A teraz już wiedziałam, iż nie będzie.
Następnego dnia zadzwoniłam do siostry. Młodsza o pięć lat, mieszkała w Gdańsku, prowadziła z mężem sklep z winami. To była ta nasza rozmowa, na którą w rodzinie czeka się latami, a potem okazuje się, iż nie ma dobrych słów.
— Musimy coś ustalić — zaczęłam. — Mama potrzebuje stałej opieki. Ja nie dam rady dojeżdżać codziennie. Ty też nie.
— Wynajmijmy kogoś — powiedziała.
— To kosztuje. Cztery tysiące miesięcznie, minimalnie. Trzeba sprzedać mieszkanie.
Zapadła cisza. W tle słyszałam szum fal, jakby Magda stała na balkonie z telefonem przy uchu.
— Mama zgodzi się na opiekunkę? — zapytała.
— Nie mam pojęcia. Ale nie mam też czasu, żeby o tym dyskutować. Przyjedź.
— Nie mogę teraz, Ewa. Sezon.
— Sezon?
— Na wino. Dowóz do restauracji. Ja tu też pracuję, nie tylko ty masz etat.
Wzięłam głęboki oddech. W kuchni czajnik zagwizdał, jakby chciał nas zagłuszyć.
— To przyślij chociaż pieniądze — powiedziałam.
— Wiesz co? Ty masz lepszą pracę. Ja prowadzę firmę, nie jestem bankierem. Nie będę się tłumaczyć.
I rozłączyła się pierwsza.
Wtedy zrozumiałam, iż zostałam sama. Nie z mamą — mama była osobno. Zostałam sama z decyzją.
Postanowiłam sprzedać mieszkanie. Najpierw poszłam do prawnika, żeby dowiedzieć się, jakie kroki trzeba podjąć. Notariusz, sądowe stwierdzenie niezdolności do samodzielnego zarządzania majątkiem, opinia biegłego. Potem dom opieki. Nie publiczny, tylko prywatny. „Pensjonat dla seniorów z opieką medyczną” — tak nazywali to w folderze, który dostałam wtedy od lekarki. Cena: sześć tysięcy złotych za miesiąc. Podałam to w rozmowie z Magdą.
— Nie stać nas — powiedziała.
— Stać, jeżeli sprzedamy mieszkanie.
— To mieszkanie należy się mamie. Nie nam.
— Mamie nie należy się nic. Mamie należy się dobra opieka.
Magda westchnęła tak ciężko, jakby ważyła na języku cały gniew.
— Ty zawsze wszystko załatwiałaś po swojemu, Ewa. Ale pamiętaj, iż ta decyzja będzie twoja. Nie moja.
— Dobrze — powiedziałam. — Będzie moja.
I to, iż powiedziałam to tak łatwo, bardziej mnie przeraziło niż całe poprzednie miesiące.
Dom opieki mieścił się w Otwocku, w starym pensjonacie z ogrodem. Kiedy tam przyjechałam, akurat padał deszcz i całe podwórko pachniało mokrymi liśćmi. Trzy klony rosły pod oknami, a na ławce siedział pan w ortalionowej czapce i układał kawałki chleba dla ptaków.
— To dla wróbli — powiedział.
Nie odpowiedziałam. Mama milczała, chociaż trzymałam jej dłoń pod ramieniem. Przywitała nas pani dyrektor, elegancka kobieta po pięćdziesiątce, i zaprowadziła do pokoju na parterze.
— Pani Danuta będzie miała tu spokój — mówiła. — Codziennie śniadanie o ósmej, obiad o trzynastej, podwieczorek. Może pani przyjeżdżać w każdej chwili.
Pokój pachniał pastą do podłóg i miał firany w zielone było. Podłączyłam mamie radio, które przywiozła w torbie, i postawiłam na parapecie jej ulubioną paprotkę. Potem wróciłam do swojego mieszkania i pierwszy raz od miesięcy nie musiałam sprawdzać, czy mama wyłączyła gaz.
Tyle iż w nocy zadzwonił do mnie telefon z numeru placówki.
— Pani Ewo, mama nie chce zostać. Płacze.
Spojrzałam na zegarek: 3:14. Wstałam, włożyłam dżinsy i kurtkę, zamówiłam Ubera. Jechałam przez ciemną Warszawę, a w głowie układałam rozmowę, którą chciałam z nią odbyć od dawna. Ale kiedy weszłam do pokoju, mama siedziała na łóżku w samej koszuli, trzymała w rękach torebkę i mówiła tylko jedno:
— Zabierz mnie do domu.
Nie miałam nic do powiedzenia. Usiadłam obok. Mama podniosła na mnie oczy — te same, które kiedyś świeciły się, gdy opowiadała mi o pierwszym locie samolotem. Teraz były przezroczyste jak zimowa rzeka.
— Ty jesteś córką — powiedziała.
— Tak.
— To dlaczego mnie tu przywiozłaś?
I nagle, po raz pierwszy od miesięcy, powiedziała coś, co miało sens. Bo właśnie to chciałam usłyszeć. Tylko iż nie od niej — od siebie.
Przekazałam placówce pieniądze za miesiąc z góry. Potem poszłam do sądu złożyć wniosek o ustanowienie opiekuna prawnego. Przedstawiłam dokumenty, zaświadczenia, opinię. Wszystko leżało w segregatorze jak grzech, którego nie można ukryć.
I wtedy stało się coś, czego nie przewidziałam. Odebrała telefon Magda. Okazało się, iż przyjechała.
— Co ty robisz? — zapytała.
— To, o czym rozmawiałyśmy.
— Nie rozmawiałyśmy o sądzie. Nie rozmawiałyśmy o tym, iż zamkniesz ją w ośrodku za jej plecami.
— Jakim za jej plecami? Przecież z nią rozmawiałam.
— Mamie nie możesz niczego postawić, bo ona nie rozumie. Ty rozumiesz. I to jest gorsze.
Stałam na chodniku przed mieszkaniem mamy, padał deszcz bieżący, a ja trzymałam w ręku klucze. Magda podeszła bliżej, mokra, w płaszczu zaciekłym na ramionach.
— Wiesz co, Ewa? — powiedziała. — Ty jej nie kochasz. Ty ją tylko spisujesz jak zobowiązanie w swoim banku.
Weszłam do środka, trzasnęła drzwiami. W kuchni na stole stała szklanka z nieświeżą herbatą i leżały okulary mamy, te z przeciwsłoneczną nakładką, których nie nosiła od zeszłego lata. Usiadłam w ciemności i położyłam klucze przed sobą.
Nazajutrz pojechałam do Otwocka. Sama. Bez kurtki, tylko w bluzie, bo znowu coś się ze mną działo, czego nie potrafiłam nazwać. Mama siedziała w świetlicy i oglądała w telewizji powtórkę „M jak miłość”. Na mój widok nie wstała. Dopiero po chwili powiedziała:
— Wiesz, córka kiedyś do mnie przyjedzie.
Przysunęłam sobie krzesło, usiadłam naprzeciwko. Miałam sucho w ustach.
— Mamo, ja jestem twoją córką.
Pokręciła głową.
— Ty jesteś tą miłą panią, która mnie tu przywiozła.
I nagle zdałam sobie sprawę, iż ona naprawdę nie kłamie. Nie złośliwie. Po prostu nie łączy faktów. Nie łączy mnie z tamtą sobą.
Wyszłam na korytarz, oparłam się o ścianę i zsunęłam się po niej na podłogę. Siedziałam tak długo, aż przyszła dyżurka i zapytała, czy wejść. Wstałam, podziękowałam. Poszłam do pokoju, wzięłam z szafy mamy jej stary sweter z owczej wełny i pojechałam do miasta.
W autobusie wyciągnęłam telefon. Wpisałam w notatki: „Mama powiedziała, iż ja nie jestem jej córką”. Potem zablokowałam ekran. Światło w autobusie było żółte, szyby zaparowały, a ja siedziałam z tym zdaniem jak z kamieniem w kieszeni.
Wieczorem zadzwoniłam do Magdy. Powiedziałam jej wszystko. Bez wykrętów.
— Musimy złożyć wniosek o ubezwłasnowolnienie — powtórzyłam.
— Wiem — odpowiedziała.
— I wtedy decyzja należy do sądu. Nie do mnie. Nie do ciebie.
Magda milczała. A potem powiedziała cicho:
— Przyjadę jutro.
Przyjechała. Poszłyśmy razem do sądu. To była pierwsza rzecz, którą zrobiłyśmy wspólnie od pogrzebu ojca. W urzędzie pachniało starymi aktami i wilgocią. Obie złożyłyśmy podpisy. Obie podałyśmy numer PESEL mamy.
Wracałyśmy przez Pragę, obok bazaru Różyckiego. Magda kupiła dwie gruszki u tego samego sprzedawcy, co zawsze. Jedną zjadła, drugą podała mi.
— Ona była dobrą matką — powiedziała.
— Była — powtórzyłam.
— Myślę, iż nigdy nie chciała być dla nas ciężarem.
— Dlatego właśnie to robię. Żeby nie była.
Magda zatrzymała się przy przejściu dla pieszych.
— Ale może chciała zostać w domu. Do końca.
Nie odpowiedziałam, bo wiedziałam, iż ma rację. Tylko iż co to znaczy „do końca” przy osobie, która nie potrafi już samej trafić do łazienki?
Dwa miesiące później sąd wydał postanowienie. Ustanowiono opiekuna prawnego. Zostałam nim ja. I wtedy zaczęły się telefony z ośrodka.
— Pani Ewo, mama nie chce jeść. — Pani Ewo, mama uderzyła pielęgniarkę. — Pani Ewo, prosimy o przyjazd.
Jechałam do Otwocka trzy razy w tygodniu. Zostawiałam pracę wcześniej, brałam urlop na żądanie, raz choćby zwolnienie lekarskie. W pracy zaczęli patrzeć na mnie krzywo. A mama coraz rzadziej mówiła moje imię. Częściej trzymała w palcach koniec mojego rękawa i pytała:
— Pójdziemy już?
Raz odpowiedziałam: „Pójdziemy”. I zawiozłam ją do mieszkania na Pradze. Po drodze kupiłyśmy lody, bo mama chciała. Siedziała na tylnym siedzeniu Ubera i lizała wafelka, śmiejąc się jak mała dziewczynka. Kiedy weszłyśmy do przedpokoju, stanęła i powiedziała:
— O, jestem u siebie.
I to było jedyne zdanie, które wypowiedziała tamtego dnia od początku do końca bez błędu.
Wieczorem odwiozłam ją z powrotem. W drodze do Otwocka zasnęła z głową opartą o szybę, a ja patrzyłam na jej dłoń, która leżała na torebce, i bałam się, iż umrze właśnie wtedy, obok mnie, w cudzym samochodzie, na południowej obwodnicy, uciekając z miejsca, które znam całe życie.
Po tym, jak sprzedałam mieszkanie mamy, na koncie zostało trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych. Przeliczyłam na miesiące w ośrodku. Wystarczy na pięć lat i dwa miesiące. Gdybym dopłacała połowę, mogłoby wystarczyć dłużej. Ale do czego? Do kolejnych poranków, w których mama budzi się w obcym pokoju i nie wie, gdzie jest?
Zadzwoniłam do Magdy i powiedziałam, co zrobię.
— Chcę ją zabrać do siebie.
— Na Mokotów? Masz dwa pokoje.
— Wynajmę coś większego. Albo zamienię mieszkanie na takie z osobną sypialnią. Będę jej opiekunką. Fizycznie.
— Ewa, ty ledwo dajesz radę samej sobie.
— To co mam zrobić? Czekać, aż zgaśnie w placówce?
Magda westchnęła.
— Nie zrobisz tego, bo nie potrafisz. Zawsze byłaś zimna.
— To nieprawda.
— Prawda. Ale dlatego właśnie ty wszystko załatwiasz. Bo ja bym oszalała.
Rozłączyłam się. Spojrzałam na folder ośrodka, który leżał na stole. Wstałam, wzięłam z półki nożyczki i pocięłam go na kawałki.
Nie chodziło o miłość. Chodziło o to, iż moja mama przez całe życie powtarzała mi jedno: „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. A ja zrobiłam jej najgorszą rzecz, jaką mogłam. Zabrałam ją z domu.
Następnego dnia napisałam wniosek o zmianę opiekuna prawnego. Magda zgodziła się go podpisać, choć cały czas kręciła głową. Potem znalazłam dwupokojowe mieszkanie na Pradze, bliżej parku Praskiego, z windą i szerokimi drzwiami. Kaucja: tysiąc złotych. Czynsz: tysiąc dziewięćset. Zapłaciłam z pieniędzy mamy.
Przywiozłam ją we wtorek rano. Sala w ośrodku była pusta, bo reszta pensjonariuszy jadła śniadanie. Mama siedziała na łóżku w płaszczu narzuconym na koszulę nocną i patrzyła w okno.
— Jedziemy — powiedziałam.
Popatrzyła na mnie.
— A dokąd?
— Do domu.
Po drodze zatrzymałam się w aptece, kupiłam jej nowe leki. Potem poszłam do sklepu po chleb, masło i ogórki kiszone. Stałam w kolejce i liczyłam wszystko w myślach, jakby to był raport dla banku. Tyle iż to nie był raport. To była moja matka.
Wieczorem leżałyśmy w jednym pokoju, ona na łóżku, ja na rozkładanej sofie. Mama spała z otwartymi ustami, a ja patrzyłam w sufit i słyszałam, jak oddycha. Po raz pierwszy od roku nie bałam się, iż się zgubi we śnie.
Mama zmarła w styczniu, dwa lata po tym, jak zabrałam ją do siebie. Nie obudziła się z popołudniowej drzemki w fotelu. W pokoju grało radio, leciała audycja o ptakach w Dolinie Baryczy. Zdążyła jeszcze na Boże Narodzenie. Siedziała wtedy przy stole, ze swoim starym pierniczkiem w kształcie gwiazdki, i powiedziała:
— A może w przyszłym roku pojedziemy do Zakopanego?
Pojechałam. Sama. W maju. Wynajęłam pokój z balkonem i przez trzy dni patrzyłam, jak chmury przechodzą nad Giewontem. A potem wróciłam do Warszawy.
Dokumenty mamy trzymam w tekturowym pudełku. PESEL, odpis aktu zgonu, orzeczenie sądu, rachunki z apteki. Na samym dnie leży kartonik z makowej kwiaciarni. Otwieram go czasem, wieczorem, kiedy nie mogę spać. Ale nie po to, żeby płakać.
Żeby sprawdzić, czy moje dane są na miejscu. Żeby wiedzieć, iż ona też miała córkę. I iż ta córka w końcu stała się nią.












