W warsztacie pachniało smarem i mokrą stalą. Styczeń w Krakowie stał taki, iż z rynien zwisały sople grubości nadgarstka, a z ust leciała para choćby przy kompresorze. Wsunąłem klucz francuski za pas i wytarłem ręce w szmatę, która już dawno przestała być czerwona.
Agnieszka stała przy biurku w kącie hali. Nie patrzyła na mnie. Trzymała w palcach żółtą karteczkę samoprzylepną i obracała ją brzegiem do światła, jakby to był dowód w sprawie.
— Zostawił to na lodówce — powiedziała. — Wczoraj po zamknięciu. Bo sam się bał przyjść.
Na kartce było jedno zdanie: „Chcę wrócić. Porozmawiajmy”. Bez podpisu.
Marcin. Jej mąż. Jedenaście lat wspólnego interesu, wspólnego kredytu i wspólnych niedziel u jego matki w Wieliczce. A rok temu, w połowie lutego, spakował torbę, zabrał z konta firmowego siedemdziesiąt osiem tysięcy i wyprowadził się do Edyty — tej, która prowadziła biuro rachunkowe dwa piętra wyżej.
Agnieszka odłożyła karteczkę. Zmiotła z biurka opiłek metalu wierzchem dłoni.
— Powiedział, iż to było załamanie nerwowe — dodała.
— A te siedemdziesiąt osiem tysięcy? — spytałem, bo pracowałem u nich dziewięć lat i miałem prawo.
— To też załamanie. Tylko z wyciągiem z banku.
Roześmiała się krótko, ale bez złości. W warsztacie stały trzy auta czekające na przegląd. Klient z Mazowsza dzwonił w sprawie skrzyni biegów. Na parapecie leżała faktura za prąd: czterysta dziewięćdziesiąt złotych, termin do wtorku. Normalny dzień, a na lodówce w domu — żółta karteczka.
Marcin pojawił się następnego dnia przed południem. Wszedł od strony bramy, chociaż od roku wchodził tylnym wejściem jak obcy. Miał na sobie kurtkę, którą zostawił w szafie, bo Edyta kupiła mu nową. Pachniał płynem do płukania, nie olejem napędowym.
Agnieszka akurat klęczała przy podnośniku. Zobaczyła jego buty na betonie — zamszowe, zimowe, ani śladu smaru — i wstała powoli, wycierając dłonie w biodra kombinezonu.
— Możemy porozmawiać? — zapytał.
— Mów.
— Wiem, iż zawaliłem. Wszystko.
— Nie wszystko. Kredyt spłacałam sama przez siedem miesięcy. Twój udział też.
Marcin spojrzał na swoje buty. Zamsz był za jasny na to miejsce. Klient z Mazowsza zadzwonił drugi raz; Wojtek odebrał i powiedział: „Szefowa zajęta, oddzwoni”.
— Chcę wrócić do domu — powiedział cicho Marcin. — Do ciebie.
Agnieszka podeszła do biurka. Otworzyła szufladę i wyjęła brązową kopertę z umową spółki. Położyła ją na blacie.
— Firma jest przepisana na mnie — powiedziała. — Notariusz, Rynek Główny, dwunasty stycznia. Spółka cywilna rozwiązana.
Marcin uniósł brwi. Nie wiedział.
— A mieszkanie? — spytał.
— Moje. Podpisałeś rozdzielność przy kredycie. Nie pamiętasz, bo to było w dniu, kiedy urodziła się Hania. Leżałeś na podłodze w szpitalu i trzymałeś mnie za kostkę. Podpisałeś bez czytania.
Hania. Wspomniała o niej pierwszy raz od rana. Dziewczynka miała osiem lat i przez ostatni rok rysowała tatusiowi laurki, których nie było komu wysłać, bo adresu Edyty nikt nie znał.
Marcin zrobił krok w stronę biurka. Agnieszka nie cofnęła się. Sięgnęła pod blat i położyła obok koperty pęk kluczy — dwa srebrne, jeden z czarną nakładką, i mały do skrzynki pocztowej.
— Po co to? — zapytał.
— Żeby nie było wątpliwości. Zamki wymienione we wtorek. Ślusarz z Bronowic wziął sto sześćdziesiąt złotych. Twoja kurtka, ta zimowa, czeka w torbie u sąsiadki spod czwórki.
W warsztacie zrobiło się cicho. Kompresor zamilkł, bo Wojtek go wyłączył, żeby słyszeć. Marcin stał i patrzył na klucze. Nie podniósł ich.
— A ty? — spytał. — Ty nie chcesz choćby spróbować?
Agnieszka wzięła klucz francuski z biurka. Nie po to, żeby go uderzyć. Po prostu wróciła do pracy, do skrzyni biegów, która czekała od rana. Przyklęknęła przy samochodzie i zaczęła odkręcać korek spustowy. Olej pociekł ciemną strugą do podstawionego pojemnika.
— Spróbowałam — powiedziała. — Jedenaście lat codziennie. Teraz twoja kolej.
Marcin wyszedł przed czternastą. Bramą, a nie tylnym wejściem. Na parapecie została faktura za prąd. Zapłaciłem ją z karty firmowej? Nie. Agnieszka zapłaciła następnego dnia, z własnego konta, o 7:42. Miała to w grafiku.
Po południu, kiedy myłem podłogę przy podnośniku, zadzwonił telefon na biurku. Zobaczyłem, kto dzwoni: „Marcin”.
Agnieszka spojrzała na wyświetlacz. Wytarła palec w spodnie i nacisnęła czerwoną słuchawkę.
Potem przykucnęła obok mnie, sięgnęła po szmatę i zaczęła wycierać ten sam fragment podłogi, który ja właśnie umyłem. Nie powiedziała nic. Tylko jej ręce poruszały się w kółko, po mokrym betonie, tam gdzie przed chwilą stał Marcin.












