Koperta leżała na stole obok zimnej herbaty od dwóch godzin, kiedy Marta w końcu ją otworzyła nożem do chleba, bo nie chciało jej się szukać nożyczek. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa. Trzy zdania, jedna pieczątka, i dwadzieścia dwa lata małżeństwa zamknięte na formacie A4.
Piotr wyprowadził się w marcu. Zabrał ubrania, stary rower z piwnicy i ekspres do kawy, który sam kiedyś kupił — jakby chciał jej przypomnieć, iż choćby poranna kawa teraz będzie inna. Zostawił mieszkanie na Bielanach, kredyt do spłacenia jeszcze przez jedenaście lat i osiemset trzydzieści złotych na koncie wspólnym, które przelał tydzień przed wyprowadzką, "żeby było uczciwie".
Marta włożyła papiery z powrotem do koperty i sięgnęła po kalkulator. Pensja pielęgniarki w przychodni na Żoliborzu — dwa tysiące dziewięćset netto. Rata kredytu — tysiąc sto dwadzieścia. Zosia w tym roku zdawała maturę i mówiła już o wyjeździe na studia do Krakowa. Liczby się nie zgadzały, obojętnie ile razy je dodawała.
Telefon zawibrował. "Mamo, będę później, idę z Kasią na kawę". Marta odłożyła komórkę ekranem do dołu i wstała, żeby wylać zimną herbatę do zlewu. Kubek stuknął o metal głośniej, niż powinien.
Wieczorem, kiedy Zosia wróciła, zastała matkę przy stole z rozłożonymi rachunkami.
— Co robisz?
— Liczę, na co nas stać.
— Mamo, dasz radę, zawsze dawałaś.
— Zosiu, ja nie mam pojęcia, czy dam radę. Mam czterdzieści osiem lat i pierwszy raz w życiu liczę pieniądze sama.
Powiedziała to ostrzej, niż zamierzała. Zosia spojrzała na nią, jakby matka powiedziała coś nieprzyzwoitego, i wyszła do swojego pokoju bez słowa. Marta zostawiła rachunki na stole i poszła spać, nie mówiąc dobranoc.
Rano, w drodze do pracy, wpadła na Anię z rejestracji, która wcisnęła jej ulotkę: kurs ceramiki przy Marszałkowskiej, dwa razy w tygodniu, sto osiemdziesiąt złotych za miesiąc. Marta wsadziła ulotkę do kieszeni fartucha, myśląc, iż sto osiemdziesiąt złotych to teraz dla niej dwie raty za telefon albo połowa opłaty za korepetycje z angielskiego dla Zosi. Zapisała się tego samego dnia wieczorem, zanim zdążyła się rozmyślić.
Pierwsze zajęcia były upokarzające. Glina wyślizgiwała jej się spod palców, koło wirowało za szybko, a instruktor, chłopak może trzydziestoletni, musiał dwa razy poprawiać jej ręce, mówiąc "proszę pani, niech pani nie ściska, tylko prowadzi". W połowie zajęć miska, którą próbowała ulepić, zapadła się do środka jak przebity balon. Marta poczuła, jak gardło jej się ściska, wstała, powiedziała, iż musi wyjść wcześniej, i pojechała do domu tramwajem, patrząc przez brudną szybę na mokry Żoliborz.
Zosia zadzwoniła tego wieczoru z akademika, mimo iż jeszcze nie wyjechała, bo była u koleżanki.
— Basia mi mówiła, iż rzuciłaś ceramikę po jednych zajęciach.
— Skąd Basia to wie?
— Bo jej córka chodzi na te same zajęcia, mamo, to małe miasto.
— Nie rzuciłam. Po prostu było ciężko.
— To wróć.
Wróciła w środę, głównie z uporu, żeby nie dać Zosi racji przez telefon. Tym razem miska się nie zapadła. Była krzywa, z nierówną krawędzią, z odciskiem jej kciuka wypalonym na boku na stałe, ale stała. Marta zabrała ją do domu owiniętą w gazetę i postawiła na parapecie w kuchni, dokładnie tam, gdzie wcześniej stał kubek z zimną herbatą.
We wrześniu Zosia wyjechała do Krakowa. Mieszkanie na Bielanach zrobiło się nagle za duże i za ciche — Marta łapała się na tym, iż włącza telewizor tylko po to, żeby słyszeć głosy. W pracowni przy Marszałkowskiej poznała Basię, rozwiedzioną księgową z Ursynowa, z którą zaczęła jeździć na zajęcia wspólnie autobusem, bo obu było raźniej.
W listopadzie prowadząca pracownię, Ewa, zaproponowała jej coś, co brzmiało jak żart: kilka miejsc w małej galerii na Nowym Świecie, wystawa zbiorowa uczestniczek kursu, na tydzień przed świętami. Marta odmówiła od razu.
— Nie jestem gotowa. To, co robię, to nie jest sztuka, to są miski.
— To są dobre miski — powiedziała Ewa. — Ludzie kupują miski, nie manifesty.
Marta nie spała tamtej nocy, wyliczając w głowie, ile kosztowałoby wypalenie i szkliwienie dziesięciu sztuk na wystawę — prawie czterysta złotych, których wtedy nie miała nadwyżki. Zadzwoniła do Basi o dwudziestej trzeciej.
— Powiedz mi, iż robię głupotę.
— Robisz głupotę. Zrób ją.
Wzięła pieniądze z odłożonych na wakacje Zosi, myśląc, iż wakacje mogą poczekać, a to nie poczeka. Przez trzy tygodnie zostawała w pracowni do dziesiątej wieczorem, aż Ewa musiała ją wypraszać, żeby zamknąć drzwi na klucz.
Dzień przed wystawą jedna z misek pękła w piecu — ta, którą uważała za najlepszą, z głębokim błękitnym szkliwem, nad którą siedziała najdłużej. Stała przed piecem, trzymając w rękach dwie połówki, i przez chwilę miała ochotę zabrać resztę i wrócić do domu, i nigdy więcej tu nie przychodzić.
Zamiast tego wzięła gliniany klej, posklejała pęknięcie najstaranniej, jak umiała, i postawiła naczynie z tyłu, tam gdzie nie było go dobrze widać.
W grudniu, pierwszego mroźnego wieczoru, kiedy na Nowym Świecie zapaliły się już świąteczne lampki, Marta stała przed witryną galerii i patrzyła, jak jej miski i wazony w odcieniach błękitu i szarości stoją obok prac innych kobiet, oświetlone od dołu małymi reflektorami. Na jednej z misek wisiała karteczka z ceną: sto dwadzieścia złotych. Ktoś już ją kupił — czerwona kropka obok metki.
Zosia przyjechała pociągiem tego samego dnia, prosto z dworca, z plecakiem jeszcze na ramieniu. Stanęła obok matki przed witryną, obie w za cienkich kurtkach, trzęsąc się z zimna.
— Która twoja?
— Ta niebieska z lewej. I ta pęknięta z tyłu, tylko nie mów nikomu, iż pękła.
— Widać przecież.
— No to teraz wiesz.
Zosia wzięła matkę pod rękę, mocno, jakby chciała ją przytrzymać przy sobie na dłużej niż tylko ten wieczór.
— Sprzedałaś jedną.
— Wiem.
— I co teraz zrobisz z tymi pieniędzmi?
— Oddam ci na wakacje.
Zosia parsknęła śmiechem, głośno, tak iż przechodząca para się obejrzała, a Marta, patrząc na swoje ręce, na których choćby po najdokładniejszym myciu wciąż widać było ślady zaschniętej gliny wciśniętej w linie skóry, po raz pierwszy od marca nie miała ochoty ich chować do kieszeni.












