Dziś, kiedy siadam do tego pamiętnika, wciąż nie mogę uwierzyć, jak bardzo jeden tydzień może odmienić spojrzenie na siebie i świat. Pojechałam z grupą emerytów na wycieczkę do Krakowa, chociaż początkowo wcale nie miałam wielkich oczekiwań. Ot, trochę zwiedzania, kilka zdjęć pod Wawelem, może przerwa na kawę na Kazimierzu, parę drobnych prezentów dla wnucząt zwykła ucieczka od codziennej ciszy i samotnych popołudni, które od dawna coraz mocniej mi doskwierały.
Zakładałam, iż spacer po rynku, Sukiennice czy Wieliczka to tylko kolejne przystanki na mapie, do których będę mogła dopisać ptaszka w swoim albumie wspomnień. A jednak pod krużgankami wawelskiego zamku wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
Stałam zamyślona, patrząc na monumentalne mury i słuchając przewodnika mówiącego coś o legendzie Smoka Wawelskiego. Myślami byłam gdzie indziej. Nagle ktoś obok mnie rzucił z uśmiechem: Ciekawe, czy król Zygmunt narzekał na tłok tak jak my teraz. Odwróciłam się wysoki, siwiejący pan w jasnej koszuli i z letnim kapeluszem na głowie. Uśmiech miał ujmujący i poczułam, iż jego obecność nie jest mi obca, choć jeszcze przed chwilą byliśmy dla siebie zupełnie anonimowi.
Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, iż nazywa się Marek Kowalski, jest wdowcem i od trzech lat emerytem. Przyjechał sam do Krakowa, bo jak mi zdradził czekał z tą podróżą zbyt długo i postanowił nie odkładać życia na jutro.
To była rozmowa lekka jak poranny wiatr na Plantach. Śmialiśmy się, wspominaliśmy czasy młodości, wymienialiśmy przemyślenia o tym, dokąd zmierzają nasze dorosłe dzieci i jak świat zmienił się przez nasze życie. Przy filiżance kawy pod Wawelem odkryłam, iż naprawdę dawno nikt tak uważnie nie słuchał każdego mojego słowa.
Kolejne dni mijały inaczej niż się spodziewałam. W autokarze siadaliśmy obok siebie. Odwiedzaliśmy razem podziemia rynku, zamawialiśmy wspólnie pierogi ruskie w małym bistro na Kazimierzu, czasem gubiliśmy się w tłumie turystów i szukaliśmy się tylko wzrokiem. To było niewinne, przypominające pierwsze zauroczenia, ale i ekscytujące jak wyprawa w nieznane.
Wieczorami, gdy inni z grupy grali w brydża albo czytali gazetę w hotelowym lobby, my wychodziliśmy na taras, patrzyliśmy na światła miasta i rozmawialiśmy o wszystkim. O dorosłych dzieciach, o tym, co nas boli, za czym tęsknimy, jak bardzo czasem brakuje bliskości. Znów poczułam się, jakbym miała dziewiętnaście lat zaczęłam się malować, staranniej dobierać ubrania, śmiać się głośniej. Koleżanki z wycieczki patrzyły z życzliwym uśmiechem, inne może z cieniem zazdrości. Ja jednak czułam, iż wraca do mnie ta część mnie, o której zdążyłam zapomnieć.
Im wycieczka zbliżała się do końca, tym mocniej nachodziła mnie myśl: co dalej? Mieszkamy setki kilometrów od siebie on pod Gdańskiem, ja pod Wrocławiem. Czy tydzień w Krakowie wystarczy, by myśleć o czymś więcej?
Ostatniego dnia wybraliśmy się na długi spacer po krakowskim Starym Mieście, już bez reszty grupy. Siedzieliśmy na schodach pod Kościołem Mariackim, jedliśmy lody i nie musieliśmy wiele mówić. Marek spojrzał mi w oczy i powiedział cicho: Dawno nie czułem się tak dobrze. Ale boję się, co zostanie z tego uczucia, kiedy wrócimy do swojej codzienności. Może to tylko kilka dni, kolejna piękna historia do albumu? Zabrakło mi słów. W sercu ścierała się nadzieja i strach chciałam wierzyć, iż to znak, początek czegoś nowego, ale równie mocno bałam się, iż to tylko zauroczenie, które zgaśnie wraz z wyjazdem.
Pożegnaliśmy się na dworcu w Krakowie. Uścisk może za długi jak na znajomych z wycieczki spojrzenie mówiące więcej niż tysiąc słów. Wymieniliśmy się numerami telefonów, ale żadne z nas nie zaproponowało spotkania. Wsiadałam do pociągu z głową pełną myśli.
Teraz, kiedy wracam do tych wspomnień, nie wiem, jak je nazwać. To był piękny sen intensywny, ale bardzo kruchy. Może to tylko iluzja jak sugerował Marek, a może powinnam mieć odwagę sprawdzić, czy los faktycznie daje mi nową szansę.
Często się zastanawiam czy naprawdę warto zaryzykować spokojne, przewidywalne życie dla uczuć, które pojawiły się zupełnie niespodziewanie? Czy lepiej zostawić wszystko jako cenną, bezpieczną pamiątkę, czy odważyć się przekroczyć granicę i sprawdzić, dokąd prowadzi serce? Może właśnie dlatego zapisuję tę historię żeby zapytać innych: czy po sześćdziesiątce wciąż można otworzyć się na coś nowego? Bo serce wciąż mocniej bije na samo wspomnienie Marka, a rozum uporczywie powtarza, iż to już nie ten czas.








