Wyjechałam na wycieczkę do Krakowa z grupą emerytów spod Warszawy. Spodziewałam się paru spacerów po Starym Mieście, jakichś zdjęć pod Wawelskim Smokiem, może pamiątek dla wnuków parę pierników i magnesów z gołębiem. Najbardziej chciałam oderwać się od ciszy własnego mieszkania, od tej podskórnej samotności, co rozrasta się w człowieku z roku na rok jak cichy mchem zarastający pokój.
Myślałam, iż Rynek, Planty czy Sukiennice będą tylko punktami odhaczanymi w przewodnickim kajecie. Ale zasłonięta cieniem Barbakanu, spotkałam kogoś, przez kogo zabrzmiała we mnie pieśń młodości z nutami, których się już nie spodziewałam.
Stałam wtedy pod kolumną, patrząc w zadumie na żółtawe cegły i wieże mariackie. Przewodnik opowiadał o legendach, a ja, szczelnie otulona własnymi myślami, unosiłam się. Aż obok ktoś mruknął z uśmiechem: Ciekawe, czy Lajkonik też narzekał na upały, tak jak my dzisiaj.
Odwróciłam się a tam stał on. Wysoki, siwy już w skroniach, ale patrzył na mnie, jakbym była najważniejszą osobą pod tym niebem. Ubrany zwyczajnie, w lnianą koszulę, z przewieszoną przez ramię torbą i tanim kapeluszem, ale w jego oku tlił się płomień jak w żarze czerwcowego dnia.
Był to pan Zbigniew, emerytowany nauczyciel z Gdańska, który jak wyznał przyjechał, bo przestał wierzyć, iż nadejdzie lepszy czas na poznanie Krakowa. Rozmowa rozkwitła natychmiast, lekka, z figlarnym śmiechem zupełnie jakbyśmy znali się od dawna, tylko zapomnieli.
W cieniu Plant wypiliśmy kawę zalewaną, dzieląc się nie tylko wspomnieniami, ale i ciszą, której nikt nie wypełniał niepotrzebnym słowem. Dopiero wtedy poczułam, iż od lat nikt nie słuchał mnie z takim prawdziwym zainteresowaniem.
Kolejne dni mijały jak w śnie przysiadałam obok Zbyszka w autokarze, razem zamawialiśmy ruskie pierogi i barszcz, gubiliśmy się w tłumie gości pod Wawelem i odnajdowaliśmy wzrokiem pod Sukiennicami. Było w tym coś cudownie niewinnego i zarazem niepokojąco ekscytującego.
Wieczorami, kiedy grupa grała w remika albo plotkowała w hotelowym lobby, my staliśmy na tarasie, patrząc na rozświetlone miasto Wisłę odbijającą światła, tramwaje dzwoniące na moście Dębnickim i rozmawialiśmy o wszystkim. O dzieciach z własnymi światami, o lękach sprzed lat, o tym, jak dziwnie jest poczuć w sercu trzepot liści, które od dawna wydawały się martwe.
Czułam się dziewczyną. Marzanną, której nie utopiono. Zaczęłam się czesać inaczej, dobierać apaszki, śmiać się bez powodu. Znajome z wycieczki zerkały na mnie jedna z sympatią, inna z lekką zazdrością. A ja powoli odkopywałam samą siebie spod zwałów rutyny i przyzwyczajeń jak starą porcelanę z pawlacza.
Ale zbliżał się koniec wycieczki, a z nim pytanie: co dalej? On mieszkał nad morzem, ja pod stolicą, nasze życia przecinał raptem jeden tydzień zapełniony nocami w hotelach i zachodami słońca nad Wisłą. Czy to, co nas połączyło, ma jakiś sens, gdy wróci chmiel codzienności?
Ostatniego dnia, już bez bagażu grupy, poszliśmy na długi spacer. Siedzieliśmy na schodkach pod kościołem św. Piotra i Pawła, jedliśmy lody śmietankowe, zerkając na końcówki ławek. Milczeliśmy, aż w końcu powiedział: Dawno nie czułem się tak spokojny, jakbym na chwilę zapomniał, iż świat nie zawsze bywa łaskawy. Ale boję się, iż wszystko rozsypie się za bramkami na dworcu. Może to tylko złudzenie wakacji?
Nie potrafiłam znaleźć odpowiedniego słowa. Wewnątrz walczyła we mnie odwaga, by uwierzyć, iż los podsunął mi szansę, i lęk, iż to ledwie zamglone zauroczenie, które zniknie szybciej niż rosa na porannym rynku.
Rozstaliśmy się na dworcu głównym w Krakowie. Uścisk trochę za długi, spojrzenie, które było wszystkim i końcem, i cichą obietnicą. Wymieniliśmy numery telefonów, ale żadne nie powiedziało wprost: Spotkajmy się znów!
Gdy myślami wracam w tamte dni, nie potrafię rozstrzygnąć: był to dla mnie rzeczywistość czy sen, w którym przez chwilę byłam młoda i dzielna. Może Zbyszek miał rację, może to tylko fatamorgana. A może tchórzostwo nie próbować dowiedzieć się, gdzie zaprowadziłby ten dziwny przypadek.
I pytam siebie czy warto zaryzykować stabilne, ułożone, polskie życie dla uczucia, które spadło z nieba? Czy była to tylko opowieść spod wawelskiego księżyca, czy początek historii, o której nic jeszcze nie wiem? Bo gdy pomyślę o nim serce bije szybciej, a rozum szepce: to przecież szaleństwo.
Może dlatego właśnie to opowiadam by zapytać: Czy po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce, albo i później, człowiek ma prawo wierzyć, iż coś dobrego jeszcze może go znaleźć? Czy lepiej zostawić wspomnienie w albumie wspomnień, czy rozwinąć nowe skrzydła i pozwolić się porwać emocjom, które nie pytają o wiek ani adres zameldowania?










