Wszystko po równo
Aniu, musimy pogadać o wydatkach. O TWOICH wydatkach, a adekwatnie o tym, jak potrafisz szastać pieniędzmi.
Anna zamarła z filiżanką kawy w pół drogi do ust. Siódma rano, jeszcze nie do końca się obudziła, a Marcin już stał w progu kuchni z miną prokuratora przygotowującego się do ogłoszenia wyroku.
O jakich wydatkach? I dlaczego zarzucasz mi rozrzutność? Udało jej się zrobić łyk, ale kawa natychmiast straciła smak.
Za dużo wydajesz na siebie. Co tydzień jakaś torba, pudełko. To sukienka, to krem za pięćset złotych.
Anna powoli odstawiła filiżankę na stół. To się dopiero nazywa poranne rewelacje! Bez ostrzeżenia, bez zwykłego dzień dobry, kochanie.
Krem kosztował trzysta, skoro już liczysz. I nie kupuję co tydzień, tylko raz na dwa miesiące.
Ania, mamy wspólny budżet.
Wypowiedział to tonem nauczyciela tłumaczącego nieogarniętemu uczniowi tabliczkę mnożenia. Anna zacisnęła zęby, policzyła do pięciu. Nie pomogło.
Marcin, przypomnieć ci, ile ty miesięcznie ładujesz w samochód?
Zmarszczył brwi, zaskoczony kontrą o tak wczesnej porze.
To co innego.
Oczywiście, zawsze co innego. Paliwo, myjnia, jakieś dodatki, ubezpieczenie, przeglądy co pół roku. Ja tym twoim passatem choćby nie jeżdżę, wiesz? Ani razu za kierownicą nie siedziałam.
Do pracy autem jeżdżę Marcin skrzyżował ręce. To narzędzie pracy.
Anna roześmiała się nerwowym śmiechem.
Narzędzie pracy? Serio? A ubrania i kosmetyki dla mnie to rozrywka? W biurze siedzę, z klientami się spotykam. Nie mogę przyjść w rozciągniętym swetrze i z wysuszoną twarzą.
Można przecież trochę oszczędniej.
Można Anna przytaknęła. To ja będę chodziła na spotkania w tym samym żakiecie przez trzy lata, a ty sprzedasz passata i kupisz coś skromniejszego. Tico na przykład. Też dowiezie do pracy, prawda?
Marcin otworzył usta, zamknął, przetarł czoło.
Przesadzasz.
Nie, to ty przesadzasz. Twoje wydatki to inwestycja, moje to rozrzutność. Wygodna matematyka.
Postał chwilę, machnął ręką i wyszedł z kuchni. Anna usłyszała, jak trzasnęły drzwi wejściowe.
Kawa zupełnie ostygła. Wylała ją do zlewu i oparła czoło o chłodne kafelki nad blatem.
Świetny początek dnia. Po prostu idealny…
W pracy Weronika prawie zakrztusiła się sałatką, gdy Anna jej wszystko opowiedziała.
Czekaj, on to serio powiedział? Od rana?
Anna grzebała widelcem w mielonym na stołówkowym talerzu. Apetytu nie miała od świtu i w tej chwili też się nie pojawił.
Tak. choćby kawy nie dopiłam w spokoju.
Klasyka Weronika odsunęła się na krześle i zmrużyła oczy. Mój były też tak wyskoczył. Podzielmy wszystko po równo, uczciwie, nowocześnie mówił.
I co?
gwałtownie go rozliczyłam. Mówię, ty zjadasz dwa razy tyle co ja. Popatrz: ja rano jogurt, ty jajecznicę z czterech jajek z boczkiem. Ja na obiad sałatę, ty dwa główne dania. Za jedzenie, kochany, płacisz proporcjonalnie.
Anna uśmiechnęła się pod nosem. Weronika z takim spokojem rzucała argumenty, iż spokojnie mogłaby być adwokatem.
I co? Policzył sobie?
Oj, jeszcze jak. Trzy dni z kalkulatorem po domu chodził, paragony zbierał. Potem ucichło. A miesiąc później się rozstaliśmy.
Myślisz, iż przez to?
Myślę, iż to był objaw wzruszyła ramionami i wróciła do sałatki. Jak facet zaczyna liczyć ci grosze on już żyje w głowie z jakimś planem, w którym nie ma już dla ciebie miejsca.
Anna milczała. W słowach Weroniki było coś bolesnego i prawdziwego.
Do domu wracała wolniej niż zwykle. Celowo wysiadła przystanek wcześniej, przeszła się piechotą. Powietrze pachniało mokrym asfaltem i czymś gorzkawym może liśćmi, może spalinami. Nie chciała myśleć o tym, co czeka ją w mieszkaniu.
W domu powitała ją cisza. Marcina jeszcze nie było. Przebrała się, wyjęła z lodówki kurczaka i warzywa, zabrała się za obiad. Ręce działały automatycznie pokroić, posolić, wrzucić na patelnię. Głowa pusta, co choćby przynosiło pewną ulgę.
Marcin wrócił około ósmej. Zajrzał do kuchni, postał w drzwiach.
Nie wydałaś dziś przypadkiem za dużo?
Anna choćby nie odwróciła się w jego stronę. Mieszała warzywa.
Nic, w ogóle dziś nic nie kupowałam.
Kiwnął głową i poszedł się przebrać. Anna wyłączyła kuchenkę, nakryła do stołu. Dwa talerze, sałatka, kurczak z warzywami. Jak zawsze, tylko porcje trochę mniejsze w lodówce pustawo, a do sklepu specjalnie nie poszła.
Usiedli do kolacji. Marcin spojrzał na swój talerz. Spojrzał na Annę.
Tak mało jedzenia?
Anna spokojnie odłożyła widelec na krawędź talerza. Spojrzała na męża długo i spokojnie.
Chciałeś wszystko po równo. Masz po równo.
Marcin zamrugał. Raz, drugi. Widelec zawisł w powietrzu w pół drogi do ust.
Jak to?
Po prostu. Zrobiłam kolację i podzieliłam na dwie identyczne porcje. To twoja. Wskazała na talerz. Mi jeszcze zostanie na śniadanie. A ty nie wiem, co zjesz rano. Skoro produkty są wspólne i wszystko ma być po równo nie mogę wydać więcej na ciebie niż na siebie. To by nie było sprawiedliwe.
Marcin odłożył widelec. Na policzkach wyszły mu rumieńce.
Ania, to przecież… bez sensu.
Bez sensu? Anna uniosła brwi i oparła się o oparcie. Co dokładnie jest bez sensu? Przecież to ty zaproponowałeś dzielić wydatki. Dzielę.
Miałem na myśli co innego!
Co dokładnie? Że ograniczyć trzeba tylko moje wydatki, a twoje pozostaną święte i nietykalne?
Marcin zamilkł. Anna widziała, jak szuka argumentów i nie znajduje.
A tak w ogóle sięgnęła po szklankę wody ile dziś wydałeś na paliwo?
Co to ma wspólnego z czymkolwiek?
Po prostu interesująca jestem. Ile?
Zmieszał się, policzył coś gwałtownie w głowie.
Ze trzydzieści złotych.
Niech będzie trzydzieści. Anna wstała od stołu. Czekaj chwilę.
Poszła do przedpokoju. Marcin słyszał otwieranie szafy, szelest. Anna wróciła do kuchni z jego portfelem w ręku.
Co robisz? Poderwał się z krzesła.
Zabieram swoją połowę.
Spokojnie otworzyła portfel, wyjęła z niego piętnaście złotych i schowała do kieszeni spodni. Marcin patrzył z niedowierzaniem.
Ania, serio?
Absolutnie położyła portfel na stole przed nim. Wydałeś trzydzieści złotych na paliwo więc mi należy się piętnaście na moje wydatki. Sprawiedliwie, po równo. Tak jak chciałeś.
To jakiś absurd!
Twój pomysł, Marcin. Ja go tylko konsekwentnie realizuję. Uśmiechnęła się i wróciła do talerza. Może w końcu uzbieram na nową bluzkę.
Marcin milczał. Szczęka mu drżała, na szyi pulsowała żyła, ale nie powiedział już ani słowa. Anna spokojnie jadła dalej.
Kolacja przebiegła w całkowitej ciszy.
Tydzień ciągnął się niemiłosiernie. Każdego wieczora Anna gotowała dokładnie na dwie osoby i dzieliła wszystko równiutko. Marcin spoglądał na swój talerz, potem na jej, z niezadowoleniem, ale ani słowa. Rano pytała, ile wyda na paliwo. Wieczorem odbierała swoją połowę. W środę zaczął jeździć do pracy metrem.
Pod koniec tygodnia był blady i wyglądał na wilka z głodu.
W sobotę rano Anna miała już w osobnej kopercie prawie czterysta pięćdziesiąt złotych. Marcin kupował sobie przekąski w pracy, bo jedzenia z domu mu nie starczało. Anna wiedziała, bo już w poniedziałek przeliczyła wszystko, co Marcin miał w portfelu. Po równo, więc po równo.
W sobotę rano Marcin siedział w kuchni z herbatą. Gdy Anna weszła, spojrzał na nią spod ciemnych cieni pod oczami.
Aniu… zająknął się, przetarł kark. Nie miałem racji. Przepraszam.
Anna nalała sobie kawy, usiadła naprzeciwko, grzejąc dłonie o kubek. Milczała, czekając na ciąg dalszy.
To była głupota westchnął. Nakręciłem się jakimiś bredniami o dzieleniu pieniędzy. Zapomnijmy o tym, dobrze?
Dobrze zgodziła się swobodnie. Ale pamiętaj, iż nie policzyłam jeszcze rachunku za pracę w domu.
Za jaką pracę?
Gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie. Gdybym policzyła według stawek rynkowych, wisiałbyś mi jeszcze z pięćset złotych. Minimum.
Marcin się zakrztusił, chwycił serwetkę.
Ale nie będę liczyć Anna upiła łyk kawy i spojrzała na męża ponad kubkiem. O ile ty już więcej nie będziesz robił z małżeństwa księgowości. Ustalone?
Ustalone gwałtownie kiwnął głową. Przysięgam. Bez żadnych podziałów więcej.
No i świetnie.
Anna uśmiechnęła się i sięgnęła po herbatnika. Marcin patrzył na nią z miną człowieka, który ledwie uniknął katastrofy.
A ja pomyślałem sobie, iż czasem warto doprowadzić męskie fanaberie do końca. Pokazać absurd i odwrócić szalę na swoją stronę. Wtedy można nie tylko ocalić związek, ale choćby wygrać małżeński spór. I taka jest moja prosta arytmetyka.











