Pewnej październikowej soboty, gdy złote liście wirowały w chłodnym powietrzu, Zofia postanowiła odwiedzić swoją działkę. Wstała o świcie, wypiła gorącą kawę i spakowała narzędzia oraz termos z herbatą. Czterdzieści kilometrów od Warszawy, we wsi Jaworowo, znajdował się jej skrawek ziemi dwanaście arów z drewnianą altanką, kupione pięć lat wcześniej za oszczędności z pracy programistki.
Przez te lata Zofia pielęgnowała swój kawałek raju: posadziła jabłonie, założyła warzywnik, odnowiła ogrodzenie. Jej mąż, Marek, rzadko tam bywał. Wolał miejskie życie spotkania z kumplami i mecze piłki. Ostatni raz Zofia odwiedziła działkę pod koniec sierpnia, a teraz, w październiku, chciała przygotować ją na zimę.
Gdy podjeżdżała, zauważyła obcy samochód elegancki SUV stał przy bramie. Przez sztachety ujrzała Marka i jego matkę, Krystynę, oprowadzających obcego mężczyznę w garniturze.
*Dokumenty załatwimy szybko, cena do negocjacji* słyszała słowa męża. *Miejsce idealne na dom, sąsiedzi spokojni, woda z własnej studni* dorzucała teściowa.
Zofia otworzyła bramę z metalicznym zgrzytem. Trójka odwróciła się jak na komendę.
*Działka jest wyłącznie na moje nazwisko. Żadnych transakcji* powiedziała twardo. Nieznajomy wybełkotał przeprosiny i gwałtownie odjechał.
*To nie tak, jak myślisz* zaczął Marek. *Chcieliśmy tylko pomóc. Przecież rzadko tu bywasz, a pieniądze przydałyby się na większe mieszkanie!*
*Moja decyzja była jasna pół roku temu* odparła. *Wybraliście oszustwo.*
Krystyna uniosła głos: *Egoistka! Myślisz tylko o sobie! Marek zasługuje na godne życie!*
Zofia wskazała drzwi: *Proszę wyjść. Obydwoje.*
Warszawskie mieszkanie, wynajmowane wyłącznie na jej nazwisko, też stało się polem bitwy. Teściowa krzyczała o niewdzięczności, Marek błagał o drugą szansę. W końcu Zofia zamknęła drzwi za nimi. Cisza.
Trzy miesiące później rozwód był faktem. Wiosną Zofia wróciła do Jaworowa. Sąsiadka, pani Halina, przyniosła rozsadę i ciepłe drożdżówki.
*Ziemia to skarb* powiedziała, klepiąc ją po ramieniu. *Kto ją ma, zawsze ma oparcie.*
Zofia skinęła głową. Słońce zachodziło za jabłoniami, malując niebo na złoto. To był jej dom niepodzielny, obroniony, prawdziwy. Lepszego nie potrzebowała.













