Wpatrzeni w pustkę Kiedy Dima i Ania mieli po 19 lat, pobrali się z ogromnej, szalonej miłości. Nie mogli bez siebie żyć ani oddychać, więc ich rodzice natychmiast postanowili zalegalizować ich związek, by nie stało się nic niezgodnego z prawem… Na weselu było wszystko, jak przystało na polską uroczystość: lalka na masce samochodu, morze kwiatów, fajerwerki, sala bankietowa i okrzyki “Gorzko! Gorzko!”… Rodzice Ani nie dołożyli do wesela złotówki, bo nie mieli z czego – ledwo stać ich było na skromne jedzenie i… alkohol. Wszystkie wydatki pokryła mama pana młodego, Aleksandra Aleksandrowna – choć wszyscy mówili na nią Sanna Sannowna, bo tak było łatwiej. Sanna Sannowna próbowała odwieść syna od związku z dziewczyną z domu, w którym rodzice pili, ale Dima upierał się, iż na Ani to nie zostawi żadnego śladu. Ich miłość miała pokonać złe dziedzictwo… “Synku, z jabłoni nie wyrośnie pomarańcza – uważaj, bo miłość bywa krótsza niż nos wróbla…” Dima i Ania byli pewni, iż czeka ich tylko szczęście. Świadomi, iż cały świat jest u ich stóp. Ale życie napisało dla nich własną “bajkę”… Sanna Sannowna i jej mąż sprezentowali młodym mieszkanie: “Mieszkajcie długo i szczęśliwie, dzieciaki!” Na początku wszystko układało się wspaniale; Ania urodziła dwie córki, Tanię i Swietę, a Dima był wniebowzięty. Jednak przed upływem pięciu lat Ania zaczęła wracać do domu z zapachem alkoholu, by w końcu oznajmić, iż nigdy Dimy nie kochała i odchodzi do innego mężczyzny – żonatego, z trójką córek. Dzieci zostały porzucone… Sanna Sannowna wzięła wnuczki do siebie. Dima w rozpaczy wstąpił do sekty, ożenił się z wdową mającą dwóch synów, a o córkach przestał mieć czas choćby myśleć. Po siedmiu latach, nagle, Ania wróciła – z czteroletnią córką Maszą. Poprosiła o schronienie “do byłej teściowej”. Sanna, choć nie obyło się bez przytyków, zgodziła się. Po miesiącu Ania zniknęła – wróciła do “ukochanego kataryniarza”, zostawiając Maszę… Sanna Sannowna wychowywała wszystkie trzy wnuczki; było im razem ciepło i bezpiecznie. ale czas leciał – Babcia Sanna, potem dziadek, odeszli z tego świata. Tania wyszła za mąż, ale nie miała dzieci, Swieta pogrążyła się w samotności, Masza urodziła dziecko w wieku 17 lat, po czym pojechała do matki na wieś… A Ania skończyła sama, z opinią pijaczki wśród sąsiadów. Dima po latach uciekł od żony-sekciarki, został sam z trzema kotami – i tyle zostało z wielkiej, młodzieńczej, szalonej miłości… …A przecież szczęście naprawdę kiedyś zapukało do drzwi Ani i Dimy…

newskey24.com 3 godzin temu

PATRZĄC W NICOŚĆ

Darek i Łucja wzięli ślub, gdy mieli zaledwie po dziewiętnaście lat. Nie potrafili bez siebie żyć, adekwatnie choćby oddychać bez towarzystwa drugiej osoby. Była to klasyczna szalona miłość, przed którą aż drżały mury rodzinnych blokowisk. Ich rodzice czym prędzej postanowili więc zalegalizować tę znajomość a nóż widelec coś nielegalnego nie wydarzy się po sąsiedzku

Wesele urządzili takie, iż pół osiedla jeszcze tydzień wspominało, a dzieci na podwórku bawiły się w młodych i gości. Była oczywiście lalka na masce samochodu, ton tulipanów, pokaz fajerwerków, sala weselna na obrzeżach miasta, no i niekończący się chór: Gorzko! Gorzko!.

Rodzice Łucji nie dołożyli się do uroczystości ledwie starczało im na pasztet i butelkę żubrówki. Wszystkie wydatki wzięła na siebie mama Darka szefowa (emerytowana!) miejscowej przychodni, Janina Janowska. Wiedząc, iż jej tytuły i nazwisko trudno wymówić po kilku kieliszkach, kazała sobie mówić po prostu pani Janeczka.

Janeczka od początku przestrzegała syna przed dziewczyną z problemami alkoholowymi w rodzinie. Ale kogo obchodzą matczyne rady, kiedy w głowie kwitnie miłość i hormon? Darek upierał się, iż Łucja to wyjątek, iż ich wszechświatowa miłość przerwie wszelkie złe rodzinne przekleństwa, a geny można pokonać sercem.

Janeczka tylko cmokała i powtarzała swoją złotą myśl: Pamiętaj, synu, z brzozy pomarańczy nie będzie. Najlepsze uczucia bywają kruchutkie jak krakowska bułka.

Darek i Łucja, świeżo po ślubie, byli przekonani, iż czeka ich morze szczęścia, nieustanny śmiech i tylko te słynne różowe okulary. Świat, zdawałoby się, leżał przed nimi otworem, a los puszczał do nich oko.

Na początek teściowie Janeczka i jej mąż sprezentowali młodym mieszkanie w bloku pod Warszawą. No to żyjcie i radujcie się, dzieciaki!. Początki były choćby idylliczne. Bez większych spięć, bez kłótni o to, kto wyrzuci śmieci.

Łucja urodziła dwie córeczki: Tosię i Gośkę. Darek je ubóstwiał i przy każdej okazji chwalił się nimi pod marketem czy u fryzjera. Czuł się w ich mieszkaniu niepodzielnym panem, co tylko podkręcało mu ego.

Ale wszystko, co polskie, dość gwałtownie się kończy: nie minęło choćby pięć lat, a Łucja zaczęła znikać na kilka dni, wracając z zapachem wódki i kiszonych ogórków. Darek prosił o wyjaśnienie na początku milczała, potem już bez ogródek oznajmiła, iż nigdy go adekwatnie nie kochała. Ot, młodzieńcze zauroczenie i tyle. Teraz w końcu poznała mężczyznę swojego życia i zamierza do niego odejść. choćby jeżeli ten facet ma już żonę i trójkę dzieci.

Darek przez chwilę chodził jak we mgle świat mu się zawalił i wszystko przestało mieć sens. Czuł się, jakby zdradził go własny kot po trzech latach wspólnego mieszkania.

Łucja tymczasem wyniosła się z nowym ukochanym na wieś pod Kielcami. Twierdziła, iż z dobrym chłopem to i w stodole pałac, z niewłaściwym to luksus nie pomoże. Dzieci zostawiła własnemu losowi.

Janeczka była kobietą twardą i nie dała się byle czym wzruszyć dziewczynki zabrała do siebie. Z mężem rozpieszczali wnuczki na każdym kroku i na przekór losowi.

Darek w końcu popadł w całkowite przygnębienie. Wstąpił, trochę z nudy, do sekty religijnej kolega z warsztatu obiecał, iż tam wszystko się poukłada. Sekta gwałtownie ożeniła go z wdową po kierowcy, Wandą, która miała dwóch synów: Olka i Stasia. Ślub odbył się według zasad tej samej sekty, więc już nie było odwrotu.

O swoich córkach Darek mógł pomarzyć. Wanda miała zawsze własny zestaw kłopotów: No, Darek, odprowadź Olka do szkoły, Stasiowi podgrzej zupę. Twoje córki mają matkę niech ona się nimi martwi.

Darek potulnie robił swoje. przez cały czas kochał Łucję, ale dobrze wiedział, iż nie ma już do niej drogi.

Po siedmiu latach, nieoczekiwanie, do Janeczki wpadła Łucja, trzymając za rękę małą, czteroletnią dziewczynkę.

Janeczka zmierzyła ją spojrzeniem doświadczonej ekspedientki z warzywniaka.
-No proszę cię, Łucja, życie cię przemieliło jak makowiec na święta. To twoja córka?
-Tak, to Marysia. Możemy tu z nią trochę pomieszkać? pytała Łucja, kręcąc się z nogi na nogę.

-A co, męża cię przegonił z widłami? dociekała Janeczka.
-Nie, sama odeszłam. Nie idzie już z nim wytrzymać. Bijatyki, alkohol, gorsza niż wesele sąsiadów poskarżyła się Łucja byłej teściowej.

-Sama takie kwiatki sobie wybrałaś, nikt cię nie zmuszał! A do swoich rodziców czemu nie pojechałaś?
-Zatęskniłam za córkami. Chciałabym je zobaczyć. Mogę?

Janeczka westchnęła. -No faktycznie, przypomniało ci się, iż masz dzieci! Kukułka z ciebie straszna, Łucja!

W tym momencie zadzwonił dzwonek przyszły dziewczyny: Tosia i Gośka, już nastolatki. Patrzyły na Łucję z pewną rezerwą. Czuły, iż to ich matka, ale sercem były gdzie indziej. Gromadziły w sobie żal, a Janeczka często wspominała, iż sierot nie zawsze robi śmierć, czasem po prostu żywi rodzice.

Nie było rady: Janeczka przyjęła Łucję z Marysią pod dach. Nie wyrzuci przecież na ulicę, za żadne pieniądze!

Po miesiącu wydarzył się jednak psikus Łucja, bez uprzedzenia, znowu zniknęła. Okazało się, iż wróciła do swojego cukrowego oprawcy na wsi, a Marysię zostawiła u babci. Teraz Janeczka i jej mąż mieli trzy wnuczki na głowie, które kochały dziadków całym sercem. W tym domu panowały czułość, uczciwość i wzajemny szacunek taki polski, rodzinny mikroklimat.

Czas mijał a przecież nie da się go pogonić kijem. Janeczka i jej mąż po latach odeszli, zostawiając dziewczynki same w świecie.

Tosia gwałtownie wyszła za mąż, ale niestety nie miała dzieci. Gośka została przy starej kawalerce i zdecydowała się na życie w pojedynkę, nie dla niej było rodzinne zamieszanie.

Marysia w wieku siedemnastu lat urodziła dziecko, nie bardzo wiedząc od kogo (urok wsi), i przeniosła się do swojej matki na świętokrzyską prowincję.

Młodość odeszła bez do widzenia, starość przyszła bez słowa dzień dobry.

Łucja żyła sama, bo jej konkubent został zabrany przez córki do miasta, kiedy zachorował (a i tak miał żal do Łucji, iż nie dopilnowała jego zdrowia). Na odchodne usłyszała: Nie właź między wrony, nie rób wstydu!.

Wioska aż huczała od wieści o Łucji, która doczekała się etykietki wstydliwa pijaczka. W końcu na polskiej wsi nie ma murów, których sąsiad nie przeskoczy wzrokiem.

Darek ostatecznie uciekł od Wandy i, po wyjściu z sekty, został sam jak palec ledwo wiązał koniec z końcem w dawnej matczynej kawalerce, spał pod trzema kocami i przygarnął aż trzy bezdomne koty, żeby nie oszaleć od samotności.

I tak, zamiast szczęścia, które pukało kiedyś do drzwi Łucji i Darka, został tylko pusty korytarz, mruczenie kotów i ciche westchnienie: No, taka to już nasza polska miłość.

Idź do oryginalnego materiału