PATRZĄC W NICOŚĆ
Darek i Łucja wzięli ślub, gdy mieli zaledwie po dziewiętnaście lat. Nie potrafili bez siebie żyć, adekwatnie choćby oddychać bez towarzystwa drugiej osoby. Była to klasyczna szalona miłość, przed którą aż drżały mury rodzinnych blokowisk. Ich rodzice czym prędzej postanowili więc zalegalizować tę znajomość a nóż widelec coś nielegalnego nie wydarzy się po sąsiedzku
Wesele urządzili takie, iż pół osiedla jeszcze tydzień wspominało, a dzieci na podwórku bawiły się w młodych i gości. Była oczywiście lalka na masce samochodu, ton tulipanów, pokaz fajerwerków, sala weselna na obrzeżach miasta, no i niekończący się chór: Gorzko! Gorzko!.
Rodzice Łucji nie dołożyli się do uroczystości ledwie starczało im na pasztet i butelkę żubrówki. Wszystkie wydatki wzięła na siebie mama Darka szefowa (emerytowana!) miejscowej przychodni, Janina Janowska. Wiedząc, iż jej tytuły i nazwisko trudno wymówić po kilku kieliszkach, kazała sobie mówić po prostu pani Janeczka.
Janeczka od początku przestrzegała syna przed dziewczyną z problemami alkoholowymi w rodzinie. Ale kogo obchodzą matczyne rady, kiedy w głowie kwitnie miłość i hormon? Darek upierał się, iż Łucja to wyjątek, iż ich wszechświatowa miłość przerwie wszelkie złe rodzinne przekleństwa, a geny można pokonać sercem.
Janeczka tylko cmokała i powtarzała swoją złotą myśl: Pamiętaj, synu, z brzozy pomarańczy nie będzie. Najlepsze uczucia bywają kruchutkie jak krakowska bułka.
Darek i Łucja, świeżo po ślubie, byli przekonani, iż czeka ich morze szczęścia, nieustanny śmiech i tylko te słynne różowe okulary. Świat, zdawałoby się, leżał przed nimi otworem, a los puszczał do nich oko.
Na początek teściowie Janeczka i jej mąż sprezentowali młodym mieszkanie w bloku pod Warszawą. No to żyjcie i radujcie się, dzieciaki!. Początki były choćby idylliczne. Bez większych spięć, bez kłótni o to, kto wyrzuci śmieci.
Łucja urodziła dwie córeczki: Tosię i Gośkę. Darek je ubóstwiał i przy każdej okazji chwalił się nimi pod marketem czy u fryzjera. Czuł się w ich mieszkaniu niepodzielnym panem, co tylko podkręcało mu ego.
Ale wszystko, co polskie, dość gwałtownie się kończy: nie minęło choćby pięć lat, a Łucja zaczęła znikać na kilka dni, wracając z zapachem wódki i kiszonych ogórków. Darek prosił o wyjaśnienie na początku milczała, potem już bez ogródek oznajmiła, iż nigdy go adekwatnie nie kochała. Ot, młodzieńcze zauroczenie i tyle. Teraz w końcu poznała mężczyznę swojego życia i zamierza do niego odejść. choćby jeżeli ten facet ma już żonę i trójkę dzieci.
Darek przez chwilę chodził jak we mgle świat mu się zawalił i wszystko przestało mieć sens. Czuł się, jakby zdradził go własny kot po trzech latach wspólnego mieszkania.
Łucja tymczasem wyniosła się z nowym ukochanym na wieś pod Kielcami. Twierdziła, iż z dobrym chłopem to i w stodole pałac, z niewłaściwym to luksus nie pomoże. Dzieci zostawiła własnemu losowi.
Janeczka była kobietą twardą i nie dała się byle czym wzruszyć dziewczynki zabrała do siebie. Z mężem rozpieszczali wnuczki na każdym kroku i na przekór losowi.
Darek w końcu popadł w całkowite przygnębienie. Wstąpił, trochę z nudy, do sekty religijnej kolega z warsztatu obiecał, iż tam wszystko się poukłada. Sekta gwałtownie ożeniła go z wdową po kierowcy, Wandą, która miała dwóch synów: Olka i Stasia. Ślub odbył się według zasad tej samej sekty, więc już nie było odwrotu.
O swoich córkach Darek mógł pomarzyć. Wanda miała zawsze własny zestaw kłopotów: No, Darek, odprowadź Olka do szkoły, Stasiowi podgrzej zupę. Twoje córki mają matkę niech ona się nimi martwi.
Darek potulnie robił swoje. przez cały czas kochał Łucję, ale dobrze wiedział, iż nie ma już do niej drogi.
Po siedmiu latach, nieoczekiwanie, do Janeczki wpadła Łucja, trzymając za rękę małą, czteroletnią dziewczynkę.
Janeczka zmierzyła ją spojrzeniem doświadczonej ekspedientki z warzywniaka.
-No proszę cię, Łucja, życie cię przemieliło jak makowiec na święta. To twoja córka?
-Tak, to Marysia. Możemy tu z nią trochę pomieszkać? pytała Łucja, kręcąc się z nogi na nogę.
-A co, męża cię przegonił z widłami? dociekała Janeczka.
-Nie, sama odeszłam. Nie idzie już z nim wytrzymać. Bijatyki, alkohol, gorsza niż wesele sąsiadów poskarżyła się Łucja byłej teściowej.
-Sama takie kwiatki sobie wybrałaś, nikt cię nie zmuszał! A do swoich rodziców czemu nie pojechałaś?
-Zatęskniłam za córkami. Chciałabym je zobaczyć. Mogę?
Janeczka westchnęła. -No faktycznie, przypomniało ci się, iż masz dzieci! Kukułka z ciebie straszna, Łucja!
W tym momencie zadzwonił dzwonek przyszły dziewczyny: Tosia i Gośka, już nastolatki. Patrzyły na Łucję z pewną rezerwą. Czuły, iż to ich matka, ale sercem były gdzie indziej. Gromadziły w sobie żal, a Janeczka często wspominała, iż sierot nie zawsze robi śmierć, czasem po prostu żywi rodzice.
Nie było rady: Janeczka przyjęła Łucję z Marysią pod dach. Nie wyrzuci przecież na ulicę, za żadne pieniądze!
Po miesiącu wydarzył się jednak psikus Łucja, bez uprzedzenia, znowu zniknęła. Okazało się, iż wróciła do swojego cukrowego oprawcy na wsi, a Marysię zostawiła u babci. Teraz Janeczka i jej mąż mieli trzy wnuczki na głowie, które kochały dziadków całym sercem. W tym domu panowały czułość, uczciwość i wzajemny szacunek taki polski, rodzinny mikroklimat.
Czas mijał a przecież nie da się go pogonić kijem. Janeczka i jej mąż po latach odeszli, zostawiając dziewczynki same w świecie.
Tosia gwałtownie wyszła za mąż, ale niestety nie miała dzieci. Gośka została przy starej kawalerce i zdecydowała się na życie w pojedynkę, nie dla niej było rodzinne zamieszanie.
Marysia w wieku siedemnastu lat urodziła dziecko, nie bardzo wiedząc od kogo (urok wsi), i przeniosła się do swojej matki na świętokrzyską prowincję.
Młodość odeszła bez do widzenia, starość przyszła bez słowa dzień dobry.
Łucja żyła sama, bo jej konkubent został zabrany przez córki do miasta, kiedy zachorował (a i tak miał żal do Łucji, iż nie dopilnowała jego zdrowia). Na odchodne usłyszała: Nie właź między wrony, nie rób wstydu!.
Wioska aż huczała od wieści o Łucji, która doczekała się etykietki wstydliwa pijaczka. W końcu na polskiej wsi nie ma murów, których sąsiad nie przeskoczy wzrokiem.
Darek ostatecznie uciekł od Wandy i, po wyjściu z sekty, został sam jak palec ledwo wiązał koniec z końcem w dawnej matczynej kawalerce, spał pod trzema kocami i przygarnął aż trzy bezdomne koty, żeby nie oszaleć od samotności.
I tak, zamiast szczęścia, które pukało kiedyś do drzwi Łucji i Darka, został tylko pusty korytarz, mruczenie kotów i ciche westchnienie: No, taka to już nasza polska miłość.













