Dziś w nocy obudził mnie dzwonek do drzwi. Na drugim końcu łóżka poczułem, jak Kasia, moja żona, także się przebudza. Przykryłem ją delikatnie kołdrą i szepnąłem:
Kochanie, śpij dalej, ja otworzę.
Cicho podszedłem do drzwi. Przez judasza zobaczyłem ciotkę Halinę z ogromną torbą na ramieniu. Za nią dreptał jej mąż, wujek Zygmunt.
Mój drogi siostrzeńcu! krzyknęła na cały korytarz, gdy tylko otwarłem drzwi. Nie cieszysz się na mój widok? Chodź, przytul ciocię! Złapała mnie tak mocno, iż przez chwilę zabrakło mi tchu.
No to po ciszy i spokoju, pomyślałem ze śmiechem w duchu, taszcząc siaty z ich rzeczami przez przedpokój.
Reszta nocy minęła w totalnym chaosie. Ciotka odmówiła spania na kanapie, bo za twarda. Potem rzuciła do mnie, iż może sam ją położę…
Kasia była cała w szoku. Nie minęła godzina od ich przyjazdu, a już cały nasz blok musiał słyszeć, jak ciotka ustawia meble i szuka lepszych poduszek. W końcu każdy zajął jakiś kąt do spania: ciotka z wujkiem w naszej sypialni, a my z Kasią na kanapie.
Przy śniadaniu Kasia mruczała po cichu:
Jak myślisz, ile oni tu zostaną?
Nie wiem, zapytam, jak wrócę z pracy odparłem, chociaż choćby nie bardzo chciałem wiedzieć.
Była już wściekła, słuchając głośnego chrapania z naszej sypialni.
Robert, boję się ich! Wróć dziś wcześniej, błagam.
Postaram się tylko tyle mogłem powiedzieć, chwytając aktówkę.
Po pracy zastałem w domu pięknie nakryty stół. Z kuchni dobiegał głos ciotki:
Chodź, Robercie, świętujemy rodzinne spotkanie!
Kasia spojrzała na mnie z ulgą:
Dobrze, iż już jesteś.
Zasiedliśmy do kolacji.
Ciociu Halino, długo zostajecie? zapytałem uprzejmie.
Już nas wyrzucasz, tak? obruszyła się, patrząc na wuja. Słyszysz, Zygmuncie, nie jesteśmy tu mile widziani.
Ciociu, co ty mówisz? Możecie zostać, ile tylko chcecie!
Robert, my już sprzedaliśmy mieszkanie, jesteście nam bliscy jak nikt. Nie zamierzasz chyba wyrzucić ciotki na bruk? Ile nam zostało życia? Chyba zniesiesz jeszcze te kilka lat? Tu teatralnie wytarła łzę.
Osłupiałem. Kasia wybiegła z kuchni ze łzami w oczach. Zapadła cisza. Wujek żył swoim tempem, chrupał spokojnie sałatę.
I co, powiesz coś wreszcie? syknęła do niego ciotka. Tylko jesz i siedzisz cicho. Zawsze muszę wszystko załatwiać sama. Co z ciebie za chłop? Robert, a ty jesteś chociaż szczęśliwy?
Będziesz tu tak długo, jak będziesz chciała, ciociu! starałem się powiedzieć spokojnie, choć już słuchałem z przedpokoju żałosnego szlochu Kasi.
Z ociąganiem sięgnąłem po widelec. Ciotka i wujek jedli, jakby musieli wszystko wyczyścić do ostatniego okrucha.
W końcu ciotka zsunęła się zadowolona na krześle.
Najadłam się. Robert, żartowałam! Jesteśmy tu tylko na badania w klinice, góra trzy dni. Dobrze się spisałeś, przetestowałam cię, a ty i tak pamiętasz, czym jest rodzina. Jak umrę, dostaniesz moje mieszkanie, jesteś moim jedynym spadkobiercą. Dzieci przecież nie mamy.
Poczułem ulgę, o jakiej choćby nie śniłem i aż się roześmiałem:
Ciociu, niechby cię zdrowie trzymało jeszcze sto lat!
Te trzy dni wyglądały jednak jak wieczność. Kasia zamieniła się w cichą, płaczącą dziewczynę. Nic nie mogło przypaść do gustu ciotce rosół za słony, kotlety zbyt twarde, pranie źle rozwieszone, podłoga nie tak umyta.
Przy pożegnaniu ciotka szepnęła mi na ucho:
Jak mogłeś ożenić się z taką beksą, co ona, w ciąży jest? Cały czas ryczy.
Kiedy w końcu zamknęły się za nimi drzwi, Kasia zaczęła tańczyć z euforii po mieszkaniu.
A może już nigdy tu nie wrócą? spytała pełna nadziei.
Trudno powiedzieć. Ale mam wrażenie, iż ciotka polubiła nasz dom…
Ja tego nie wytrzymam! jęknęła tylko.
Nagle zadzwonił dzwonek.
No, chyba nie znowu! zerwałem się, ale to był tylko budzik. Uśmiechnąłem się czekał mnie wreszcie spokojny, zwykły dzień.













