Grzegorz Malinowski od jedenastu lat pracował jako leśniczy w nadleśnictwie pod Suwałkami i już dawno przestał liczyć wieczory spędzone sam na sam z termosem herbaty i radiem, które łapało tylko jedną stację. Żona odeszła, gdy zrozumiała, iż mąż wybiera obchody o piątej rano zamiast wspólnych niedziel, córka dzwoniła raz na miesiąc z Wrocławia, pytając, czy żyje. Las stał się jedynym, co go jeszcze trzymało przy życiu w sensownym rytmie.
Jezioro Hańcza, a adekwatnie zatoczkę przy jego północnym brzegu, obchodził codziennie — tam lód zawsze był zdradliwy, cienki przy trzcinach, z pęknięciami, których z brzegu nie było widać. Miejscowe dzieciaki i tak tam jeździły na łyżwach, mimo tabliczek, mimo iż dwa lata temu ledwo wyciągnęli stamtąd chłopaka z Becejł. Grzegorz przeklinał je codziennie i codziennie wracał sprawdzić, jakby wiedział, iż kiedyś to miejsce się o niego upomni.
Był wtorek, początek marca, mróz jeszcze trzymał, ale słońce już paliło śnieg do złota. Sikorki przestukiwały korę na sośnie, jedna po drugiej, w regularnym rytmie, aż nagle ten rytm przerwał się. Nie wycie, nie skowyt. Coś pomiędzy chrapaniem a jękiem, urywane, jakby ktoś dławił się wodą.
Grzegorz zerwał się od razu, zostawił termos na pniu i pobiegł w stronę zatoczki. To, co zobaczył, kazało mu stanąć jak wryty. W przerębli, którą sam nie raz omijał szerokim łukiem, młóciła łapami ogromna wilczyca. Brzuch miała wydęty, ciężki — była w ostatnich tygodniach ciąży. Próbowała wgryźć się pazurami w krawędź lodu, ale ten kruszył się pod nią za każdym razem, a ona zjeżdżała z powrotem pod wodę, coraz wolniej, coraz ciszej.
Wiedział, co robi wilk zapędzony w kąt — iż jeden fałszywy ruch i zamiast pomocy dostanie kłami w przedramię. Ale nie potrafił stać i patrzeć, jak zwierzę tonie na jego oczach, o dwadzieścia metrów od jego własnej chaty.
Położył się płasko na lodzie, żeby rozłożyć ciężar, i podpełznął tak blisko, jak się dało. Wilczyca szarpnęła się, warknęła, próbowała pokazać zęby — ale sił jej już nie starczało choćby na strach. Złapał ją oburącz za kark, za mokrą, ciężką sierść, i szarpnął całym ciałem do tyłu. Lód trzeszczał pod jego łokciami, woda zalewała mu rękawy aż po ramiona, palce drętwiały tak, iż przestał je czuć — ale nie puścił. Ciągnął ją centymetr po centymetrze, aż w końcu poczuł, iż łapie grunt, iż lód pod nią wreszcie trzyma.
Wilczyca padła obok niego na śnieg, ciężko dysząc, nie mając siły choćby się podnieść. Grzegorz leżał obok, patrząc w niebo, czując, jak mróz wchodzi mu w kości przez przemoczoną kurtkę.
Wilczyca uciekła w las, gdy tylko odzyskała siły — zniknęła między świerkami bez jednego spojrzenia wdzięczności, jak zwierzę zawsze znika. Grzegorz wrócił do chaty, wysuszył ubranie przy piecu, wypił pół litra rozgrzewającej herbaty z miodem i uznał sprawę za zamkniętą. Zapisał zdarzenie w dzienniku służbowym, bo taki miał obowiązek, i poszedł spać.
Telefon z nadleśnictwa zadzwonił w piątek, tydzień później, o ósmej rano. Dzwonił nadleśniczy Stankiewicz.
— Grzegorz, ktoś z „Kuriera Suwalskiego" dzwonił do mnie do domu. Chcą wiedzieć, prawda to, iż dokarmiasz stado wilków pod Hańczą.
— Jaki stado, jedna wilczyca wpadła do przerębli, wyciągnąłem ją i tyle.
— No to zadzwoń do nich i to wyjaśnij, bo jutro to wychodzi w druku, ze zdjęciem twojej chaty.
Zdjęcie rzeczywiście się pojawiło — zrobione z drona, wisiało nad dachem jak od linijki. Podpis głosił: „Leśniczy z Suwalszczyzny dokarmia stado wilków. Rolnicy z Becejł i Sidorówki alarmują". Grzegorz przeczytał to dwa razy, siedząc przy kuchennym stole, zanim zrozumiał, iż nikt go nie pytał o zgodę na publikację zdjęcia własnego domu.
Telefon zaczął dzwonić co godzinę. Pierwszy był Kazimierz Duda z Sidorówki, hodowca owiec, który krzyczał, iż stracił dwie sztuki w nocy z czwartku na piątek i iż to „ten wilk, którego pan karmi, panie leśniczy, niech się pan nie wypiera". Grzegorz próbował tłumaczyć, iż nikogo nie karmił, iż wilczyca zniknęła w lesie tego samego dnia — Duda odłożył słuchawkę, nie dosłuchawszy.
W poniedziałek przyszło pismo ze starostwa, doręczone przez gońca, z pieczątką i podpisem. Grzegorz przeczytał je stojąc w progu, w samej flanelowej koszuli, bo goniec nie chciał czekać, aż włoży kurtkę.
„W związku ze skargą złożoną przez mieszkańca gm. Wiżajny, Tadeusza Wardyńskiego, dotyczącą zagrożenia bezpieczeństwa publicznego oraz naruszenia obowiązków służbowych, zawiesza się Pana w wykonywaniu obowiązków leśniczego na okres dwóch tygodni, do czasu wyjaśnienia sprawy."
Wardyński. Grzegorz przez chwilę stał z pismem w ręku i nie mógł skleić w głowie, co ma z tym wspólnego facet, który od dwóch lat chciał postawić wiatę na drewno dokładnie na trasie ścieżki patrolowej.
Pojechał do niego tego samego dnia, starym niebieskim tarpanem, który zapalał tylko za trzecim razem na mrozie. Wardyński stał przy stodole, piłował deski.
— Tadek, co ty najlepszego zrobiłeś.
— Napisałem, jak było. Ratujesz wilki, wilki żrą owce ludziom, ktoś musiał to zgłosić.
— Ty wiesz, iż to nieprawda, jak w dechę.
Wardyński nie przestał piłować, choćby nie podniósł głowy.
— Dwa razy mi odmówiłeś na wiatę, Grzegorz. Teraz się zobaczy, kto tu komu na coś pozwala.
Grzegorz odjechał bez słowa, bo wiedział, iż dalsza rozmowa nic nie da. W nadleśnictwie odebrano mu klucze do magazynu sprzętu — musiał je oddać osobiście, na kwit, urzędniczce, która nie patrzyła mu w oczy, tylko wypisywała protokół. Przez dwa tygodnie siedział w chacie, paląc drewno, którego zapas miał starczyć do kwietnia, licząc, ile dni zostało, i czytając w kółko to samo zdanie w dzienniku służbowym: „Wilczyca, ciąża zaawansowana, wyciągnięta z przerębli, zatoczka północna, godz. 11:40".
Nie zamierzał czekać biernie. Wziął aparat, ten sam, którym dokumentował ślady zwierzyny na potrzeby raportów, i pojechał do Sidorówki, do zagrody Dudy — nie po to, żeby się kłócić, tylko żeby zobaczyć miejsce, gdzie rzekomo zginęły owce. Duda nie chciał go wpuścić za bramę, ale ślady w błocie przy wybiegu było widać z drogi: odciski łap, głębokie, rozjechane, prowadzące od strony lasu do ogrodzenia i z powrotem. Zrobił im zdjęcia z trzech stron, zapisał datę i godzinę na odwrocie — czternasta piętnaście, dwunasty marca.
Do nadleśnictwa przyjechała w środę leśniczanka z Wiżajn, Beata Sowińska, oddelegowana do zbadania skargi. Umówiła się z Grzegorzem przy chacie, bo chciała zobaczyć zatoczkę na własne oczy. Przyniosła teczkę z dokumentacją i gipsowy odlew, zawinięty w gazetę.
— To ze śladu przy owczarni Dudy. Zrobiłam wczoraj, zanim błoto zamarzło na nowo.
Rozłożyła odlew na pieńku obok chaty. Grzegorz przyjrzał mu się długo, obracając w dłoniach.
— To nie wilk. Za krótkie palce, pazury za grubo rozstawione. Wilk stawia łapy w linii, jedna za drugą, a to jest chodzone jak u psa, na boki.
— Zgadza się. Owczarek niemiecki, sąsiada Dudy, biega im luzem od miesięcy, mieli już z tym problem w zeszłym roku. Sprawdziłam też twoje zdjęcia z dwunastego, te same odciski.
Grzegorz spojrzał na nią, nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy się wściekać, iż dopiero teraz ktoś to sprawdził jak należy.
— A Wardyński?
— Skarga złożona bez żadnego dowodu poza jego słowami. To już nie moja sprawa, to poda dalej starostwo, bo fałszywe zeznanie urzędowe to jest wykroczenie, mogą go za to ukarać grzywną, choćby do pięciu tysięcy złotych.
Przywrócenie do pracy przyszło w piątek, pismem równie suchym jak to o zawieszeniu. Klucze wróciły na hak przy drzwiach magazynu, ale nadleśniczy Stankiewicz, podając mu je, powiedział tylko:
— Następnym razem, jak coś takiego się zdarzy, dzwoń do mnie od razu, zanim to zrobi za ciebie gazeta.
Grzegorz skinął głową, nic nie odpowiadając, bo wiedział, iż we wsi już nie wszyscy będą pamiętać wyjaśnienie sprawy — pamiętać będą zdjęcie z drona i telefon Dudy, który krzyczał o wilkach. Ze starostwa dostał jeszcze jedno pismo, tym razem z własnej inicjatywy — złożył wniosek o formalne oznaczenie ścieżki patrolowej w ewidencji gruntów, żeby żadna kolejna skarga na granicy działek nie miała już punktu zaczepienia. Urzędniczka, przyjmując wniosek, zapytała, czy to ma związek z sąsiadem, a on odpowiedział tylko, iż wolałby nie tłumaczyć się jeszcze raz za dwa lata.
Z Wardyńskim nie rozmawiał już od tamtego dnia przy stodole. Mijali się czasem na drodze, on w tarpanie, tamten na rowerze z workiem paszy, i żaden nie zatrzymywał się, żeby pomachać.
Wiosną, kiedy śnieg zszedł z zatoczki i lód puścił zupełnie, Grzegorz zobaczył ją znowu — szła brzegiem jeziora, chuda po porodzie, a za nią, w odległości kilku metrów, dreptało czworo szczeniąt. Nie podeszła bliżej. Odwróciła łeb w jego stronę tylko na sekundę, po czym poprowadziła młode w głąb lasu, w stronę gęstwiny, gdzie żaden człowiek nie miał już czego szukać.






![Festiwalowa uczta z Bałuckim i Jandą [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/09/Klub-Kawalerow-fot.-artur-gawle0001.jpg)

