Wierny pies i most Zbyszka na drodze do Zakopanego

newsempire24.com 13 godzin temu

Zbigniew Pardus szedł piechotą wzdłuż drogi krajowej numer 47, dwadzieścia kilometrów przed Zakopanem, a obok niego, z językiem zwisającym z pyska, wlókł się jego kundel, Bacon. Autobus, którym mieli dojechać z Krakowa, zepsuł się gdzieś koło Rabki, kierowca machnął ręką i powiedział, iż mechanik przyjedzie najwcześniej za trzy godziny. Zbyszek nie miał trzech godzin. Miał dwadzieścia siedem lat, plecak z jednym śpiworem i butelką wody, i obietnicę złożoną samemu sobie, iż w tym roku wejdzie na Giewont, choćby miał iść tam na piechotę od samego dworca.

Był wrzesień, powietrze pachniało już wilgotnym igliwiem i dymem z kominów w Chochołowie, a po drugiej stronie drogi ktoś palił liście — ten swąd niósł się aż tutaj, mieszając się z zapachem asfaltu rozgrzanego jeszcze po letnim słońcu. Bacon dostał do Zakopanego rok temu, na targu w Nowym Targu, od faceta, który chciał się go pozbyć za pół litra żytniej. Od tamtej pory nie rozstawali się na dłużej niż jeden dzień.

Szła już czwarta po południu, kiedy butelka wody się skończyła, a Zbyszek zaczął liczyć kroki, żeby nie myśleć o tym, jak bardzo chce mu się pić. Zegarek na jego ręku, prezent od ojca, stanął o czternastej trzydzieści dwie, ale Zbyszek tego nie zauważył — bo i skąd, przecież nogi bolały go tak samo jak zawsze po długim marszu, oddech miał równy, a pragnienie było jak najbardziej prawdziwe.

Droga skręciła i za zakrętem, jakby ktoś to wyczarował, pokazała się brama. Kuta, ciężka, z herbem wykutym na środku, a za nią — pałacyk, prawdziwy, z werandą, z fontanną, z muzyką sączącą się gdzieś z otwartych okien. Pachniało grillowanym mięsem i świeżo skoszoną trawą, i tym zapachem chlorowanej wody, który ma tylko basen.

Przy bramie stał mężczyzna w granatowym mundurze, coś między portierem a ochroniarzem, z identyfikatorem na piersi, na którym Zbyszek nie zdążył przeczytać nazwiska.

— Dzień dobry — powiedział Zbyszek, ocierając czoło rękawem. — Co to za miejsce?

— Miejsce, gdzie pan odpocznie. Naprawdę odpocznie, po tej drodze. Niech pan wejdzie, tu jest wszystko, czego trzeba.

Zbyszek spojrzał w stronę basenu, na wodę, która falowała leniwie w popołudniowym świetle, i poczuł, jak język klei mu się do podniebienia.

— A jest tu… woda jakaś?

— Ile pan zechce. Basen, fontanna, źródło mineralne prosto z kranu.

— A jedzenie?

— Bufet szwedzki, cały czas otwarty. Żubrówka też się znajdzie, chłodna, prosto z zamrażarki.

Zbyszek przełknął ślinę, choć ślinić się już adekwatnie nie było czym.

— To ja wchodzę. Tylko iż mam ze sobą psa.

Mężczyzna skrzywił się, jakby Zbyszek zaproponował mu coś nieprzyzwoitego.

— Z psami nie wolno. Zwierzę zostaje na zewnątrz. I proszę nie prosić, bo regulamin to regulamin.

Zbyszek popatrzył na Bacona, na jego zmęczony pysk, na bok, który unosił się gwałtownie od zziajanego oddechu, na ogon, który mimo wszystko machał powoli, bo pies ufał, iż pan coś wymyśli. Zrobił pół kroku w stronę bramy, poczuł pod stopą chłodniejszy kamień podjazdu, i zatrzymał się.

— To dziękuję, ale nie skorzystam.

Odwrócił się i poszedł dalej. Nogi bolały go teraz bardziej, jakby ciało dopiero po tej rozmowie przypomniało sobie, ile kilometrów mają za sobą. Kawałek dalej, gdzie asfalt zamieniał się w polną drogę, natrafił na gospodarstwo — stary dom z gankiem, kury grzebiące w błocie, a na progu siedział starszy góral w flanelowej koszuli, strugał coś scyzorykiem, nie podnosząc głowy.

— Panie gaździe, ja bym się czegoś napił, bo padam — powiedział Zbyszek.

— Wlyź na podwórko, chłopie, tam kole studni je wiadro i kubek.

— A pies?

— Kole studni miska stoi, jakby na taką okazję czekała.

— A zjeść coś by się znalazło?

— Zrobię wieczerzę, jajecznicę z bockiem, jak się patrzy.

— A dla psa?

— Kość se znajdzie w spiżarni, niek się nie boi.

Zbyszek usiadł na ławce, Bacon oparł łeb na jego kolanie, a gospodarz przyniósł dwa talerze i miskę. Jedli w milczeniu, tylko kury gdzieś w tle gdakały i skądś dochodził szum potoku.

— Panie gaździe, a co to za miejsce adekwatnie? — spytał w końcu Zbyszek, wycierając talerz kawałkiem chleba.

— Nie wiym, jak to nazwać inaczej. Niebo, chyba.

— Ale tam, przy tej bramie z pałacem, tamten gość mówił to samo.

Gospodarz odłożył scyzoryk i deszczułkę, którą strugał, popatrzył najpierw na Bacona, potem na resztki jajecznicy w misce psa.

— Tamten to pewnie jeszcze się nie zorientował, komu bramę otwiyra.

Nic więcej nie powiedział. Wstał, poszedł do spiżarni i wrócił z drugą kością, większą, którą położył obok pierwszej, choć Bacon już spał, z pyskiem opartym o but właściciela. Pies mruknął przez sen, przyciągnął łapą kość bliżej siebie, jakby choćby we śnie nie chciał ryzykować, iż ktoś mu ją zabierze. Gospodarz popatrzył na to jeszcze chwilę, otrzepał dłonie ze słomy i zamknął drzwi do spiżarni na klucz, tak jak zamykał je co wieczór.

Idź do oryginalnego materiału