Wiem, iż wielu mężczyzn może się ze mną nie zgodzić, ale po tych wszystkich doświadczeniach przestałam wierzyć w ostateczną zmianę. jeżeli mężczyzna raz zdradził, przez pewien czas może udawać idealnego, kontrolować swoje zachowanie, przysięgać poprawę, ale prędzej czy później i tak się potknie. Przekonałam się o tym w bardzo bolesny sposób.
Pierwszy raz zdradził mnie jeszcze, gdy byliśmy parą. Byliśmy razem prawie dwa lata. Dowiedziałam się o wszystkim, gdy pewna dziewczyna zadzwoniła na mój domowy telefon i wszystko mi powiedziała. Kiedy z płaczem postawiłam go pod ścianą, zarzekał się, iż to był błąd, jedynie flirt, iż nic poważnego nie miało miejsca. Byłam zakochana, młoda, pełna nadziei. Uwierzyłam mu. Przebaczyłam. Poszliśmy dalej, udając, iż nic się nie stało.
Trzy lata później byliśmy już po ślubie. Mieliśmy wspólne mieszkanie w Krakowie, wspólne plany i marzenia. Druga zdrada była o wiele poważniejsza. Tym razem to już nie były plotki. Był to regularny romans, trwający przez kilka miesięcy. Odkryłam ukryte wiadomości, późne powroty do domu, przelewy pieniędzy w złotówkach. Kiedy go skonfrontowałam, nie potrafił już kłamać. Przyznał się, iż czuł się zagubiony, iż rutyna go przytłaczała, iż potrzebował poczuć się znów pożądany. Znowu płakał. Znowu coś obiecywał. Znów wybaczyłam.
Potem żyliśmy ze sobą osiem lat w pozornym spokoju. Robiliśmy razem zakupy na Kleparzu, jeździliśmy na wspólne wakacje nad Bałtyk, spotykaliśmy się z rodziną w Nowej Hucie. Myślałam, iż dojrzał, iż wyciągnął wnioski z przeszłości. Ale zaczęłam dostrzegać szczegóły przedłużające się spojrzenia na inne kobiety, dziwne komentarze, profile w mediach społecznościowych pełne zdjęć modelek, gwałtownie zamykane czaty, kiedy tylko podchodziłam bliżej. Wolałam nie widzieć, nie pytać, nie burzyć tego złudnego spokoju.
Trzeci raz nie ja zdemaskowałam jego zdradę. Sam się przyznał. Pewnego wieczoru wrócił do mieszkania ze spuszczonym wzrokiem, bardzo poważny. Powiedział: Osiem lat się powstrzymywałem. Byłem grzeczny. Ale już dłużej nie wytrzymałem. Opowiedział mi, iż od tygodni spotyka się z inną kobietą, iż przy niej znów poczuł, iż żyje, iż pokusa była zawsze, tylko czekała na okazję.
Tym razem nie płakałam. Zamilkłam. Po prostu patrzyłam na niego, czując jedynie głębokie zmęczenie. Zmęczenie wybaczaniem, tłumaczeniami, powtarzanymi obietnicami. Zapytałam go, czy w ogóle pomyślał o mnie, zanim znów zdradził. Odpowiedział, iż tak, ale pragnienie było silniejsze.
Wtedy zrozumiałam coś trudnego on się nie zmienił, po prostu zaczął lepiej się maskować. A ja nauczyłam się czekać. On nie stał się wierny stał się cierpliwy.
Tej samej nocy spakowałam swoje rzeczy i wyszłam. Bo on nie chciał odejść. Nie zrobiłam awantury. Nie krzyczałam, nie błagałam. Wyszłam z dziwnym spokojem tym, które przychodzi, gdy już nie ma czego ratować. Nie zabrałam mebli, ani wspomnień. Zabrałam swoje poczucie godności.
Dziś, gdy słyszę kobietę mówiącą on się zmienił dla mnie, przypominam sobie swoją historię. Oni potrafią się powstrzymać przez jakiś czas. Potrafią udawać wzorowych przez lata. Ale kiedy korzenie są spróchniałe, wcześniej czy później wszystko i tak runie.
Czasem największym dowodem miłości do siebie jest pójście własną drogą i odzyskanie szacunku do siebie.





