Wielkanoc w Krakowie dawniej – kraszanki, wielkie kosze święconki i zapomniane tradycje (nasz wywiad)

krknews.pl 3 godzin temu

Jak wyglądały przygotowania do Wielkanocy w Krakowie i podkrakowskich wsiach jeszcze kilkadziesiąt lat temu? Dlaczego w koszach święcono całe jedzenie, a jajka częściej barwiono niż malowano? O dawnych zwyczajach, które łączyły religię z lokalnym folklorem, opowiada Mariusz Zieliński – kustosz Izby Regionalnej w Zielonkach i dyrektor Gminnej Biblioteki Publicznej. Rozmawia Patryk Trzaska.

Wielkanoc to jedno z najważniejszych świąt w polskim kalendarzu, Nie jest to wydarzenie tylko religijne. Jest ono głęboko zakorzenione w tradycji, folklorze i lokalnej kulturze. Małopolska, a zwłaszcza Kraków i jego najbliższe okolice, to prawdziwa skarbnica polskich tradycji wielkanocnych.

Region od stuleci łączy w sobie wielkomiejski splendor dawnej stolicy Polski z głęboko zakorzenionym, wiejskim folklorem okolicznych wsi i miasteczek. Właśnie tutaj zwyczaje wielkanocne zachowały wyjątkowe bogactwo form. Od dostojnych, historycznych obrzędów w krakowskich kościołach, przez barwne procesje, aż po lokalne, często niepowtarzalne zwyczaje praktykowane w podkrakowskich parafiach.

Kraków od wieków nadawał ton wielkanocnym obchodom w całej Małopolsce. To tu Wielki Tydzień pulsował szczególną powagą. Jednocześnie tuż za murami miasta, w miejscowościach takich jak Zielonki, Wieliczka, Mogilany, Skawina czy Liszki, tradycje miały swój własny, bardziej kameralny i ludowy charakter.

Jak jednak kiedyś przygotowywano się do Wielkanocy oraz jak przebiegał Wielki Tydzień? Które zwyczaje zachowały się do dzisiaj, a które przeszły do historii? W końcu, czym różniły się uroczystości w Krakowie od tych poza murami miasta? W czasach, gdy wiele zwyczajów odchodzi w zapomnienie lub ulega komercjalizacji, wciąż istnieją pasjonaci, którzy z pietyzmem zbierają, dokumentują i odtwarzają dawne obrzędy, szczególnie te charakterystyczne dla Małopolski. O Wielkanocy rozmawiamy z Mariuszem Zielińskim – kustoszem Izby Regionalnej w Zielonkach i dyrektor tamtejszej Gminnej Biblioteki Publicznej.

Patryk Trzaska: Od czego kiedyś rozpoczynały się przygotowania do Wielkanocy?

Mariusz Zieliński: Sam okres Wielkanocy rozpoczyna się już w Środę Popielcową i zarówno w mieście, jak i na wsiach podkrakowskich wyglądało to bardzo podobnie. Ludzie palili stare palmy wielkanocne z poprzedniego roku. Te przesiewało się, a następnie tłuczono w moździerzu tak, aby później posypywać pyłem głowy wiernych w kościele. Miało to przypominać o kruchości życia oraz nauczanie kościoła: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Post trwał przez 40 dni. Tak samo było w domach mieszkańców Krakowa, jak i w chałupach wsi podkrakowskich. Powstrzymano się wtedy od potraw mięsnych, wszelkich zabaw, grania muzyki. śpiewania oraz prowadzenia bujnego życia towarzyskiego. Rozpoczynał się okres wyciszenia, umartwienia, ale także okres takiego przygotowania duszy, ciała i domów na okres świętowania.

Na przedmieściach mieszczaństwo krakowskie nabywało od wiejskich przekupek manualnie przygotowane palmy wielkanocne, które były sprzedawane albo przed krakowskimi kościołami albo na targowiskach (choćby na najsłynniejszym targowisku w centrum Krakowa – czyli na krakowskim rynku). Palmy były bardzo proste. Najczęściej składały się z gałązek wierzby, które wtedy już były ze względu na coraz większą dawkę promieni słonecznych, pokryte się białymi kotkami – baziami. Gałązki cięto i dokładano bukszpan, który już w starożytnym Rzymie uważano za roślinę wyjątkową. Zieleń to bowiem jest nadzieja, a bukszpan uważano za roślinę nieśmiertelną. Dlatego został on zaimplementowany do świąt Wielkiej Nocy, stając się ich nieodzownym elementem, którym ozdabiamy palmy wielkanocne, koszyczki do święcenia czy po prostu stawiamy w różnego rodzaju kompozycjach na stołach.

Po drugiej wojnie światowej, kiedy ceny papieru trochę staniały, a ten stał się dostępny na wsiach podkrakowskich, zaczęto masowo wykorzystywać bibułę do przygotowywania różnego rodzaju kwiatów. Ludność wiejska pod Krakowem wykonywała z niej kwiatki, które ozdabiały potem palmy. Podstawą palmy najczęściej był kijek brzozowy, wierzbowy bądź olchowy. W czubie znajdowały się różnego rodzaju trawy, zrywane najczęściej z brzegów rzek, stawów i jezior. Przez zimę były zasuszane, a więc w okresie świąt nadawały się do umieszczania ich w górnych partiach palmy. Niejednokrotnie suszono też len, ponieważ jest niezwykle ozdobny. Z czasem palmy zaczęły przybierać formę kolorowych kompozycji. Krakowskie wcale nie były wysokie. Wykonywano je, ale na pewno tu w Krakowie nie przypominały one tych z Lipnicy Murowanej.

Patryk Trzaska: Jak celebrowano Triduum Paschalne?

Mariusz Zieliński: Liturgia Wielkiego Czwartku, to czas w którym przeżywany pamiątkę ostatniej wieczerzy. W kościołach odprawiano Liturgię Wieczerzy Pańskiej, a kapłan obmywał dwunastu, dzisiaj byśmy powiedzieli seniorom stopy i całował je po myciu na gest pokory. Ten zwyczaj przetrwał w niezmienionej formule do obecnych czasów. Kapłan czyni to tak, jak Chrystus czynił to po raz ostatni. W Wielki Czwartek dzwony biły po raz ostatni. Był to zwyczaj wiązania dzwonów. Dawniej były one napędzane linami, które trzeba było rozhuśtać przy wsparciu mężczyzn. Liny albo były podwieszane u góry w dzwonnicy, albo po prostu symbolicznie zawiązywane. W Wielki Czwartek oczywiście rozpoczynano już też przygotowania świątecznych potraw.

Już przed wielkim tygodniem bito świnie, wykonywano kiełbasy i szynki. Najsmaczniejsze i najsłynniejsze wyroby pod Krakowem do dzisiaj zachowały się w gminie Liszki. Mowa tu o choćby słynnej kiełbasie Lisieckiej. o ile mówimy o wyrobach tradycyjnych, to wsie Prądnik Biały i Prądnik Czerwony w sposób szczególny słynęły z wypieków. Wypiekano m.in. chleb Prądnicki, który był produktem lokalnym na tych wsiach. Dawniej, zarówno w kuchni mieszczańskiej, jak i na przedmieściach, gospodynie nie szczędziły składników, aby przygotować wspaniałe wypieki. Bardzo często w krakowskich kamienicach pięknie je ozdabiano. o ile mieszczanki nie przygotowywały wypieków własnoręcznie, to nabywały je w krakowskich cukierniach, restauracjach, czy choćby na Rynku. Wykonywano też baranki do święcenia z ciasta drożdżowego w specjalnych formach bądź robiono je z masła. Czasami nabywano baranki wykonane z masy cukrowej albo w cukierniach od handlarek. Mieszkańcy podkrakowskich wsi odlewali w formach gipsowe baranki, które malowano i doklejano im trawki, umieszczając chorągiewki z białym lub złotym krzyżem. Warto też wspomnieć o tym, iż nieodzownym atrybutem świąt wielkanocnych stał się na stałe starty chrzan.

Patryk Trzaska: Przechodząc do Wielkiej Soboty rodzi się pytanie, co wkładano kiedyś do święconki?

Mariusz Zieliński: Na przedmieściach Krakowa zawsze były duże kosze, gdyż święcono całe jadło, które spożywano w czasie świąt wielkanocnych. Niejednokrotnie wkładano tam kilka pęt kiełbasy wiejskiej, swojską szynkę (często całą nogę szynki), duże bochenki chleba – okrągłe dla całej rodziny. Nie mogło oczywiście zabraknąć jajek. o ile komuś pisanki kojarzą się z pięknie malowanymi jajkami, to raczej nie występowały one tutaj w Krakowie. Nie oznacza to, iż tego nie było, ale dominującą formą ozdabiania jajek wielkanocnych były tak zwane kraszanki. Były to gotowane jajka, barwione poprzez gotowanie w łupinach z cebuli, które z czasem puszczały barwnik. Czasami dodawano kilka plastrów buraka, aby uzyskać ciemno bordowy kolor. Nie raz do wywaru wrzucano też trawę bądź czerwoną kapustę. Aby jajka ładnie prezentowały się w koszyku, nacierano skorupki olejem, ponieważ nadawało to naturalny efekt połysku. W święconce znajdowała się też sól, chrzan oraz troszkę octu na pamiątkę tego, iż Chrystus był pojony octem na krzyżu.

Pod koniec epoki PRL-u wraz z pojawieniem się w obrocie handlowym większych ilości wyrobów czekoladowych zaczęto dodawać dzieciom do koszyczków czekoladowe baranki czy zajączki. Stanowiły one element luksusowy, na który nie każdego było stać.

Same koszyki wielkanocne były zdobione gałązkami zielonego bukszpanu zerwanego w przydomowych ogródkach. Nie mogło zabraknąć białej serwetki. Dawniej robiono je z białego kordonka w formie szydełkowej, ale też zdobiono je niejednokrotnie pięknymi białymi haftami. Trzeba podkreślić, iż te piękne śnieżnobiałe, wyprane i czyste serwety, były wykrochmalone, prasowane na sztywno, aby ładnie przykrywać produkty znajdujące się w koszyku. Podnoszono je dopiero w kościele w czasie święcenia.

W Krakowie i na przedmieściach następowało święcenie pokarmów, ale w wielu domach jeszcze powstrzymywano się od jedzenia święconki, zachowując post do wieczora. To właśnie wtedy następowała Liturgia Wielkiej Soboty, która charakteryzowała się dużą ilością czytań i śpiewów. Był to taki moment przejścia, kiedy w sposób symboliczny Chrystus zmartwychwstaje i we wszystkich kościołach rozbrzmiewają dzwony. W miastach już coraz częściej odprawiane były procesje rezurekcyjne po zmierzchu. Na przedmieściach i w niektórych kościołach krakowskich przetrwał zwyczaj, iż uroczyste procesje restrykcyjne odprawiane są o godzinie 6:00 rano.

Partyk Trzaska: Wielkanoc to już był ten moment, kiedy można było zjeść przygotowane potrawy?

Mariusz Zieliński: Wielkanoc wybrzmiała dźwiękiem orkiestr dętych, dzwonów i pachniała wonią kadzideł. Następował bowiem okres świętowania po 40 dniach postu, który rozpoczynał się najważniejszym posiłkiem, czyli śniadaniem wielkanocnym. O ile w Boże Narodzenie spożywamy wigilię wieczorem, to święta Wielkiej Nocy rozpoczynamy śniadaniem, na którym serwowane jest danie na gorąco. Najczęściej był to żurek wielkanocny. Charakteryzował się on tym, iż był gotowany na wodzie, na której gotowano wcześniej wędliny. Do tego wlewany był zakwas. Podawano go z jajkiem ze święconki wraz z pokrojoną w kostkę kiełbasą wiejską.

Królową stołu wielkanocnego była sałatka jarzynowa wszystkim doskonale znana. Na stole nie brakowało jajek z chrzanem oraz dużej ilość wędlin. I tak mijało śniadanie wielkanocne, gdzie później do kawy, czy herbaty podawano babki, ponieważ te święta zawsze związane były z wypiekami.

Patryk Trzaska: Teraz śmingus dyngus już nie jest taki popularny. Szczególnie w dużych miastach, takich jak Kraków.

Mariusz Zieliński: Z czasem ten zwyczaj trochę przygasł ze względu na elementy chuligańskie, gdzie po prostu wiadrami wody polewane były auta, osoby starsze i te wychodzące z kościoła. Niegdyś jednak właśnie to było święto związane z wiosną, euforią i oczywiście wodą. Woda bowiem to życie, i płodność, dlatego młodzi chłopcy polewali zimną wodą z potoków młode dziewczyny, które miały rychło zostać wydane za mąż. Był to element okazywania sobie sympatii. Do naszych czasów, zachowało się to, iż woda była i jest nieodzownym elementem życia, a przecież Kraków wodą stoi.

Patryk Trzaska

Fot. Ryszard Cabała

Idź do oryginalnego materiału