Marta zamknęła drzwi mieszkania i przez chwilę stała bez ruchu na klatce schodowej, wciąż czując zapach smażonej cebuli, który uciekł z kuchni sąsiadów. Piętro niżej pani Halina wynosiła śmieci i pozdrowiła ją krótkim kiwnięciem głowy. Robert wyjechał o szóstej rano — spakował bagażnik starego Passata sprzętem wędkarskim, wziął termos z kawą i obiecał wrócić w niedzielę wieczorem z Zalewu Zegrzyńskiego. Mieszkanie bez niego wydawało się nagle za duże, za ciche, i Marta nie miała ochoty siedzieć w nim sama przez dwa dni.
Telefon od Beaty przyszedł wczoraj, jeszcze przed dziesiątą wieczorem.
— Musisz przyjechać jutro do mnie, do Sopotu. Mam dla ciebie coś, czego się nie spodziewasz.
Głos Beaty brzmiał tak, jak brzmi zawsze, kiedy szykuje coś na przekór wszystkim rozsądnym argumentom — trochę za wesoło, trochę za szybko. Marta zabrała portfel, wsiadła w SKM na stacji Gdynia Główna i przez całą drogę do Sopotu zastanawiała się, co to może być. Nowa praca? Plotka o kimś ze starej firmy? A może po prostu chce się pochwalić nowym mieszkaniem przy Monciaku, które właśnie wykończyła.
Beata otworzyła drzwi zanim Marta zdążyła nacisnąć dzwonek drugi raz, z uśmiechem, który zajmował całą twarz.
— Wchodź, wchodź, nie pytaj o nic!
Objęła ją mocno, pachniała tymi samymi perfumami co dziesięć lat temu, kiedy razem chodziły na studia do Trójmiasta, i wciągnęła ją do środka, prosto do salonu.
Na kanapie siedział mężczyzna, którego Marta nigdy w życiu nie widziała.
Wysoki, ciemnowłosy, z tym rodzajem spokoju w oczach, który nie uspokaja, a raczej mierzy. Wstał, zapiął guzik marynarki i wyciągnął rękę.
— To jest Kamil, — powiedziała Beata, prawie klaszcząc z zadowolenia. — Stary znajomy. Bardzo chciałam, żebyście się poznali.
Marta uśmiechnęła się, ale ten uśmiech był sztywny, przyklejony na siłę. Nie tak wyobrażała sobie „niespodziankę".
— Miło cię poznać, Marto, — powiedział Kamil, trzymając jej rękę odrobinę dłużej, niż wypadało.
Beata śmiała się głośno, jakby wszystko szło zgodnie z planem, który tylko ona znała.
— Kamil jest fotografem. Jeździ po całym świecie, ma niesamowite historie.
Zaczął opowiadać — o Tanzanii, o pustyni Gobi, o jakiejś burzy piaskowej w Maroku, w której zgubił cały sprzęt i musiał kupować nowy aparat na targu w Marrakeszu za grosze. Marta słuchała, kiwała głową w odpowiednich momentach, ale nie mogła się rozluźnić. Coś w tym, jak on na nią patrzył, było zbyt uważne, zbyt celowe — jak fotograf, który już wybrał kadr, tylko czeka, aż światło się ułoży tak, jak chce.
Na stole leżały resztki sernika, który Beata musiała kupić w cukierni na Bohaterów Monte Cassino — Marta rozpoznała charakterystyczne pudełko. Za oknem, w telewizorze bez dźwięku, szedł jakiś program o pogodzie, a na balkonie sąsiedzi wieszali pranie, choć niebo już ciemniało.
W pewnym momencie Beata wyszła do kuchni — powiedziała, iż zrobi jeszcze herbatę. Kamil przysunął się bliżej, prawie szeptem, tak żeby żaden dźwięk nie zdążył wylecieć poza salon.
— Twój mąż nie jest tam, gdzie myślisz.
Marta poczuła, jak coś w gardle jej się ścisnęło. Nie zdążyła choćby odpowiedzieć — Beata wróciła z dwoma kubkami, jakby nic się nie stało, i postawiła je na stole z hukiem, który wydawał się teraz zbyt donośny.
— O czym rozmawialiście? — zapytała lekko, ale Marta zauważyła, iż jej oczy przeskoczyły z Kamila na nią i z powrotem, jakby sprawdzała, czy zdanie już zostało wypowiedziane.
— O niczym, — odpowiedział Kamil spokojnie, sięgając po herbatę.
Marta wzięła kubek, ale nie pila. Ręce jej drżały tak, iż musiała odstawić go z powrotem na spodek, żeby nie zdradzić się brzękiem łyżeczki.
— Muszę już iść, — powiedziała, wstając. — Robert wraca dopiero w niedzielę, ale… muszę sprawdzić coś w domu.
Beata próbowała ją zatrzymać, mówiła, iż jeszcze wcześnie, iż mogłyby pójść razem na kolację do jednej z restauracji przy molo, ale Marta już miała torebkę w ręku. Kamil odprowadził ją wzrokiem do drzwi i nic więcej nie powiedział — tylko skinął głową, jakby to, co rzucił wcześniej, było wystarczające na dziś.
W drodze na stację Marta zadzwoniła do Roberta. Nie odebrał. Zadzwoniła jeszcze raz. Znowu cisza po sygnale, a potem automatyczna sekretarka. Usiadła na ławce przy przystanku i przez kilka minut po prostu wpatrywała się w ekran telefonu, na którym nie działo się absolutnie nic.
To, co ją najbardziej zaniepokoiło, to nie same słowa Kamila. To był ton, jakim je wypowiedział — spokojny, jakby powtarzał informację, którą już zna od dawna, a nie plotkę podsłuchaną gdzieś przypadkiem.
W domu, dwie godziny później, otworzyła szafę Roberta, sama nie wiedząc, czego szuka. Wędkarski kombinezon, ten wypłowiały, zielony, wisiał na swoim miejscu — nieużyty. Wędki, które zwykle stały w kącie przy drzwiach, też były na miejscu. Serce zaczęło jej walić głośniej, niż powinno.
Zajrzała do teczki z dokumentami, którą Robert trzymał w dolnej szufladzie komody. Między papierami z ubezpieczenia samochodu znalazła wydruk rezerwacji — nie z żadnego ośrodka wędkarskiego nad Zalewem Zegrzyńskim, a z pensjonatu w Zakopanem, na dwie osoby, na trzy noce. Data pokrywała się z tym „wyjazdem na ryby".
Zadzwoniła do Beaty. Nie po to, żeby usłyszeć pociechę — po to, żeby zapytać, skąd Kamil znał to zdanie.
— Beata, kto jest ten Kamil? Skąd on wie o Robercie?
Cisza po drugiej stronie trwała dłużej, niż powinna.
— Marto, on jest detektywem. Prywatnym. Poprosiłam go, żeby sprawdził, dokąd naprawdę jeździ Robert od trzech miesięcy. Bałam się ci powiedzieć od razu. Chciałam, żebyś to usłyszała od niego, w spokojniejszych warunkach, nie przez telefon.
Marta odłożyła telefon na stół, obok wydruku rezerwacji, i przez chwilę patrzyła tylko na oba przedmioty razem — kartkę i aparat — jakby to one, a nie ludzie, miały jej teraz wszystko wyjaśnić.
W niedzielę wieczorem, dokładnie tak jak obiecał, Robert wrócił. Zaparkował Passata pod blokiem, wyjął z bagażnika sprzęt wędkarski, który — Marta to teraz wiedziała na pewno — choćby nie był rozpakowany, bo haczyki na żyłce wciąż miały metki producenta. Wszedł do mieszkania pogwizdując, zapach wody jeziora, którym się opryskał specjalnie, żeby pachnieć wyjazdem, uderzył ją w nozdrza jak fałszywy dowód.
— No i jak, dobrze się bawiłaś u Beaty? — zapytał, zdejmując kurtkę.
Marta nie odpowiedziała pytaniem na pytanie. Położyła na stole wydruk rezerwacji z pensjonatu w Zakopanem.
Robert zamarł z kurtką w połowie ruchu, jedna ręka jeszcze w rękawie.
— To nie jest to, co myślisz.
— Wiem dokładnie, co to jest, — powiedziała Marta. — Trzy noce, dwie osoby, pokój z widokiem na Giewont. Nie musisz mi tłumaczyć, wystarczy, iż mi powiesz z kim.
Nie krzyczała. Nie płakała. Usiadła na krześle przy stole i czekała, aż on sam znajdzie słowa — bo widziała, iż ich szuka i nie znajduje żadnych, które by nie zabrzmiały jak kolejna metka z ceną, wciąż niezerwana.
Robert próbował mówić o stresie w pracy, o tym, iż to nic nie znaczyło, iż to była jednorazowa głupota z koleżanką z biura księgowego, Anitą, którą Marta widziała może dwa razy na firmowej wigilii. Mówił długo, ale z każdym kolejnym zdaniem stawało się jasne, iż to nie był pierwszy raz i iż wcale nie chodziło o żaden stres.
Marta wstała, poszła do sypialni i wróciła z szarą kopertą, którą trzymała w szufladzie nocnego stolika od trzech lat — od kiedy razem z Robertem kupili mieszkanie na kredyt, a ona, na wszelki wypadek, zażądała, żeby jej udział w akcie notarialnym wynosił pięćdziesiąt procent, mimo iż wtedy wydawało się to zbędną formalnością. Wyciągnęła z koperty akt notarialny i telefon z otwartą aplikacją banku, w której widać było wspólne konto z saldem sto dwadzieścia tysięcy złotych — pieniądze odkładane osiem lat, głównie z jej pensji jako kierowniczki działu w firmie logistycznej w Gdyni.
— Od poniedziałku zmieniam zamek w drzwiach, — powiedziała spokojnie, kładąc dokumenty na stole obok wydruku rezerwacji. — Adwokatka, z którą się już skontaktowałam, przygotowuje wniosek o podział majątku. Twoja połowa mieszkania i twoja połowa konta zostaną wycenione i rozliczone, zgodnie z aktem, który sam podpisałeś osiem lat temu. Resztę zabierzesz w niedzielę, kiedy będę u Beaty.
Robert powiedział coś o tym, iż przesadza, iż to się da naprawić, iż Anita nic dla niego nie znaczy. Marta go nie słuchała już tak, jak słuchała wcześniej Kamila w salonie w Sopocie — bez napięcia, bez czekania na kolejne słowo. Wzięła koc z fotela, ten w szkocką kratę, który kupili razem na Allegro trzy lata temu, i zaniosła go do drugiego pokoju, na kanapę, gdzie miał teraz spać, dopóki nie znajdzie sobie innego miejsca.
W poniedziałek rano, zanim wyszła do pracy, zadzwoniła do ślusarza z ogłoszenia na klatce schodowej i umówiła się na wymianę zamka na czternastą. Robert, kiedy wrócił z pracy tego dnia, stał pod drzwiami własnego mieszkania dobre pięć minut, zanim zadzwonił do niej z komórki i zapytał, dlaczego karta nie działa.







