Karmię mojego trzymiesięcznego synka na wystawie Martyny Baranowicz w Galerii BWA Zielona Góra. Małgorzata Dobrucka, edukatorka, wyraża pełne zrozumienie, jednocześnie informując, iż w budynku nie ma przewijaka. Zabieram się zatem za zmianę pieluchy na kanapie w księgarni. Moje rozłożone na niej i częściowo na drewnianym parkiecie w jodełkę rzeczy: butelka, pielucha, krem, mokre i suche chusteczki, nietoperz-zabawka itp., w interesujący sposób korespondują z prezentowaną w galerii wystawą. Dotyczy ona kobiecego ciała i ginekologii. adekwatnie to nasze karmienie-przewijanie mogłoby być – patrząc na nie z boku – odebrane jako performans. Myślę i dzielę się tym spostrzeżeniem z panią Małgorzatą. Cieszę się, iż w instytucjach sztuki pracują przeważnie kobiety, choć łączy się to również z prekaryzacją ich zawodów[ref]Branże, w których zatrudniane są głównie kobiety lub kulturowo związane są ze sfeminizowaną pracą, jak np. opieka czy edukacja, są najczęściej niskopłatne i symbolicznie niedowartościowane por. Kathi Weeks, The Problem with Work: Feminism, Marxism, Antiwork Politics, and Postwork Imaginaries, Duke University Press, Durham & London 2011.[/ref]. Dzięki temu czuję się w przestrzeni BWA bezpiecznie, prawie domowo; choćby bez tego brakującego przewijaka.
Kiedy wszystkie potrzeby zostają zaspokojone, możemy wejść na wystawę. Koncepcja kuratorska Kingi Cieplińskiej zakłada podzielenie przestrzeni wystawy na dwie części: poczekalnię i gabinet ginekologiczny, przestrzeń przed i za parawanem. Przy czym materiał służący za parawan to zwieszona od sufitu seledynowa flizelina nadająca galerii szpitalnego szyku. Tytuł wystawy to zdanie, które artystka usłyszała od ginekolożki: Ma pani macicę w kształcie serca.
Za parawanem historia zaczyna się rozwarstwiać, obok narracji autoetnograficznej artystka przypomina osobom zwiedzającym historię Alicji Tysiąc.
Ekspozycję otwiera portret łechtaczki przypominającej kształtem rzeźby Constantina Brâncușiego. Na drzwiach, obok wydatnej klitoris, zawieszona jest kartka A4 z ciekawym trigger warning: „Prezentowane prace przedstawiają nagość i zachowania seksualne w kontekście artystycznym”; osoby niepełnoletnie mogę wejść na wystawę tylko pod opieką osoby dorosłej. Wydaje mi się, iż treści prezentowane na wystawie są natury edukacyjnej i dobrze byłoby, gdyby były dostępne dla nastolatków_ek bez ograniczeń. Z zakazami się jednak nie dyskutuje.
Po otwarciu drzwi odnajduję się we wspomnianej „poczekalni”. Rozpoczyna się w niej się opowieść 17-letniej Martyny Baranowicz. Dziewczyna przyjmuje swoje pierwsze tabletki antykoncepcyjne i czuje się po nich, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. W dorosłym życiu przepracowuje to doświadczenie dzięki malarstwa. Na ścianach znajduje się zatem obraz z nabrzmiałymi piersiami pt. Rozstępy na piersiach po braniu tabletek antykoncepcyjnych, z którym to przedstawieniem, jako osoba karmiąca, od razu się identyfikuję, oraz wielkoformatowy podwójny akt Po tych tabletkach nie mogę przestać płakać. Najbardziej świetlistym punktem w „poczekalni” jest żółto-fioletowo-seledynowy obraz Pierwsza wizyta u ginekolożki, przedstawiający uśmiechającą się porozumiewawczo lekarkę na tle zachodzącego, farmakologicznego słońca-tabletki.
Kobiety na skraju łóżka. „Kto napisze historię łez. Artystki o prawach kobiet” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Agata Pyzik
Za parawanem historia zaczyna się rozwarstwiać, obok narracji autoetnograficznej artystka przypomina osobom zwiedzającym historię Alicji Tysiąc. Na początku lat 2000. stała się ona, po tym jak pozwała Polskę przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka i wygrała, symbolem walki o sprawiedliwość reprodukcyjną. Oskarżyła rodzimy kraj o odebranie jej prawa wyboru w kwestii przerwania ciąży z powodów zdrowotnych. Baranowicz portretem aktywistki upamiętnia tę walkę, jednocześnie przypominając, iż trwa ona już od ponad ćwierć wieku. Od 2021 roku, w którym to 50-letnia Tysiąc zmarła w wyniku powikłań po COVID, polskie prawo aborcyjne stało się jeszcze bardziej restrykcyjne.
Inną perspektywę na historię aktywistki przedstawia mi pani Małgorzata, edukatorka, która oprowadzała po wystawie grupę osób niedowidzących. Niektóre z nich straciły wzrok w podobny sposób, ze względu na ciążę. Jedna z pań, która uczestniczyła w oprowadzaniu z dorosłą córką, która się nią aktualnie opiekuje, zrezygnowała z uczestnictwa w zaplanowanych później warsztatach.
Podczas zwiedzana wystawy Baranowicz zapytałam się jak reagują zwiedzający na obrazy przepracowujące tematy sprawiedliwości reprodukcyjnej. Usłyszałam, iż są zainteresowani.
Po wyjściu z galerii słucham podcastu z Agnieszką Szpilą, która dzieli się niezbyt feministyczną myślą o „sprzedaniu siebie”, czyli rozwodzie z obecnym mężem z Polski i wyjściu za mąż za kogoś z Holandii albo Belgii, dzięki czemu mogłaby zapewnić dorosłym córkom z niepełnosprawnością godne życie – w jej kraju pochodzenia jest to niemożliwe. Nie zmieniły tego heroiczne protesty osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin w 2012 i 2017 roku, nie pomogła 40-dniowa okupacja sejmu. Cieszę się, iż mogę zobaczyć portret Tysiąc na wystawie Baranowicz, stoi za nim historia i współczesność walk osób kobiecych żyjących w Polsce, które w drugiej ćwierci XXI wieku wciąż pozbawiane są dostępu do podstawowych praw.
Oglądając obrazy takie jak Lena Dunham opowiada o swojej histerektomii czy Cytologia, w środku, myślę o empatii wobec kobiet i ich doświadczeń. W Niemczech, gdzie na co dzień mieszkam, realizowane są aktualnie protesty, które mają zwrócić uwagę na mizoginiczną przemoc w sieci. Na ulicę wychodzą osoby wspierające aktorkę Collien Fernandes[ref]https://www.spiegel.de/netzwelt/netzpolitik/collien-fernandes-erstattet-anzeige-gegen-ex-mann-christian-ulmen-a-6abfb991-1665-4469-9c8e-3cc5a2cb4f29 (dostęp: 02.04.2026).[/ref], która po latach szukania sprawcy rozpowszechniającego jej nagie zdjęcia w sieci, odnalazła go w swoim mężu, również aktorze. Tak, jak w przypadku Gisèle Pelicot[ref]https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,163229,32690769,polski-pelicot-namierzony-przez-dziennikarzy-cnn-odurzal-i.html#s=S.index-K.C-B.1-L.1.duzy (dostęp: 02.04.2026).[/ref] we Francji, oprawca Fernandes okazał się jej najbliższą osobą.
Żywe metafory. Dwie wystawy o chorobach
Wiktoria Kozioł
„Wstyd musi zmienić stronę”, hasło spopularyzowane przez Pelicot podczas demonstracji solidarnościowych, przydaje się też do odbioru wystawy Baranowicz. Nie jest wstydem zrobienie testu na HIV, zadbanie o cytologię, życie w związku poliamorycznym, czerpanie euforii z seksu i przekazywanie tych doświadczeń w formie obrazów i tekstów. Te doświadczenia są częścią życia, tak jak aborcja, ciąża, poronienie i rodzenie dzieci, jak życie z wirusem HIV i przechodzenie przez inne choroby przenoszone drogą płciową. Gdyby częściej się o nich mówiło, może uchroniłoby to wiele osób od strachu, ostracyzmu i w najbardziej kategorycznym wypadku – od śmierci. W 2020 roku, podczas wystawy Kreatywne Stany Chorobowe: AIDS, HIV, RAK[ref]Kreatywne Stany Chorobowe: AIDS, HIV, RAK to wystawa, która odbyła się w Galerii Miejskiej Arsenał na przełomie 2019 i 2020 roku, więcej: https://arsenal.art.pl/exhibition/kreatywne-stany-chorobowe/ (dostęp: 02.04.2026).[/ref], wraz z grupą badawczą i zaproszonymi osobami artystycznymi i aktywistycznymi staraliśmy się uspołecznić te tematy i włączyć osoby zakażone i chore do dyskursu kultury. Wcześniej, bo już w 2018 roku podczas Warsztatów z rewolucji, które współkuratorowałam, zorganizowałam warsztaty[ref]Więcej: https://arsenal.art.pl/event/warsztaty-z-gyne-punk/ (dostęp: 02.04.2026).[/ref] z kolektywem Gyne Punk z Barcelony zajmującym się przełamywaniem tabu wokół ginekologii i przekazującym wiedzę związaną z seksualnością i historią aborcji. W rezultacie jako kuratorka musiałam się mierzyć z atakami prawicowych mediów[ref]https://oko.press/prawicowa-nagonka-na-galerie-arsenal-abp-gadecki-polskie-radio-i-radni-pis-twierdza-ze-prowadzi-warsztaty-aborcyjne (dostęp: 02.04.2026).[/ref]. Podczas zwiedzana wystawy Baranowicz zapytałam się pani Małgorzaty jak reagują zwiedzający na obrazy przepracowujące tematy sprawiedliwości reprodukcyjnej. Usłyszałam, iż są zainteresowani.
To wycinek bardzo osobistej opowieści, którą śledząc, łatwo wejść w rolę voyeura. Zastanawiam się nad bardziej uniwersalnym przesłaniem wystawy, poza wpisaniem jej w dość oczywiste hasło „prywatne jest polityczne”.
Obrazy Baranowicz przypominają przeskalowane ilustracje wycięte z dziwnych elementarzy lub podręczników do nauki języków obcych; pisząc to, uświadamiam sobie, iż kończyłam szkołę podstawową przed rozpowszechnieniem Internetu. Baranowicz jest o kilka lat młodsza, ale jej obrazy odwołują się do estetyki świata analogowego. Tytuły są natomiast opisem tego, co już widać, a towarzyszące im teksty jeszcze pogłębiają zasadę powtórzenia. Historia jest prosta i dostępna; zapętlona. Nie ma tu metafor ani awangardowych przesunięć znaczeń. Jest w tym sposobie prowadzenia lustrzanej narracji (wizualnej i tekstowej) coś infantylnego, pokracznie szczerego, wręcz kampowego. Malarstwo Baranowicz nie stara się nikomu przypodobać; będąc tym, czym jest, pozostawia jednocześnie kilka przestrzeni na interpretację. U mnie wywołuje ono uczucie sympatii i genderowej solidarności, rezonuje ze mną jego dziewczyńska, anachroniczna estetyka. Dostrzegam jednak jego ograniczenia – to wycinek bardzo osobistej opowieści, którą śledząc, łatwo wejść w rolę voyeura. Zastanawiam się nad bardziej uniwersalnym przesłaniem wystawy, poza wpisaniem jej w dość oczywiste hasło „prywatne jest polityczne”, jak zasugerowano w tekście kuratorskim; w zalewie osobistych wyznań rozpowszechnianych dzięki social mediów ten podział w dużej mierze stracił radykalny wyraz. Redukcja doświadczenia kobiecości do ciała przypomina wywarzanie szeroko otwartych drzwi, zawraca odbiorczynię do drugiej fali feminizmu i praktyki tzw. „consciousness raising groups”, czyli kręgów kobiet podnoszących świadomość, które zaczynając od słusznej analizy opresji w patriarchacie, później przybrały esencjalizujący, a choćby ezoteryczny charakter.
W przypadku malarstwa Baranowicz może jest tak, jak sugeruje Jacques Derrida w Widmach Marksa, pisząc o ideach z przeszłości nawiedzających współczesność: dopóki nie zostaną zrealizowane, nie przestaną o sobie przypominać. We współczesności, która znowu staje się zakładnikiem regresywnej manosfery, widma drugofalowego feminizmu najwyraźniej ponownie krążą po Europie – przynajmniej tej Środkowo-Wschodniej.









