Pierwszy raz zobaczyłam Irenę w barze na Długiej, w Gdańsku, dwudziestego siódmego listopada dwa tysiące ósmego. Padało od rana. W lokalu pachniało piwem, cynamonem i mokrymi płaszczami, a stolik pod oknem był zajęty przez parę, która kłóciła się o rachunek. Irena weszła w czerwonej kurtce, strzepnęła krople z rękawów i od razu podeszła do kontuaru, jakby ten bar należał do niej. Zamówiła herbatę z rumem i spojrzała na ekran, na którym leciał mecz Lechii. Nie kibicowała. Po prostu sprawdzała wynik dla kogoś, kto nie mógł go zobaczyć.
Ja siedziałam przy ostatnim stoliku, z dyktafonem i notatkami do monologu. Miałam wtedy trzydzieści dwa lata i cztery tysiące długu za wynajem sali prób w Warszawie. Gdańsk był miastem, do którego przyjechałam na jeden wieczór — występ w małym klubie na Dolnym Mieście, honorarium w kopercie, nocny autobus z powrotem. Irena usiadła obok, bo tylko tam było wolne. Postawiła kubek, wyjęła z torby zeszyt w kratkę i zaczęła coś kreślić. Nie odzywała się. Pamiętam, iż pomyślałam: ta kobieta wygląda, jakby znała wszystkie moje puenty wcześniej niż ja.
Po trzech godzinach w tym barze wiedziałam o niej dwie rzeczy. Pisała dialogi do słuchowisk radiowych, których nikt nie słuchał poza emerytami i mną. I nosiła w kieszeni kurtki klucz od mieszkania swojej siostry, bo siostra wracała z nocnej zmiany w szpitalu i bała się zasnąć na klatce.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. To było coś gorszego. Rozpoznanie.
Po powrocie do Warszawy wysłałam jej SMS-a. Jedno zdanie: „Daj mi tekst, a ja dam mu głos”. Nie odpisała. Po tygodniu przyszła pocztą koperta bez nadawcy. W środku był maszynopis — dziewięć stron, żadnych poprawek, tylko tytuł: „Ludzie, którzy się nie mieszczą”. Zadzwoniłam do niej o drugiej w nocy. Odebrała po pierwszym sygnale.
Tak zaczęło się wszystko, co potem nazywano naszym nazwiskiem. Irena pisała, ja mówiłam. Najpierw scenki do radia, potem monodram w Teatrze Wybrzeże, potem trasa po domach kultury: Wejherowo, Starogard, Tczew. Sprzedawałyśmy bilety za dwadzieścia złotych i dzieliłyśmy się jednym kebabem na stacji benzynowej. Irena nie znosiła sceny. Mówiła, iż publiczność ją rozprasza, więc siedziała w kulisie z butelką wody i patrzyła na moje ręce.
Po dwóch latach podpisałyśmy umowę z prywatnym radiem. Nasza audycja nazywała się „Szeptanka” i szła w niedzielę o dwudziestej drugiej. Ludzie dzwonili na antenę i opowiadali o zdradach, długach, matkach, które nie dzwonią. Irena wyciągała z tych historii jedno zdanie i budowała z niego monolog. Ja czytałam go na żywo, a po ostatnim słowie zostawiała dwie sekundy ciszy. Producent mówił, iż to strata czasu antenowego. Irena mówiła, iż w tym czasie ludzie dopiero zaczynają słuchać.
W dwa tysiące piętnastym dostałyśmy propozycję z telewizji. Niewielkie pasmo po północy, format: rozmowa o rzeczach, o których dorośli nie mówią przy dzieciach. Irena napisała pilotaż w trzy dni. Ja założyłam okulary bez szkieł, bo stwierdziłam, iż tak wyglądam mądrzej. Program nazywał się „Na styku”. Po pierwszym sezonie ściągnął sześć procent widowni i jedną skargę do KRRiT. Po drugim — sześć procent i skarg nie było.
Pewnej nocy, po nagraniu, Irena usiadła na schodach przed budynkiem telewizji, wyjęła z torby termos z kawą i powiedziała: „Nie chcę być znana. Chcę, żeby to, co razem robimy, było znane”. To była jej wersja wyznania. Moja była prostsza: nie wróciłam tej nocy do domu. Zostałam u niej na Powiślu, w mieszkaniu z widokiem na most, i rano zrobiłam jej jajecznicę z trzech jajek, bo dwa wydawały mi się skąpe.
Nasza relacja przez długie lata nie miała nazwy dla innych. Dla ciotki Ireny z Białegostoku byłam „tą panią z radia, co tak śmiesznie mówi”. Dla mojego ojca z Radomia — „koleżanką z roboty”. Dla redakcji — „zespołem”. Irena raz usłyszała, jak redaktor prowadzący mówi do kogoś: „No wiesz, te dwie, co razem pracują”. Nie poprawiała go. Ale zauważyłam, iż po tym dniu zaczęła nosić przy kluczach brelok z literą „A”. Nikt nie wiedział, iż to od mojego imienia.
W dwa tysiące dziewiętnastym zrobiło się gęsto. Dostałyśmy naganę za odcinek, w którym Irena włożyła w usta bohaterki zdanie: „W tym kraju miłość dwóch kobiet to sprawa karna, dopóki nie zostanie tematem w telewizji”. Emisja się odbyła. Kara pieniężna też. Trzy tysiące złotych. Zapłaciłam ją z konta, na którym trzymałam oszczędności na wkład własny do kredytu. Irena zobaczyła potwierdzenie i przez dwa dni nie odzywała się. Trzeciego dnia postawiła przede mną teczkę z kartonu, a w niej wypisany manualnie akt notarialny: darowizna połowy tego, co zarobi jej głowa, na wspólne konto. „Nie chcę, żebyś za mnie płaciła” — powiedziała. „Chcę, żebyś ze mną miała wspólne”.
To nie była umowa partnerska. To był ślub, tylko bez obrączek i bez urzędu. Zresztą w Polsce wtedy choćby urząd by nas nie przyjął.
W dwa tysiące dwudziestym trzecim Irena zaczęła chorować. Nic wielkiego, mówiła: kręgosłup, migrena, za mało snu. Ale ja widziałam, jak po trzy razy czytała tę samą linijkę w moich monologach, bo nie mogła jej utrzymać w głowie. Zabrałam ją do lekarza. Potem do drugiego. W poczekalni pachniało chlorem, a na parapecie stał doniczek z fiołkiem, którego nikt nie podlewał. Irena zapytała, czy może teraz ona podyktować tekst. Powiedziałam, iż nie. Powiedziała: „To ja piszę, a ty mówisz — taka umowa”. Powiedziałam: „To ja trzymam cię za rękę, a ty przestajesz udawać”.
W gabinecie okazało się, iż to nic nieodwracalnego, ale coś, co wymaga leczenia. Dwa razy w tygodniu rehabilitacja, jedna operacja, potem miesiąc w gipsie. Irena najbardziej bała się nie bólu, tylko tego, iż nie będzie mogła pisać. Wtedy zaczęła nagrywać mi swoje myśli na dyktafon. Te same zdania, które kiedyś notowała w zeszycie w kratkę na Długiej. Leżała w łóżku, z nogą uniesioną na poduszce, i mówiła do małego głośnika: „Alina, znajdź mi słowo na kogoś, kto boi się, iż zostanie zapomniany”. Odpowiadałam: „Ja cię nie zapomnę”. Ona: „To nie o mnie. To postać”.
Po operacji wróciliśmy do Gdańska. Nie na chwilę. Irena powiedziała, iż chce zamieszkać tam, gdzie po raz pierwszy mnie zobaczyła. Mówiła, iż w tym mieście deszcz pachnie inaczej — jakby zmywał coś ważnego. Kupiłyśmy dwupokojowe mieszkanie na Dolnym Mieście, jedno piętro, okna na podwórko z kontenerami na szkło. W piątek wieczorem bywało głośno, bo pod blokiem zbierali się studenci z gitarą i piwem z Biedronki. Irena twierdziła, iż to najlepsza muzyka do pisania. Ja twierdziłam, iż to najlepszy powód, żeby kupić zatyczki do uszu.
Dwudziestego piątego maja dwa tysiące dwudziestego czwartego obudziłam się o piątej rano. Irena stała przy oknie, bosa, i patrzyła na dach sąsiedniej kamienicy, po którym chodził gołąb. Nie odwróciła się. Powiedziała: „W Rzeczpospolitej mówią, iż w tym roku może wejść ustawa”. Chodziło o związki partnerskie, o to, iż dwa miasta już ogłosiły gotowość, iż w Sejmie leży projekt. Ja znałam ten projekt na pamięć. Od trzech lat rozmawiałyśmy o nim jak o pogodzie — żeby nie zapeszyć.
„I co?” — zapytałam.
„Nic” — odpowiedziała. — „Po prostu nie chcę już być anonimowa. Nie przed tobą”.
Wzięłam z szafki dokumenty. Wypisane manualnie oświadczenie, które Irena zrobiła w dwa tysiące dziewiętnastym. Spojrzałam na datę, na pieczątkę notarialną, na jej podpis — drobny, pochyły, jakby się spieszyła, żeby nikt nie zmienił zdania.
„Trzeba będzie to przenieść do urzędu” — powiedziałam.
„Trzeba będzie poczekać” — powiedziała Irena.
Czekałyśmy. Nie tak, jak czeka się na pociąg — na peronie, z walizką i narastającą złością. Czekałyśmy, pracując. Nagrywałyśmy trzeci sezon „Na styku”. Irena pisała monolog o kobiecie, która co roku odwiedza urząd stanu cywilnego i pyta, czy już można. Urzędniczka za każdym razem odpowiada: „Proszę przyjść po Nowym Roku”. Bohaterka przychodzi, a urzędniczka mówi: „Po Wielkanocy”. Potem: „Po majówce”. Potem: „Po wakacjach”. W końcu bohaterka przynosi własny kalendarz i mówi: „To ja zaznaczę pani datę”.
Dwa tysiące dwudziestego piątego, siódmego kwietnia, weszła ustawa. Nie było w niej wszystkiego, o czym marzyła Irena. Nie było adopcji, nie było wspólnego rozliczenia podatkowego. Ale był artykuł, który mówił, iż dwie dorosłe osoby mogą wejść do urzędu i wyjść z papierkiem, na którym ktoś napisze: „związek partnerski”.
Irena przeczytała to na telefonie, stojąc w kolejce po chleb. Zadzwoniła do mnie i powiedziała tylko: „Bierz teczkę”. Ja już ją trzymałam.
Osiemnastego maja dwadzieścia dwadzieścia pięć stanęłyśmy przed urzędniczką w Gdańsku. Irena miała na sobie granatową marynarkę, którą kupiła w lumpeksie na Zaspie za pięć złotych. Ja miałam spodnie od garnituru, w których nie mogłam zapiąć guzika, więc związałam je paskiem. Urzędniczka, pani z rudym kokiem i długopisem z reklamą kancelarii, spojrzała na nas raz, potem jeszcze raz. Zapytała: „Życzenie wspólnego nazwiska?”. Spojrzałam na Irenę. Ona na mnie. Powiedziała: „Nie. Zostawiamy swoje”. Zapytała: „Ustrój majątkowy?”. Odpowiedziałam: „Wspólny majątek, ale długi osobiste nie wchodzą”. Irena parsknęła. Urzędniczka nie.
Podpisałyśmy. Trzy razy. Irena trzymała długopis z reklamą kancelarii, a ja patrzyłam na jej lewą rękę, na której nie było nic. Nie zdążyłyśmy kupić obrączek. Po wyjściu z urzędu, na schodach, Irena rozpięła suwak w torbie i wyjęła pudełeczko z dwoma pierścionkami z białego złota. Nie były nowe. Rozpoznałam ten z rubinem — należał do jej babci, tej, która dożyła dziewięćdziesięciu czterech lat i na łożu śmierci powiedziała: „Nie daj się nikomu przepisać”.
„Są trochę za duże” — powiedziała Irena.
„Kupimy wkładki” — powiedziałam. Wsunęłam jej pierścionek na palec. Był za duży o jeden rozmiar. Irena wsunęła mi drugi. Też za duży.
Uśmiechnęła się pierwszy raz tego dnia. „Widać nie zmieścimy się w ramki”.
Wieczorem zjadłyśmy sernik z cukierni na Mariackiej i wróciłyśmy do mieszkania na Dolnym Mieście. Irena wyjęła z torby akt z urzędu, położyła go na kuchennym stole i przycisnęła kubkiem z zimną herbatą. Tak zastała nas sąsiadka z naprzeciwka, pani Grażyna, która przyszła pożyczyć sól. Spojrzała na papier, na pierścionki, na mnie. „To wy naprawdę?” — zapytała. Irena podała jej sól. „Naprawdę” — powiedziała. Pani Grażyna wzięła sól, ale nie odchodziła. Stała w progu i znowu patrzyła na akt, a potem powiedziała: „Widziałam, jak w zeszłym roku kupowałyście choinkę. Niosła pani ją za górę, a pani za dół. Śmiesznie to wyglądało”.
Ja nie zareagowałam. Irena też. Pani Grażyna dodała: „No to życzę wam, żebyście zawsze tak niosły. Każda za swój koniec”.
Zeszłej środy znalazłam na wycieraczce zeszyt w kratkę. Ten sam format, ta sama okładka. Otwarty na pierwszej stronie, na której Irena napisała: „Daj mi słowo, a ja dam ci głos”. W środku było jedenaście pustych stron. Czekały na tekst.
Nie powiedziałam jej o tym, iż zeszyt znalazłam. Położyłam go na szafce nocnej, obok dyktafonu, którego nie używa już do nagrywania. Wieczorem odczytałam jej na głos pierwszy monolog z trzeciego sezonu. Nie z kartki. Z głowy. Irena leżała na kanapie, z kubkiem herbaty na piersi, i nie poprawiła ani jednego słowa. Kiedy skończyłam, powiedziała: „To teraz twoja kolej”.
Nie zapytałam, co ma na myśli. Wiedziałam. To ja mam teraz mówić. A ona — pisać. Każda za swój koniec.
Rano otworzyłam okno. Wiatr od Motławy wniósł zapach ryb i oleju napędowego. Irena stała na balkonie w czerwonej kurtce, tej samej, w której poznałam ją w barze na Długiej. Trzymała w ręku akt z urzędu i patrzyła na podwórko, gdzie studenci znowu stroili gitarę. Odwróciła się do mnie. „Wiesz, co jest najlepsze?” — zapytała. „Nie musimy już niczego udowadniać”.
Miała rację. I nie miała. Bo ja przez cały czas codziennie udowadniam — jeden podpis, jeden odcinek, jedna strona — iż czterdzieści dwa lata to nie koniec. To dopiero pierwsza zwrotka.












