Wiadro z brzękiem przewróciło się na beton. Kilkaset mosiężnych łusek rozsypało się po stanowisku numer cztery. Jedenaście lat. Za duża kurtka, rękawy podwinięte tylko raz. Olek nie podniósł się od razu. Dokończył zbierać te, które leżały najbliżej, jakby puszczał mimo uszu śmiech dobiegający z ławki.
— No dalej, zbieraj! — krzyknął mężczyzna w beżowej kurtce. — Tatuś przynajmniej tego cię nauczył.
Kilku strzelców parsknęło. Ktoś z tyłu rzucił: «Łuski to jedyne, co mu zostało po ojcu». Olek wziął kolejną łuskę, wytarł ją o spodnie i wrzucił do wiadra. Nie patrzył na nich. Za siatką, przy ogrodzeniu Łucznika, wózek widłowy z paletą skrzynek skręcił i prawie zahaczył o bramę — kierowca oglądał się na strzelnicę, a nie na drogę.
Mężczyzna w beżowej kurtce, pan Sławek, podszedł bliżej. Czubkiem buta poprawił leżącą na ziemi łuskę, po czym zamachnął się i kopnął wiadro. To samo, które Olek napełniał od trzech godzin. Mosiądz zabrzęczał o beton.
— Zbieranie łusek to pewnie jedyna rzecz, w której jesteś dobry.
Śmiech podniósł się z obu stron. Olek nic. choćby nie drgnął. Po prostu schylił się i zaczął zbierać od nowa, po jednej. Na ławce przy wiacie leżała połówka kanapki z pasztetem; osa krążyła nad nią uparcie. Chłopiec chciał ją odgonić, ale tylko przesunął kanapkę na brzeg, bo owad wracał.
Wtedy z krzesła pod wiatą podniósł się starszy mężczyzna w sportowej marynarce. Siwy, wyprostowany. Ruszył w stronę stanowiska. Wszyscy myśleli, iż idzie zwrócić uwagę panu Sławkowi. A Olek wstał. Nie otrzepał kolan. Odstawił wiadro pod wiatą, przy gasnącej tablicy z napisem «Pamiętaj o słuchawkach». I podszedł do karabinu precyzyjnego, który leżał na macie przy linii ognia.
Ktoś z tyłu sapnął.
— Myślisz, iż trafisz? — zawołał pan Sławek, splatając ramiona. — Tam jest sto osiemdziesiąt metrów.
Wielu dorosłych miało z tym problem. Wiatr od lasu podmuchywał. Olek nic nie powiedział. Usiadł, poprawił stopę, przyłożył policzek do baka. Złapał oddech. Palec położył na spuście.
Huk strzelił po całej strzelnicy. Wszyscy obrócili się w stronę monitorów. Na ekranie pojawiła się tarcza. Środek. Dziesiątka. Idealne zero.
Śmiech zgasł, jakby ktoś wyłączył prąd.
Ale najgorsze stało się sekundę później. Starszy mężczyzna, który wcześniej wstał, poderwał się z miejsca. Tym razem nie szedł w stronę Sławka. Patrzył na chłopca. A adekwatnie na blaszkę, która dyndała mu na szyi, gdy Olek schylał się po karabin.
Na twarzy mężczyzny zgasła krew.
— Ten nieśmiertelnik… — powiedział, a głos mu się załamał. — Skąd go masz?
Chłopiec dotknął blaszki. Odwrócił się w stronę generała, bo to był generał w stanie spoczynku, Henryk Szymański, chociaż nikt na strzelnicy wcześniej nie skojarzył nazwiska z twarzą.
— Ojciec kazał pokazać to komuś — Olek powiedział to tak, jakby powtarzał zdanie wyuczone na pamięć.
— Jak nazywał się twój ojciec?
— Andrzej Lis. Był sierżantem.
Generał chwycił się oparcia krzesła. Powoli usiadł. Olek podszedł bliżej, ale nie za blisko. Wyjął z kieszeni złożoną kartkę.
— Ojciec umarł osiem miesięcy temu. Rak płuc. Zanim odszedł, powiedział: «Jeśli spotkasz generała Szymańskiego, pokaż mu blaszkę i poproś o podpis pod podaniem do liceum wojskowego». To wszystko.
Generał wziął kartkę. Rozłożył ją na kolanie. Czytał długo, dłużej niż potrzeba. Pod spodem było puste miejsce na rekomendację.
— Twój ojciec uratował mi życie pod Ghazni. Trzymał osłonę, kiedy wyciągano mnie z transportera. Ten żeton nosił na szyi, nazywał go swoim talizmanem. Mówił, iż wróci po niego, jak syn dorośnie.
Olek słuchał, nie przerywając. Na strzelnicy wszyscy zamilkli. Pan Sławek stał obok, z opuszczonymi ramionami, jakby nie wiedział, gdzie podziać dłonie. Za ogrodzeniem kundel, który do tej pory szczekał na każdy strzał, siedział i wpatrywał się w chłopca.
Generał wstał. Podał Olek długopis. Ale chłopiec nie wziął.
— Niech pan podpisze swoim. Tak będzie pewniej.
Generał przez chwilę patrzył na chłopca. Potem wyjął z kieszeni marynarki własne pióro, zdjął skuwkę, podpisał dokument. Wyraźnie, z datą. Następnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni, wyjął małą pieczątkę i odbił ją obok podpisu.
— To wystarczy. Komisja zrozumie.
Olek wziął kartkę, sprawdził pod światło, czy pieczątka się odbiła. Włożył ją do koszulki na dokumenty, a tę do torby. Potem zsunął z szyi nieśmiertelnik. Przez chwilę trzymał go w zaciśniętej dłoni.
— Ojciec powiedział też, iż blaszka ma do pana wrócić. Że pan będzie wiedział, co z nią zrobić.
Generał wysunął dłoń. Olek położył na niej żeton. Palce generała zacisnęły się tak mocno, iż aż kostki zbieleli. Przycisnął metal do czoła. Nic nie mówił. Olek wyciągnął z wiadra garść łusek, przesypał przez palce, odłożył je z powrotem.
— To pańskie — powiedział, podchodząc do pana Sławka. — W skupie przy stacji płacą sześćdziesiąt złotych za kilogram. To wiadro ma około trzech kilogramów. Ja już nie potrzebuję.
Wysypał zawartość wiadra pod nogi Sławka. Mężczyzna cofnął się o krok.
— Co ty wyprawiasz?
Olek nie odpowiedział. Założył torbę na ramię. Generał podszedł i stanął obok.
— On już wie, ile to warte — generał powiedział to do Sławka, nie podnosząc głosu. — A pan, zdaje się, dopiero się dowie.
Pan Sławek chciał coś powiedzieć, ale zerknął na generała i zamilkł. Schylił się. Zaczął zbierać. Nikt się nie zaśmiał.
Olek ruszył w stronę wyjścia. Przy bramie zatrzymał się, odwrócił.
— Do zobaczenia na egzaminie, panie generale.
— Będę w komisji. Twój ojciec byłby dumny.
Olek podniósł z ziemi kawałek mosiężnej łuski, który wytoczył się za bramę, i rzucił go w stronę Sławka, celnie trafiając do wiadra.
— Niech pan to doliczy do wagi.
Ostatni huk, tyle iż bez prochu. Sławek drgnął, generał uśmiechnął się pod wąsem. Olek przeszedł przez bramę, minął zardzewiałego malucha i skręcił w stronę przystanku. W kieszeni miał torbę z podaniem, a w dłoni ściskał bilet autobusowy. Sześć złotych czterdzieści — dokładnie tyle kosztował przejazd do centrum Radomia.












