Wezbrana Wisła

twojacena.pl 1 dzień temu

Nadmierne opady, które od czterech dni nie ustają nad południową Polską, w piątek po południu doprowadziły do stanu alarmowego na Wiśle w rejonie Krakowa. Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej ogłosił alarm przeciwpowodziowy trzeciego stopnia dla dzielnicy Podgórze, po tym jak stacja hydrologiczna przy moście Dębnickim odnotowała gwałtowny wzrost poziomu wody – z trzech metrów siedemdziesiąt do czterech metrów dwadzieścia w ciągu zaledwie sześciu godzin. Rzecznik zarządu tłumaczył dziennikarzom, iż taki poziom „może powodować szkody w zabudowaniach i infrastrukturze w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki” i iż alarm pozostanie w mocy, „dopóki warunki na to nie pozwolą”.

Marta Woźniak miała trzydzieści osiem lat i pracowała jako kierowniczka zmiany w hali produkcyjnej fabryki opakowań na Zabłociu. Mieszkała w parterowym mieszkaniu przy ulicy Ludwinowskiej, sto dwadzieścia metrów od nabrzeża, razem z synem Kubą, który we wrześniu miał pójść do trzeciej klasy podstawówki. W piątek wieczorem, kiedy syreny zawyły po raz pierwszy, akurat gotowała żurek na sobotni obiad – zupa tak i została na kuchence, wystygła, z pływającym na wierzchu plasterkiem cytryny.

Telefon od sąsiadki, pani Halinki z drugiego piętra, zadzwonił kwadrans po dziewiętnastej.

– Marta, pakuj się. Woda już przy stopniach.

W telewizorze leciał akurat mecz Wisły Kraków, którego nikt już nie oglądał. Kuba wsadził do plecaka trzy rzeczy: latarkę, pluszowego psa i kartę do gry w piłkarzyki. Marta zabrała dokumenty, laptop i pudełko z biżuterią po babci – to samo, które od miesięcy obiecywała sobie wreszcie przenieść do skrytki bankowej i nigdy tego nie zrobiła.

Na klatce schodowej stał już Zenon Kaczor, sąsiad z parteru, człowiek, z którym Marta rozmawiała może cztery razy w życiu, głównie o segregacji śmieci. Miał na sobie kalosze i trzymał w rękach dwie skrzynki – w jednej leżały akta emerytalne, w drugiej kot.

– Auto zostawiam, i tak nie wyjadę tą ulicą – powiedział. – Idziemy górą, przez Bulwary, tam jeszcze sucho.

Szli razem, we troje, w strugach deszczu, mijając zaparkowane samochody, których dachy ledwie wystawały ponad rosnącą kałużę na jezdni. Kuba trzymał matkę za rękę tak mocno, iż później, już w punkcie ewakuacyjnym w hali sportowej przy alei Powstania Warszawskiego, na przedramieniu zostały mu czerwone ślady od jej palców.

Do niedzieli rano poziom Wisły podniósł się jeszcze o pół metra. Woda weszła do mieszkania Marty na wysokość klamek. Straż pożarna ewakuowała łodziami jeszcze osiemnaście osób z okolicznych bloków, w tym starszego mężczyznę na wózku inwalidzkim, którego syn niósł na plecach przez ostatnie dwadzieścia metrów, bo łódź nie mogła podpłynąć bliżej.

Marta spała trzecią noc na składanym łóżku w hali, między workiem treningowym a bramką do piłki manualnej. Kuba narysował dla niej kredkami dom – z żółtym słońcem i psem przed drzwiami, choć psa nigdy nie mieli, tylko pluszowego z plecaka.

– Kiedy wrócimy? – spytał w niedzielę wieczorem.

Nie odpowiedziała od razu. Wyjęła telefon, otworzyła aplikację banku, sprawdziła saldo – cztery tysiące trzysta złotych, wystarczy na dwa tygodnie hotelu pracowniczego, o którym wspomniała jej kierowniczka kadr. Potem otworzyła drugą aplikację, tę od ubezpieczyciela, i zaczęła wypełniać zgłoszenie szkody, zdjęcie po zdjęciu: wystygłą zupę, zalane buty Kuby przy progu, poziom wody zaznaczony flamastrem na framudze drzwi, sto dwadzieścia centymetrów.

– Wrócimy, jak opadnie – powiedziała w końcu. – A jak nie będzie gdzie wracać, to znajdziemy inne miejsce. Razem.

Kuba przytulił się do niej mocniej, a ona otworzyła w telefonie mapę mieszkań do wynajęcia w dzielnicy Dębniki, wyżej, dalej od rzeki, i zaczęła przesuwać palcem po ekranie, jedno ogłoszenie za drugim.

Idź do oryginalnego materiału