— Weź, kochanie, od mamy dla ciebie i twoich braciszków. Jedzcie, dzieci. Nie grzechem jest się dzie…

newsempire24.com 23 godzin temu

Chodź tutaj, kochanie, to dla Ciebie i Twoich braciszków. Jedzcie, dzieci, nie żałujcie sobie. To nie grzech się dzielić, grzechem jest zamykać oczy na innych.

Zosia miała zaledwie sześć lat, ale życie już przycisnęło ją ciężarem, którego inne dzieci choćby nie potrafią nazwać. Mieszkała w maleńkiej wiosce na Mazurach, w starej, rozpadającej się chacie, która trzymała się bardziej na modlitwie niż na fundamentach. Gdy wiatr szumiał mocniej, deski jęczały jakby płakały, a nocą zimno wciskało się przez każdą szczelinę, nie pytając o pozwolenie.

Jej rodzice pracowali na dniówki. Dziś mieli robotę, jutro nie. Wracali zmęczeni, z popękanymi dłońmi i pustym spojrzeniem, czasem z kieszeniami niemal równie pustymi, jak ich nadzieja. Zosia zostawała w domu z dwoma młodszymi braćmi, tuliła ich, gdy głód był mocniejszy od zimna.

Dziś jest grudzień. Prawdziwy polski grudzień, z ołowianym niebem i powietrzem pachnącym śniegiem. Święta Bożego Narodzenia stukają do drzwi, ale nie do ich domu. W garnku na piecu gotuje się prosty, ziemniaczany bigos. Bez mięsa, bez przypraw, ale z całą matczyną miłością. Zosia miesza powoli, jakby chciała rozciągnąć tę potrawę dla wszystkich.

Nagle, z sąsiedniego podwórka unosi się apetyczny zapach. Taki, co trafia prosto do serca, zanim jeszcze dotrze do żołądka. U sąsiadów trwa właśnie tradycyjne świniobicie przed świętami. Słychać śmiechy, rozmowy, brzęk talerzy i skwierczenie mięsa na patelni. Dla Zosi ten dźwięk jest jak bajka opowiadana zbyt daleko.

Podchodzi bliżej do płotu, ciągnąc braci za rękaw swojej starej kurtki. Przełyka ślinę. Niczego nie prosi. Po prostu patrzy. Jej duże, piwne oczy napełniają się cichym pragnieniem. Wie, iż nie wypada chcieć cudzych rzeczy. Tak nauczyła ją mama. Ale jej dziecięce serce jeszcze nie umie nie marzyć.

Boże szepcze cicho choćby kawałeczek…

Nagle, jakby niebo ją usłyszało, łagodny głos przebija zimne powietrze:

Zosieńko!

Dziewczynka drży.

Zosieńko, kochanie, podejdź tutaj!

Staruszka Jadwiga stoi przy wielkim, żeliwnym kociołku, z policzkami zaróżowionymi od ognia i ciepłym spojrzeniem. Powoli miesza w garnku i patrzy na Zosię z czułością, jakiej dziewczynka nie czuła od dawna.

Chodź tu, kochana, to dla ciebie i Twoich braciszków mówi z prostą dobrocią.

Zosia stoi przez chwilę w miejscu. Wstyd ściska jej klatkę piersiową. Nie wie, czy wolno się cieszyć. Ale staruszka znowu daje znak, a jej drżące dłonie napełniają pojemnik ciepłym, pachnącym mięsem prawdziwym świątecznym rarytasem.

Jedzcie, dzieci. To nie grzech się dzielić. Grzechem jest zamknąć serce.

Łzy Zosi płyną, nie do powstrzymania. Nie płacze z głodu. Płacze, bo pierwszy raz ktoś ją zobaczył. Nie jako biedną dziewczynkę, tylko po prostu jako dziecko.

Biegnie do domu, ściskając pojemnik jak najcenniejszy skarb. Bracia od razu podskakują z euforii i przez kilka chwil ich mały domek wypełnia śmiech, ciepło i zapach, którego nigdy tam jeszcze nie było.

Wieczorem rodzice wracają zziębnięci i zmęczeni, a dzieci jedzą i się uśmiechają. Mama płacze cicho, a tata zdejmuje czapkę i dziękuje Bogu.

Tego wieczoru nie mieli choinki. Nie było prezentów.
Ale mieli dobroć.
A czasem to wystarcza, żeby nie czuć się samemu na świecie.

Są dzieci jak Zosia, właśnie dziś, które niczego nie proszą… tylko patrzą. Patrzą na świecące podwórka, zastawione stoły, cudze święta.
Czasem porcja jedzenia, mały gest, dobre słowo stają się najpiękniejszym prezentem w życiu.
jeżeli ta opowieść Cię poruszyła, nie przechodź obojętnie…

Idź do oryginalnego materiału