Ślubu nie będzie
Czemu taki dziś cichy jesteś? zapytała Zosia. Przecież ustaliliśmy: w sobotę jedziemy wybrać meble do sypialni. A ty taki jakiś przybity. Co się dzieje?
Marek wiedział: teraz albo nigdy. Teraz musiał powiedzieć.
Zosiu… Chciałem z tobą o czymś porozmawiać. O ślubie.
Zosia na tę rozmowę czekała już długo. Razem z Markiem zdecydowali, iż wesele będzie skromne, ale ona widziała Markowi marzy się prawdziwa polska uroczystość, z wieloma gośćmi, kamerzystą, orkiestrą… Jak bardzo czekała na tę chwilę!
Tylko bez długich wstępów. Wydaje mi się, iż wiem, co powiesz uśmiechnęła się Zosia.
Ale Marek zaskoczył ją zupełnie.
Może… przełożymy? Może jednak odłożymy nasz ślub.
To nie była rozmowa, na którą była gotowa.
Przełożymy? Zosia aż zaniemówiła. I to tak nagle? Dlaczego? Ledwo co rozmawialiśmy o zaproszeniach… Sam wybierałeś wzory… Ustalaliśmy listę gości! Zmieniłeś zdanie? Nie chcesz już się ze mną ożenić?
Myślała, iż jak w melodramacie powie, iż uczucie wygasło.
Ale Marek odpowiedział zupełnie inaczej.
Wiesz, z pieniędzmi nie najlepiej bąknął pensję znów opóźniają. Oszczędności jakoś się nie uzbierały. No i… razem mieszkamy dopiero od pół roku. Może za wcześnie, co?
Za wcześnie? powtórzyła z niedowierzaniem Zosia. Marku, jesteśmy razem trzy lata! Trzy lata związku i pół roku wspólnego życia i to jeszcze za wcześnie?
Marek już nie wydawał się taki przestraszony.
Nie zaczynaj, Zosiu. Nie chcę awantury. Chcę tylko… chwilowej przerwy. Nie rezygnuję przecież, ale wesele to jednak ogromny wydatek.
W porządku… to może po prostu podpiszemy w urzędzie, a potem spotkamy się ze znajomymi?
Zosiu, to nie byłby już prawdziwy ślub.
I niech tam! Zosia rzuciła ręką.
Ale przecież o tym marzyłaś…
Przeżyję i bez tego!
Szukasz, chłopie, wymówek, dziwne jakieś.
Zosiu…
Powiedz szczerze! Stało się coś? Nie jesteś pewien, iż mnie kochasz? A może… poznałeś kogoś innego? Bo “ślub kosztuje” to mało przekonujące.
Marek pokręcił głową.
Nie, Zosiu, przysięgam. Po prostu chcę, żeby wszystko było idealnie, wiesz? A teraz nie mogę nam tego zapewnić. No i te pół roku… Nie poznaliśmy się jeszcze do końca. Musimy się upewnić, iż to to…
Niby rozsądne przekonywał. Ale intuicja Zosi krzyczała alarmem. Tak dobrze nigdy nie potrafił jej przekonywać. A to przecież sam naciskał, żeby ślub był jak najszybciej.
Ale udawała, iż uwierzyła.
Po tej rozmowie Marek stał się nie chłopakiem, a wzorowym partnerem: zaczął zwracać uwagę na drobiazgi, które dawniej mu umykały jakby próbował zrekompensować odwołany ślub. W sklepie pytał, na co ma ochotę, w domu sam zmywał naczynia… Ale chodził ponury. Nie zamyślony, ale właśnie posępny, nocami wzdychał wpatrzony w sufit, na pytania Zosi odpowiadał: Nic, po prostu zmęczony.
Zosia starała się nie naciskać. Jeszcze przyjdzie czas, powtarzał jej wewnętrzny głos.
Po paru tygodniach zostali zaproszeni do rodziców Marka. Zosia długo się wahała. Nie miała ochoty tam jechać. Zresztą o ślubie Marek już nie wspominał, a jego rodzice pewnie zapytają niezręcznie…
Ale trzeba było pojechać.
Oczywiście temat ślubu się pojawił.
Kiedy w końcu nas uszczęśliwicie? spytała jego mama, gdy ojciec poszedł oglądać wiadomości. Mamy już upatrzone miejsce na przyjęcie. Stolik na dwadzieścia osób. Rezerwować na który dzień?
Marek siedział tak samo markotny jak Zosia. Co tu rezerwować? Nic z tego nie będzie.
Mamo, przecież mówiliśmy. Przełożyliśmy mruknął.
Przełożyliście? A to czemu? Nie macie pieniędzy? Marku, mogłeś wcześniej pomyśleć jako głowa rodziny!
Po obiedzie, gdy panowie z zapałem próbowali naprawić popsuty radioodbiornik, Zosia poszła do łazienki się odświeżyć.
W łazience aż lśniło. choćby kosmetyków poza żelem pod prysznic i szamponem nie było. Jego mama wszystko trzymała w sypialni. Zosię zawsze zadziwiało, jak jej się chce to wszystko każdorazowo nosić.
Sięgnęła po ręcznik i wtedy… usłyszała głosy. Te ściany zawsze doskonale przenosiły dźwięk, zwłaszcza cudze sekrety. Marek rozmawiał z mamą. Zosia nastawiła uszu…
…Marku, czy ty nie zamierzasz zerwać z Zosią?
Zosia zamarła z ręcznikiem przy brodzie. Co? Nie zamierzała siebie oszukiwać, wiedziała, iż dobrze słyszy. Przytuliła się delikatnie do kafelków.
Mamo, już mówiłem. Przełożyliśmy. Ale się nie rozstajemy.
Przełożyliście to tylko wymówka! szeptała pani Halina Widzisz, jak się męczysz. Na co ci ona? Przecież to nie żona! Żona powinna męża słuchać, a ta… Po co ci małżeństwo, skoro za rok rozwód?
Mamo, ja ją kocham odparł Marek.
Zosia aż się rozczuliła.
Ale następne słowa matki wybiły jej wzruszenie z głowy.
Mówisz, iż kochasz? Sprytna z niej dziewczyna, Marku. Mówiłam ci! Jeszcze nie żona, a już nastawia cię przeciwko nam. Przestałeś pomagać siostrze, na działkę nie przyjeżdżasz… Ona cię zmienia, i to na gorsze.
Zosia aż przykleiła ucho do płytek, próbując pojąć, kiedy miała rzekomo nastawić Marka przeciw nim. Przecież zawsze była dla jego rodziców miła, choćby wtedy, gdy pan Stefan wyśmiewał jej nową fryzurę. Przykro było, ale milczała!
Nie pamiętała żadnej sytuacji, w której chciała źle nastawić Marka do rodziny. Wręcz przeciwnie, zachęcała go, by się z nimi spotykał, wiedząc, jak są dla niego ważni.
I wtedy ją olśniło: to nie chodzi o pieniądze, nie chodzi o ślub. To matka Marka, w oczy jej mówiąca słodkości tak naprawdę jest przeciwko temu ślubowi!
Zosia czym prędzej wróciła do kuchni.
Ach, Zosieńka już wróciła! rozpromieniła się pani Halina My tu właśnie ustalałyśmy, iż nie ma co zwlekać z formalnościami. Młodzi, jasne, ale bez obrączek nie popieram!
Jakie to miłe…
Oczywiście, pani Halino odparła Zosia Nie będziemy zwlekać. Jak tylko uda się coś odłożyć, od razu do USC. Prawda, Marku?
Tak, Zosiu, adekwatnie to już po wszystkim dodał z wymuszonym uśmiechem.
Tej nocy, wracając do domu, Marek próbował ją objąć, ale Zosia cały czas się odsuwała. Nie wiedziała, czy w ogóle to poruszać. jeżeli Marek nie zostawił jej na żądanie matki, to znaczy iż kocha… Ale ślub odwołał.
Jakoś dziwnie się zachowywałeś, gdy twoja mama zaczęła mówić o ślubie powiedziała, patrząc, jak światła miasta zostają za nimi.
Ja? Nie, ona po prostu się spieszy, i…
Nie kłam. Nie spieszy jej się ona jest PRZECIWKO. Powiedziała, iż nastawiłam cię przeciw niej. I iż mamy się rozstać.
Marek nerwowo ścisnął kierownicę.
Więc słyszałaś? Zosiu, mama po prostu boi się, iż o niej zapomnę, jak wyjdę za mąż. Typowe. Nie bierz sobie tego do serca. Przejdzie jej.
Zosia nie brała do siebie słów teściowej, która nie potrafiła odciąć pępowiny. Bolały ją słowa Marka. Nie stanął za nią. Po prostu przytakiwał, żeby się nie kłócić.
Sprawa ślubu pozostała otwarta. Marek wciąż chodził jakby przeżuł cytrynę, a na każde wspomnienie przyszłości powtarzał: Może kiedyś…
I wtedy… zobaczyła niezamknięty telefon Marka.
Sprawdzę tylko godzinę, tłumaczyła sobie. Nie będę czytać wiadomości… no, może jednym okiem…
Na ekranie widniała świeża wiadomość od siostry Marka, Iwony. Iwona była tylko dwa lata młodsza od Zosi, ale zachowywała się, jakby miała wciąż dwanaście. Nie studiowała, nie pracowała, mieszkała z rodzicami i żyła na ich koszt.
Wiadomość była jasna:
No pięknie, znowu nie zobaczę pieniędzy. Znowu jesteś pod pantoflem. To żyj tak sobie, skoro jakaś laska ważniejsza niż rodzina.
Zosia przeczytała. Pod pantoflem.
Coś sobie przypomniała…
Jeszcze przed odwołaniem ślubu, gdy Iwona kolejny raz prosiła Marka o kasę, Zosia nie wytrzymała i powiedziała mu:
Marku, ona ma dwadzieścia siedem lat, siedzi u mamy i taty i ciagle prosi cię o pieniądze na imprezy. Może czas iść do pracy? Nasz budżet nie jest z gumy.
I normalnie by się nie wtrącała, ale to były też jej pieniądze; zarabiała tyle co Marek i nie zamierzała utrzymywać jego rodziny. Marek przyznał jej rację niechętnie, ale powiedział: Masz rację, Zosiu. Trzeba z tym skończyć.
No i wyszło, kto tak naprawdę nastawił wszystkich przeciwko Zosi.
Zosia wzięła telefon, skopiowała wiadomość od Iwony i wysłała ją do siebie żeby mieć dowód. Potem położyła telefon dokładnie tam, gdzie leżał.
Marek stukiwał buty z śniegu w przedpokoju:
Wziąłem chleb. I czekoladę twoją ulubioną, z orzechami. Tak się zastanawiałem, może trzeba było jednak iść…
Marku przerwała mu Zosia.
No co? Kogoś innego się spodziewałaś? zażartował.
Zosia nie podchwyciła.
Co ci napisała Iwona? zapytała.
Marek, czując się w potrzasku, poszedł na atak.
To ty mi grzebiesz w telefonie, jak mnie nie ma?
Klasyka obrona przez atak, próba zrzucenia winy.
Nieważne, co robiłam, Marek. Wytłumacz się. Teraz.
Marek zawahał się, w oczach od złości do paniki.
Daj spokój, Zosiu. Ona po prostu jest dziecinna, wszystko zaraz ją uraża.
Uraża ją co? Że powiedziałam, żeby dorosła?
No tak, od zawsze była przyzwyczajona, iż brat jej pomoże. A odwyknąć od darmowych pieniędzy ciężko. Przejdzie jej.
To ona nastawiła twoich rodziców?
No… tak przyznał Marek. Tłumaczyłem im, iż to nasze pieniądze, iż Iwona powinna zacząć sama zarabiać, ale mama zaraz w szpilki: Zosia cię pod siebie wzięła, dla niej rodziny nie masz! Ale ja tak nie myślę…
A jednak odwołałeś ślub… W porządku. Ona nastawiła rodzinę przeciwko mnie. Nie mogę się z nimi zadawać. Ale co ty myślisz? Chcesz się ożenić, czy po prostu nie umiesz powiedzieć matce nie?
Chcę się z tobą ożenić! Ale teraz nie mogę… Może później… jak wszystko się uspokoi…
Odpowiedź znana.
Wiesz, Marku, coś zrozumiałam… Nie chcę wychodzić za kogoś, kto nie jest pewny swoich uczuć i drży na każdy foch siostry. Dobrze, iż ślubu nie będzie.












