Chodź, Bartoszku
Proszę pani, ale my nie mamy pieniędzy wyszeptał chłopiec, nieśmiało patrząc na reklamówkę pełną jedzenia.
Po świętach Bożego Narodzenia na ulicach Krakowa zrobiło się jakoś smutno. Światełka wciąż zwisały z latarni, ale nikt już się nimi nie zachwycał. Ludzie spieszyli się, sklepy były niemal puste, a w domach została zbyt duża ilość jedzenia i przytłaczająca cisza.
W dużym domu rodziny Woźniaków stoły jak zawsze uginały się od potraw. Makowiec, pieczone mięsa, sałatki, pomarańcze wszystkiego było aż nadto.
Pani Woźniak zbierała talerze powoli. Patrzyła na niewykorzystane potrawy, czując ciężar w gardle. Wiedziała, iż część trzeba będzie wyrzucić, a ta myśl sprawiała jej ból.
Podeszła do okna bez żadnej konkretnej przyczyny.
Tam go zobaczyła.
Bartoszek.
Stał przy furtce mały, cichy, z naciągniętą czapką i w cienkiej kurtce. choćby nie patrzył wprost na dom, raczej jakby czekał ale brakowało mu odwagi, by zapukać.
Zrobiło jej się żal.
Kilka dni przed świętami widziała go już na mieście. Przylepiony do szyby cukierni, obserwował zamyślony apetyczne ciasta. Nie żebrał, nie przeszkadzał tylko patrzył. To spojrzenie, pełne głodu i rezygnacji, mocno zapadło jej w pamięć.
Wtedy coś zrozumiała.
Odstawiła talerze i sięgnęła po dużą torbę. Spakowała chleb, makowiec, pieczeń, owoce, słodycze. Zaraz potem przygotowała kolejne torby. Wszystko, co pozostało ze świąt.
Otworzyła drzwi, niemal bezszelestnie.
Bartoszku podejdź, kochany.
Chłopiec drgnął. Niepewnie zrobił kilka kroków w jej stronę.
Weź to i zabierz do domu, powiedziała ciepło, wręczając mu torby.
Bartoszek zamarł na chwilę.
Proszę pani my nie mamy złotówek
Pieniądze nie są tu potrzebne odpowiedziała spokojnie. Chodzi tylko o to, żebyście się najedli.
Chłopcu drżały ręce, gdy brał reklamówki. Przycisnął je do piersi jakby trzymał coś kruchego, niemal świętego.
Dziękuję wyszeptał, ze łzami w oczach.
Pani Woźniak patrzyła, jak chłopiec odchodzi powoli, niespiesznie, jakby pragnął zatrzymać tę chwilę na zawsze.
Tej nocy, w małym mieszkaniu, matka płakała ze wzruszenia.
Chłopiec najadł się do syta.
I cała rodzina poczuła, iż nie są już sami.
W dużym domu stoły pozostały puste, ale serca były pełne.
Bo prawdziwe bogactwo nie polega na tym, co zatrzymujesz dla siebie,
lecz na tym, co dajesz innym, nie oczekując nic w zamian.
Być może Boże Narodzenie nie trwa tylko jeden dzień.
Może zaczyna się w chwili, gdy otwierasz drzwi
i mówisz: chodź.
Czasami drobny gest potrafi zmienić czyjeś życie. Pamiętajmy dobro wraca.














