To jest historia mojego dziadka, opowiedział mi ją, kiedy miałam dwanaście lat, przy stole w kuchni, a ja bawiłam się okruchami z sernika i nie dowierzałam ani jednemu słowu. Teraz mam czterdzieści trzy lata i wierzę w każde.
Dziadek nazywał się Tadeusz Sroka, całe życie hodował owce w wiosce pod Wąchockiem — miał ich osiemnaście, licząc jagnięta — i miał psa imieniem Burek, kudłatego, z jednym uchem stojącym, a drugim opadniętym. We wrześniu 1962 roku, kiedy skończył pięćdziesiąt sześć lat, poszedł z tym psem do lasu po podgrzybki i już nie wrócił. To znaczy — wrócił, ale dopiero trzy dni później, blady, z chustką pustą po grzybach zwiniętą w kieszeni kufajki, i przez te trzy dni siedzenia u sąsiadów nie powiedział nikomu ani słowa. Babcia Zofia myślała, iż zabłądził, i już szykowała się iść po sołtysa. A on wrócił sam, usiadł przy piecu, wziął Burka za łeb w obie dłonie i tak trzymał, gładząc go kciukiem po sierści między uszami, aż pies zasnął mu na kolanach.
Opowiedział dopiero mnie, wnuczce, dwadzieścia lat po tamtym zdarzeniu.
Szedł, mówił, drogą wśród lasu, długo, aż zabolały go kolana, a Burek zaczął wlec łapy po ziemi. Droga była pusta, tylko sosny i piach, i gdzieś w oddali dzwon z jakiegoś kościoła, ale nie wiadomo którego. I nagle las się skończył, a przed nim otworzyła się polana, a na tej polanie — brama z kutego żelaza, cała w winoroślach i różach, a za bramą pałac, biały jak cukier, z oknami błyszczącymi w słońcu jak stłuczone szkło. Grała muzyka, skrzypce chyba, i pachniało pieczoną gęsiną tak mocno, iż aż ślinka leciała.
Przy bramie stał mężczyzna w czarnym surducie, wysoki, gładko ogolony, z rękami złożonymi za plecami.
— Co to za miejsce? — spytał dziadek, ledwo trzymając się na nogach.
— To jest niebo, kochany człowieku — odpowiedział mężczyzna, choćby się nie uśmiechając. — Umarłeś pan po drodze, tak to bywa, serce nie wytrzymało. Teraz może pan wejść i odpocząć jak król.
— A woda tam jest?
— Ile dusza zapragnie. Fontanny, sadzawki, źródła.
— A nakarmić dadzą?
— Wszystko, co pan sobie tylko wymarzy.
Dziadek odetchnął z ulgą, ale zaraz spojrzał na Burka, który dyszał u jego nóg, z językiem na wierzchu.
— A pies ze mną wejdzie?
Mężczyzna w surducie skrzywił usta.
— Z psami nie wpuszczamy. Niech tu zostanie, na dworze. I proszę mnie nie prosić, i tak nie pomoże.
Dziadek postał chwilę, popatrzył na tę bramę, na te róże, na ten pałac, gdzie tak pachniało pieczenią — i odwrócił się. Wziął Burka za obrożę i poszedł dalej, tą samą piaszczystą drogą, choć nogi już ledwo go niosły.
Uszedł może z pół kilometra, kiedy droga wyprowadziła go na skraj jakiegoś gospodarstwa — płot z żerdzi, krzywa brama, a za nią chałupa z dymem nad kominem. Przy bramie siedział na pieńku stary chłop w wytartym kożuchu, strugał scyzorykiem jakiś kołek.
— Bardzo mi się pić chce — powiedział dziadek, sam nie wiedząc, czemu w ogóle prosi.
— Wchodź, wchodź — odpowiedział chłop, choćby nie podnosząc głowy. — Na podwórku studnia, chłodna woda, pij ile chcesz.
— A pies ze mną?
— Przy studni jest koryto, akurat dla psa. Napije się.
— A zjeść coś by się znalazło?
— Mogę zaprosić na kolację, akurat żona kluski robi.
— A dla psa?
— Kość dla niego też się znajdzie, nie ma sprawy.
Dziadek stał w tej bramie i patrzył to na chłopa, to na dym z komina, to na Burka, który już merdał ogonem, jakby zrozumiał, iż tu jest dobrze.
— A co to za miejsce? — spytał w końcu.
— To jest niebo — odpowiedział chłop, jakby mówił o pogodzie.
— Ale przecież tam, przy bramie pałacu, ten pan w surducie powiedział, iż niebo jest tam.
Chłop odłożył scyzoryk, otrzepał ręce o kożuch.
— A tamto? Same kłamstwa. Chodź, kluski stygną.
Więcej dziadek mi tego wieczoru nie powiedział. Wstał od stołu, umył talerz po sam brzeg, odstawił go do ociekacza i poszedł spać.
Burek dożył u niego jeszcze dziewięciu lat. Umarł zimą, pod tym samym piecem, przy którym dziadek siedział, kiedy wrócił z lasu.
A ja, kiedy wychodzę z domu i zamykam drzwi, zawsze sprawdzam najpierw, czy pies ma wodę w misce. Dopiero potem biorę klucze.














