Rozwiedliśmy się wczoraj, ona wyprowadza się jutro mówi syn w korytarzu.
Zofia Sędzich, popatrzcie na te ceny! sąsiadka Walentyna Iwanowa wskazuje palcem na witrynę sklepu. Za kilogram pomidorów żądają trzydzieści złotych! To już otwarte rozbójnictwo w pełnym słońcu!
No cóż, to nie życie, a czysta ruina, kiwa głową Zofia, poprawiając torbę na ramieniu. Kiedyś na emeryturę można było przeżyć, a teraz ledwo wiążę koniec z końcem.
A wy sama mieszkacie? Syn nie pomaga?
Mieszkam z synem. Andrzej jest ciągle zajęty, pracuje dużo. Przynosi pieniądze, oczywiście, ale w domu prawie nie widać.
No przynajmniej tak, wzdycha Walentyna. A moi synowie już wyjechali, wnuków widzę tylko przy świętach.
Po pożegnaniu Zofia kieruje się do domu. Ręce trzymają torby, nogi szeleszczą po zakupach. Sześćdziesiąt trzy lata coraz głośniej przypominają o sobie.
Mieszkanie wita ciszą. Andrzeja nie ma, jak zwykle. Zofia rozkłada zakupy, odstawia czajnik. Siada przy oknie z kubkiem herbaty, patrząc na szary, jesienny podwórze.
Jej życie jest spokojne i poukładane. Po śmierci męża minęło już piętnaście lat. Przyzwyczaiła się do samotności, nauczyła radzić sobie sama. Wychowała syna, dała mu wykształcenie, pomogła stanąć na nogi.
Andrzej ma trzydzieści pięć lat. Pracuje programistą w dużej firmie, zarabia dobrze. Mieszkają razem w trzypokojowym mieszkaniu, które mąż Zofii otrzymał od fabryki.
Syn zajmuje jeden pokój, ona drugi, trzeci to salon. Każdy żyje własnym życiem, spotykają się tylko przy kolacji, a nie zawsze.
Zofia nie narzeka. Andrzej jest dobrym synem, wspiera finansowo, nie pije, nie jest awanturnikiem. Jego życie uczuciowe jednak kiepsko się układa raz jedna dziewczyna, raz inna, ale nic poważnego.
Mamo, nie spiesz się ze mną, mówi, gdy ostrożnie porusza temat małżeństwa. Znajdę kiedy przyjdzie pora.
I najwyraźniej już znalazł. Ostatnie pół roku zostaje późno w domu, rzadziej przychodzi. Odpowiada wymijająco, ale Zofia widzi, iż syn jest zakochany.
Przedstawię mi ją? pyta kiedyś.
Przedstawię, mamo. Kiedy przyjdzie czas.
Czas przychodzi nieoczekiwanie. Zofia myje naczynia po kolacji, gdy słyszy otwarcie drzwi. Andrzej wraca wcześniej niż zwykle.
Mamo, jesteś w domu? głos syna brzmi podekscytowany.
Na kuchni!
Wchodzi w progu, nieco rozczochrany, z iskierkami w oczach. Zofia od razu czuje, iż wydarzyło się coś ważnego.
Mamo, muszę ci coś powiedzieć.
Mów, słucham.
Andrzej wchodzi do pokoju, ona podąża za nim. Chodzi nerwowo tam i z powrotem, szukając słów.
Rozwiedliśmy się wczoraj, ona wyprowadza się jutro w końcu wypluwa. Stoi pośrodku pokoju.
Zofia siada na krześle. Świat wokół niej się chwieje.
Co? tylko tak wypluwa.
Żeniłem się. Wczoraj podpisaliśmy akt. Jadwiga jutro wprowadza się tutaj.
Andrzeju, żartujesz?
Nie, mamo. To serio.
Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?
No po prostu tak spontanicznie.
Spontanicznie? Ślub spontaniczny? drży głos Zofii.
Mamo, nie zaczynaj. Jestem dorosły, sam podejmuję decyzje.
Nie widziałam tej jak się nazywa Jadwigi!
Zobaczysz jutro. To dobra osoba, spodoba ci się.
Zofia siedzi, nie mogąc ruszyć. Szok jest tak wielki, iż słowa topią się w gardle.
Mamo, powiedz coś siada Andrzej na kolana.
Co mam powiedzieć? Gratulować? A choćby nie dałaś mi znać!
Ostrzegam. Teraz.
Po tym, jak się rozwiodłem! To nie ostrzeżenie, to fakt!
Przepraszam, tak się stało.
Wstaje, idzie do swojego pokoju, zamyka drzwi. Siada na łóżku, opiera głowę w dłonie. Łzy spływają po policzkach, ale tłumi szloch.
Syn wziął ślub bez jej wiedzy, bez jej błogosławieństwa. Jutro przywiezie nieznajomą kobietę do domu, a ona ma się cieszyć?
Zofia nie śpi całą noc. Myśli, przewraca się, przeżywa. Kim jest ta Jadwiga? Dlaczego Andrzej tak pośpieszył? Może jest w ciąży?
Rano wstaje z ciężką głową i przekrwionymi oczami. Andrzej już w pracy, zostawił na kuchni karteczkę: Mamo, wrócimy wieczorem. Przygotuj coś na kolację. Kocham cię.
Kocham cię. Łatwo powiedzieć. A co z jej uczuciami? Co z jej zdaniem?
Zofia automatycznie zaczyna gotować. Gotuje barszcz, smaży kotlety, przygotowuje sałatkę. Ręce poruszają się same, a głowa pełna myśli.
Do wieczora myje podłogi, wyciera kurz, nakrywa stół. Dom jest czysty i przytulny, tylko w sercu drąży kot.
Około ósmej otwiera się drzwi. Zofia stoi w kuchni, wycierając ręce ręcznikiem. Serce bije tak, iż wydaje się, iż zaraz wyskoczy.
Mamo, jesteśmy w domu! głos Andrzeja jest wesoły, szczęśliwy.
Wychodzi na korytarz. Syn stoi z dziewczyną. Wysoka, szczupła, długie blond włosy, wyrazisty makijaż. Wygląda na około dwadzieścia pięć lat, nie więcej.
Mamo, to Jadwiga. Jadwiga, to moja mama, Zofia.
Dzień dobry dziewczyna podaje rękę, uśmiechając się.
Dzień dobry Zofia podaje zimną dłoń.
Jadwiga ma na sobie drogą skórzaną kurtkę, modne dżinsy, na szyi lśni złoty łańcuszek. Wygląda jak modelka z okładki magazynu.
Andrzeju mówiła, iż gotujesz obiad. Ależ miło! piszczy Jadwiga, zdejmując kurtkę.
Andrzeju. Zofia się marszczy. Nikt tak nie zwracał się do niej syna.
Proszę, wejdźcie do kuchni mówi chłodno.
Podczas kolacji Jadwiga gada bez przerwy, opowiada o weselu, o tym, jaki Andrzej jest wspaniały, jak jest szczęśliwa. Andrzej patrzy na nią zakochany, łapie każde słowo.
Zofia milcząco je barszcz, od czasu do czasu przytakuje. Nic jej nie podoba. Nie podoba się ta roztrzepana dziewczyna, nie podoba się, jak syn na nią patrzy, nie podoba się, iż wszystko stało się tak nagle.
Zofio, mogę cię tak nazywać mamą? pyta nagle Jadwiga, mrugając oczkami.
Jak chcesz odpowiada Zofia zimno.
Ojej, jak wspaniale! Nie mam już mamy, zmarła dawno. A teraz mam cudowną teściową!
Po kolacji Andrzej prowadzi żonę po mieszkaniu. Zofia zostaje sprzątać przy stole. Słyszy ich głosy, śmiech Jadwigi, kroki po pokojach.
To będzie nasza sypialnia mówi Andrzej.
A gdzie mama będzie spała? dopytuje się Jadwiga.
Jak gdzie? Ma własny pokój.
Aa, tak oczywiście.
Zofia zaciśnięła wargi. Czyżby Jadwiga myślała, iż odda mu swój pokój? Nie tak.
Wieczorem, gdy młodzi układają się w pokoju Andrzeja, Zofia kładzie się w swoim. Słyszy przez ścianę ich przytłumione głosy, śmiech. Czuje się samotna i gorzka.
Rano wstaje wcześnie, jak zawsze. Idzie do kuchni przygotować śniadanie. Jadwiga pojawia się po godzinie, ziewając i przeciągając się.
Dzień dobry, mamo! śpiewa.
Dzień dobry mruczy Zofia.
O, już robisz śniadanie? Jak miło!
Zawsze robię śniadanie.
Ja nie lubię rano jeść, tylko kawę.
Andrzej lubi obficie śniadać.
Nic, przyzwyczai się mówi Jadwiga, nalewając sobie kawę.
Zofia stoi przy kuchence, przewracając serniczki. przyzwyczai się. Widocznie dziewczyna planuje zmienić nawyki syna.
Andrzej przychodzi, siada przy stole. Zofia kładzie mu na talerz serniczki, wlewa herbatę.
Dziękuję, mamo uśmiecha się.
Andrzeju, naprawdę będziesz to jeść? Jadwiga marszczy nos. Tyle kalorii!
Zawsze tak jem.
Nie wiem, ja bym dbała o sylwetkę.
Andrzej patrzy najpierw na żonę, potem na matkę. Zofia odwraca się, by nie pokazać, jak boli.
Po śniadaniu Jadwiga zaczyna rozkładać rzeczy. Przyniosła trzy wielkie walizki, mnóstwo kartonów. Rozkłada w pokoju Andrzeja, wiesza w szafie.
Andrzeju, gdzie schowam kosmetyki? Tu mało miejsca!
Nie wiem, znajdziemy.
Może poprosimy mamę, żeby odsunęła półkę w łazience?
Zofia, przechodząc obok, zatrzymuje się.
W łazience nie ma wolnych półek.
Jak nie? wyjrzała Jadwiga. Tam jest cała szafka!
To moje rzeczy.
No to może trochę przesuniesz!
Nie mogę.
Jadwiga napina usta, patrzy rozgniewana na Andrzeja.
Mamo, proszę, odsunąć jedną półkę prosi syn.
Zofia milcząco wchodzi do łazienki, przestawia swoje pojemniki, zwalnia jedną półkę. Wraca do pokoju, zamyka drzwi.
Łzy znów dławią. Czuje się zbędna w własnym domu. Obca.
Mija tydzień. Jadwiga wprowadza się, układa rzeczy, przestawia meble, wiesza obrazy.
Zofio, a może przestawimy kanapę w salonie? proponuje. Będzie przytulniej!
Stała w tym miejscu dwadzieścia lat.
A co? Zmiany są dobre!
Nie potrzebuję zmian.
Proszę, niech Andrzeju powie mamie, iż tak będzie lepiej!
Andrzej krąży między żoną a matką, starając się wszystkim dogodzić. Kanapę w końcu przestawiają. Zofia nie mówi nic, tylko wraca do swojego pokoju.
Jadwiga nie lubi gotować. Przychodzi na gotowe, je, zostawia brudne naczynia. Zofia w ciszy sprząta po niej.
Mamo, jesteś taka gospodyni! zachwyca się Jadwiga. Ja wcale nie umiem gotować.
Mogę nauczyć się.
Po co? Przecież robisz to znakomicie!
Zofia rozumie, iż synowa po prostu wykorzystuje ją. Nie chce się męczyć, wolі wcale nie chce brać na siebie ciężaru.
Pewnego wieczoru zamierza iść do sklepu. Jadwiga leży na kanapie, ogląda telewizję.
Jadwigo, idź po chleb, proszę. Jest mi ciężko.
Och, Zofia, jestem zmęczona! Może poprosić Andrzeja?
Andrzej w pracy.
No to sama, zawsze tak robisz.
Zofia bierze torbę i wychodzi. Łzy znowu przytłaczają. Synowa choćby nie chce wyjść po zakupy dla niej.
Wraca wolno, wspina się po schodach. Ciężka torba ciągnie rękę, w piersi pulsuje ból. Zatrzymuje się na klatce, łapie oddech.
W domu Jadwiga dalej leży na kanapie. Andrzeja jeszcze nie ma.
Wróciłam! Co kupiłaś?
Zofia milcząco podchodzi do kuchni, zaczyna rozpakowywać zakupy. Dłonie drżą, serce wali.
Wieczorem przy kolacji Jadwiga ogłasza:
Andrzeju, zróbmy imprezę? Zaproszę przyjaciół!
Dobry pomysł cieszy się Andrzej.
Mamo, nie macie nic przeciw?
A kogo to obchodzi? zmęczona pyta Zofia.
Mamo, proszę! wtrąca się Jadwiga.
Kogo to obchodzi? Zofia podnosi głos.
Andrzeju, proszę, powiedz jej!
Andrzej patrzy najpierw na matkę, potem na żonę.
Mamo, proszę. Chcemy uczcić nasz ślub z przyjaciółmi.
Ślub był miesiąc temu.
I co? Lepiej późno niż nigdy!
Zofia wstaje od stołu.
Róbcie, co chcecie. Ja pójdę do sąsiadki.
Impreza odbywa się w sobotę. Jadwiga zaprasza dziesięcioro młodych, hałaśliwych ludzi. Przynoszą butelki, włączają głośną muzykę.
Zofia idzie do Walentyny Iwanowej. Siedzi przy niej do późna, pije herbatę, narzeka.
Och, Zosiu, to klasyka! kiwa głową Walentyna. Młode żony zawsze wytrącają teściowo!
Nie przeszkadzam im!
Ty jesteś ich przeszkodą samą. Potrzebują swojego miejsca, żeby czuć się właścicielkami.
To moje mieszkanie!
Więc broń go. Inaczej cię przytłoczą.
ZofiaZofia odwróciła się, zamknęła drzwi i w ciszy swojego małego pokoju postanowiła, iż najważniejsze jest zachować własny spokój.













