Wczoraj rzuciłem pracę, żeby ratować moje małżeństwo. A dziś nie wiem, czy nie straciłem obydwu.

newsempire24.com 15 godzin temu

Wczoraj rzuciłem pracę, żeby spróbować uratować moje małżeństwo. A dziś nie jestem pewien, czy nie straciłem obu tych rzeczy.

Pracowałem w tej firmie prawie osiem lat. Zatrudniłem się tam niedługo po ślubie i przez długi czas to miejsce oznaczało dla mnie poczucie bezpieczeństwa stała pensja, jasne obowiązki, możliwość planowania przyszłości. Żona zawsze wiedziała, jak ważna jest dla mnie ta praca. choćby rozmawialiśmy o kupnie mieszkania w Warszawie za oszczędności, które udało nam się odłożyć właśnie dzięki tej pracy. Nigdy nie przypuszczałem, iż to właśnie w tym miejscu popełnię błąd, który doprowadzi nas do takiego kryzysu.

Kobieta, z którą zdradziłem żonę, pojawiła się w biurze jakieś pół roku temu. Początkowo niczym nie wyróżniała się spośród innych. Siadała blisko mnie, pytała o różne sprawy związane z obowiązkami, prosiła o pomoc, bo dopiero zaczynała. Z czasem zaczęliśmy razem chodzić na lunch najpierw w większej grupie, potem tylko we dwoje. Zaczęła się zwierzać, opowiadała o problemach ze swoim partnerem, o kłótniach, o swojej niepewności. Wysłuchiwałem jej coraz częściej. Zacząłem kasować wiadomości na wszelki wypadek, wyciszałem telefon, kiedy wracałem do domu do Joanny, tłumaczyłem się, iż spotkania się przeciągają.

Zdrada wydarzyła się zupełnie przypadkowo, po tym jak zostaliśmy dłużej w pracy. Nie planowałem tego, nie było w tym nic romantycznego, ale działałem świadomie. Wiedziałem, iż robię źle. Tego wieczoru wróciłem do domu i pocałowałem żonę jak zwykle. To dzisiaj najbardziej mnie boli.

Joanna dowiedziała się dopiero po kilku tygodniach. Leżeliśmy już w łóżku, gdy wzięła mój telefon, żeby poszukać jakiegoś numeru, i zobaczyła wiadomości, które nie były zwyczajne. Zapytała wprost, a ja nie byłem w stanie nic powiedzieć. Zamilkła na kilka minut, po czym poprosiła, żebym wszystko jej dokładnie opowiedział. Opowiedziałem. Tamtej nocy nie spaliśmy razem.

Przez następne dni atmosfera w naszym mieszkaniu była ciężka. Joanna zadawała bardzo konkretne pytania gdzie, kiedy, ile razy, czy wciąż się widujemy. Odpowiadałem szczerze na wszystko. W końcu usłyszałem coś, czego nie zapomnę nigdy:
Nie wiem, czy będę w stanie ci wybaczyć, ale wiem, iż nie wytrzymam myśli, iż codziennie widujesz się z nią w pracy.

Wtedy pojawił się temat mojej pracy.

Jej ultimatum było jasne. Powiedziała, iż mnie nie zmusza, ale ona potrzebuje czuć się bezpiecznie. Dopóki będę pojawiał się w tym biurze, ona nie będzie w stanie ruszyć dalej. Dała mi wybór: odchodzę, albo godzę się z tym, iż ona odejdzie. Nie krzyczała, nie płakała. To bolało jeszcze mocniej.

Przez kilka nocy nie spałem. Liczyłem wydatki, oszczędności, zobowiązania, rachunki. Wiedziałem, iż odejście oznacza natychmiastowy brak dochodu. Ale wiedziałem też, iż jeżeli tego nie zrobię, związek się rozpadnie. Wczoraj poszedłem do przełożonego, złożyłem wypowiedzenie i wyszedłem z firmy z dziwnym uczuciem ulgi i strachu jednocześnie.

Wróciłem do domu i powiedziałem Joannie. Myślałem, iż to ją chociaż trochę uspokoi. Powiedziała, iż docenia ten gest, ale to nie znaczy, iż wszystko już będzie dobrze. Jeszcze nie wie, czy zdoła mi znowu zaufać. Potrzebuje czasu. Niczego mi nie obiecała.

Dzisiaj jestem bez pracy i z małżeństwem na pauzie.
Nie wiem, czy po prostu straciłem pracę…
czy właśnie tracę żonę.

Idź do oryginalnego materiału