Nazywam się Dariusz Wolak, mam czterdzieści jeden lat i prowadzę warsztat lakierniczy na Targówku. Opowiem to ze swojej strony, bo wiem, jak to wygląda u teściowej — pewnie jak zawsze: zięć niewdzięczny, zięć chciwy. A ja po prostu chciałem przetrwać ten rok.
Zacznę od tego, iż warsztat przy Radzymińskiej odziedziczyłem po ojcu, nie po teściu, wbrew temu, co mówi się na rodzinnych obiadach. Teściowa, Krystyna Baran, lubi powtarzać przy każdej okazji, iż to ona z mężem „postawili mnie na nogi", iż bez ich pożyczki na lakiernię bym zbankrotował w pierwszym roku. Fakt, pożyczyli mi trzydzieści pięć tysięcy złotych jedenaście lat temu, kiedy brałem warsztat po ojcu i trzeba było zrobić kabinę lakierniczą od zera. Oddałem im wszystko w ciągu trzech lat, z odsetkami wyższymi niż w banku, bo teściowa tak chciała — „żeby było sprawiedliwie". Od tamtej pory jestem w tej rodzinie dłużnikiem na zawsze, niezależnie od tego, co zrobię.
Moja żona, Beata, umarła szesnaście miesięcy temu. Rak trzustki, siedem miesięcy od diagnozy do końca. Mam dwoje dzieci — Olę, trzynaście lat, i Kubę, dziewięć. Krystyna wprowadziła się do nas trzy tygodnie po pogrzebie, bez pytania, z dwiema walizkami i psem. Powiedziała, iż dzieci potrzebują babci, iż sam nie poradzę. Może miała rację. Ale nikt nie zapytał, czy ja tego chcę.
Przez rok mieszkaliśmy razem w moim domu w Markach. Ona gotowała, odbierała dzieci ze szkoły, a przy każdej okazji przypominała, iż to ona teraz „trzyma ten dom". Zacząłem zauważać drobne rzeczy — nie krzyki, nie żadne wielkie sceny, tylko to, iż zdjęcie Beaty ze stolika w salonie zniknęło, a na jego miejscu stanęła figurka Matki Boskiej. Że moje klucze od warsztatu leżą czasem nie tam, gdzie je kładę. Że na mój telefon przychodzi SMS z banku o „zapytaniu kredytowym", którego nie robiłem.
Dopiero w marcu zrozumiałem, co się dzieje. Zadzwonił do mnie Zenon, księgowy, z którym pracuję od lat, i zapytał, czy wiem, iż ktoś próbował złożyć w moim imieniu wniosek o pełnomocnictwo do konta firmowego warsztatu. Nie wiedziałem. Pojechałem do banku w Markach, na rogu Al. Marszałka Józefa Piłsudskiego, i okazało się, iż ktoś miał moje dane, mój PESEL, choćby kopię dowodu — a to się nie robi samo. Dowód leżał w szufladzie w moim biurku. Krystyna miała dostęp do całego domu.
Nie zrobiłem awantury. Wróciłem do domu, usiadłem przy kuchennym stole — tym samym, przy którym Beata uczyła Olę robić naleśniki — i zapytałem Krystynę prosto: czy to ona próbowała przejąć konto warsztatu. Odparła, iż „to się i tak kiedyś do niej wróci", bo to ona pożyczyła pieniądze jedenaście lat temu i ma prawo do „udziału w tym, co wyrosło z jej pracy". Jakby te trzydzieści pięć tysięcy, spłacone z odsetkami w dwa tysiące piętnastym roku, dawały jej prawo do firmy, w której pracuję dwanaście godzin dziennie od poniedziałku do soboty.
Powiedziałem, iż to koniec rozmowy, i iż chcę, żeby wyprowadziła się do końca miesiąca. Krzyknęła, iż to ona wychowuje moje dzieci, iż bez niej Ola zostałaby sama po szkole, iż jestem niewdzięcznikiem jak cała rodzina ojca. Kuba stał w drzwiach kuchni z plecakiem, bo właśnie wrócił z treningu piłki manualnej, i słyszał wszystko. Zapytał tylko: „Tato, babcia wyjedzie?"
Tej nocy siedziałem w garażu, między dwoma autami do lakierowania, przecierałem szmatką ten sam fragment błotnika w kółko i myślałem o tym, iż Beata nigdy by nie chciała, żeby jej matka zabrała mi to, co zbudowałem z ojcem. Następnego dnia zadzwoniłem do notariusza, pana Grabowskiego, z którym robiłem akt warsztatu po śmierci ojca, i umówiłem się na spotkanie na dziewiątą rano.
Przyszedłem z teczką dokumentów — aktem własności, umową pożyczki z dwa tysiące piętnastego roku ze stemplem spłaty, wydrukiem z banku o próbie nieautoryzowanego pełnomocnictwa. Notariusz sporządził oświadczenie, iż warsztat przy Radzymińskiej jest moją wyłączną własnością, odziedziczoną po ojcu, nieobciążoną żadnym udziałem osób trzecich, i iż wszelkie roszczenia wynikające z pożyczki z dwa tysiące piętnastego roku zostały spłacone w całości, co potwierdza przedłożone potwierdzenie przelewu. Zgłosiłem też do banku w Markach próbę wyłudzenia pełnomocnictwa — pracownik banku, pani Iwona, powiedziała, iż zrobi wewnętrzną notatkę i zgłosi to do działu bezpieczeństwa, bo przy kolejnej takiej próbie to już będzie sprawa dla prokuratury.
Wróciłem do domu z tą teczką w ręku. Krystyna stała w kuchni, krojąc chleb na kolację, jakby nic się nie wydarzyło. Położyłem teczkę na stole, między deską do chleba i solniczką, i powiedziałem, iż od dziś mam notarialne oświadczenie, iż warsztat jest mój, bez żadnych „udziałów" i iż bank wie o próbie przejęcia konta na moje nazwisko. Dodałem, iż mieszkanie w Markach jest moje po Beacie, i iż ma czas do końca miesiąca, żeby znaleźć sobie inne lokum — mogę jej pomóc opłacić pierwszy miesiąc wynajmu, ale mieszkać pod jednym dachem już nie będziemy.
Nie krzyczała. Odłożyła nóż, usiadła i zapytała, co będzie z dziećmi, kto je odbierze ze szkoły. Powiedziałem, iż to już moja sprawa, iż znalazłem opiekunkę, panią Hankę, sąsiadkę z naszej ulicy, która będzie przychodzić po południu, i iż dzieci mogą ją odwiedzać, kiedy chcą — jako babcię, nie jako kogoś, kto mieszka w moim domu i próbuje za moimi plecami podpiąć się pod konto firmowe.
Trzy tygodnie później Krystyna wyprowadziła się do kawalerki w Wołominie, którą wynajęła za tysiąc sto złotych miesięcznie, ja dopłaciłem jej pierwszy czynsz, tak jak obiecałem. Ola odwiedza ją w niedziele, Kuba czasem jedzie ze mną po drodze na trening. Krystyna nigdy nie przyznała, iż to ona próbowała złożyć ten wniosek w banku. Ale odkąd teczka z aktem leżała na stole między nami, więcej nikt nie wspominał o „udziałach" ani o tym, co komu się „wróci". Wieczorem, kiedy wracam z warsztatu i mija mnie sąsiad z psem na Al. Piłsudskiego, czasem myślę, iż Beata by się ze mnie śmiała, iż tak długo zwlekałem z tą rozmową przy kuchennym stole — a wystarczyło jedno spotkanie u notariusza i jedna teczka dokumentów, żeby wszystko było jasne.

















