Cztery dni do Wigilii, a Kasia Wrzosek wróciła z apteki z workiem prezentów i zastała w przedpokoju walizkę na kółkach — tę samą, z którą jeździli do Zakopanego. Bartek stał przy szafie i wyjmował swoje koszule, jedną po drugiej, jakby pakował się na wyjazd służbowy.
— Wyjeżdżasz gdzieś? — spytała, stawiając reklamówkę z mandarynkami na komodzie.
— Wyprowadzam się — odpowiedział, nie odwracając się.
— Bartek, to nie jest śmieszne. Cztery dni do świąt, a ty pakujesz walizkę?
— Ja się nie śmieję, Kasiu. — Złożył koszulę w kostkę i wcisnął ją do walizki. — Nie masz przypadkiem mojego dowodu? Chyba zostawiłem go w szufladzie od twojej strony łóżka.
— Jest w drugiej szufladzie, przy paragonach. — Głos jej się łamał. — Powiesz mi w końcu, co się stało?
— Spotkałem Monikę. Pamiętasz, mówiłem ci, mieszkaliśmy kiedyś na tej samej klatce w Krośnie, chodziliśmy razem do liceum.
— No i?
— Wpadliśmy na siebie w galerii, poszliśmy na kawę do tej kawiarni obok McDonald'a, pogadaliśmy. I zrozumiałem, iż to zawsze była ona.
Torebka z pierniczkami wypadła jej z ręki na podłogę, kilka pękło na pół.
— Czternaście miesięcy razem, Bartek. Mieliśmy iść w styczniu do notariusza w sprawie mieszkania.
— Wiem. Ale z tobą było mi… dobrze. A ją kocham. Od zawsze.
Zasunął suwak walizki, wciągnął kurtkę, sprawdził kieszeń, czy ma klucze od samochodu — i wyszedł, zamykając drzwi na klucz z zewnątrz, mimo iż to ona płaciła połowę czynszu za to mieszkanie na Woli.
Kasia osunęła się po framudze na podłogę korytarza. Za oknem ktoś odpalał petardy, chociaż do sylwestra było jeszcze daleko, i ten huk wydawał się teraz obraźliwy, nie na miejscu. Siedziała tak dobre pół godziny, zanim doczołgała się do sypialni i zwinęła w kłębek na kołdrze, która jeszcze pachniała jego perfumami.
Rano nie wstała do pracy. Zadzwoniła do kierowniczki apteki, powiedziała coś o grypie, wyłączyła telefon i cały dzień leżała, wpatrując się w zdjęcie z Chorwacji stojące na półce — oboje opaleni, on z lodami w ręku, ona się śmieje. To było lato, kiedy naprawdę uwierzyła, iż to na dobre.
Wieczorem, wbrew sobie, otworzyła laptopa i weszła na jego Facebooka. Nowe zdjęcia sprzed dwóch godzin: on i kobieta o rudych włosach, przytuleni na tle iluminacji na Rynku. Pod spodem komentarz od jakiejś ciotki: „Ale piękna para, szkoda iż tyle lat minęło zanim się znaleźliście".
Zamknęła laptopa z takim impetem, iż klapa aż stuknęła o klawiaturę.
Trzeciego dnia rano do drzwi zaczęła dobijać się jej przyjaciółka Ola, z torbą pełną maminej szarlotki i butelką wina.
— Otwieraj, bo dzwonię po klucze do administracji! — krzyczała przez drzwi.
Kasia otworzyła w piżamie, z workami pod oczami.
— Żyjesz. — Ola wpadła do środka i od razu zaczęła stawiać rzeczy na blacie w kuchni. — Telefon wyłączony, na wiadomości cisza. Myślałam najgorsze.
— Bartek mnie zostawił.
— Co? — Ola zatrzymała się z nożem w połowie kroiła szarlotkę. — Dla kogo?
— Dla jakiejś Moniki z liceum. Podobno kochał ją całe życie.
— To dlaczego, kurwa, przez rok mieszkał z tobą? — Ola usiadła obok niej przy stole, odłożyła nóż. — Pokaż mi ją. Musisz mieć jej zdjęcie gdzieś.
Kasia otworzyła telefon, znalazła profil Moniki — sprzedawczyni w salonie kosmetycznym na Pradze, zdjęcia głównie z solarium i jednym kotem imieniem Fasolka.
— No i tyle. — Ola oddała telefon. — Nic specjalnego. Zwykła, jak każda inna.
— Właśnie o to chodzi. Nic w niej nie ma, czego ja bym nie miała. — Kasia potarła oczy dłonią, aż zabolało. — Więc dlaczego to ona, a nie ja?
Przez tydzień świąt Kasia funkcjonowała jak automat: praca, dom, telewizor włączony bez dźwięku, żeby coś mówiło w mieszkaniu. Rodzicom powiedziała, iż nie przyjedzie do Krosna na Wigilię, bo ma dyżur w aptece — skłamała, bo nie miała siły tłumaczyć wszystkiego przez telefon i słuchać, jak matka wzdycha.
Dwudziestego siódmego grudnia zadzwonił telefon. Numer nieznany.
— Kasiu, to ja, Bartek. — Głos brzmiał inaczej niż wtedy, kiedy pakował walizkę. Cichszy, bardziej ściśnięty. — Mogę wpaść? Muszę ci coś powiedzieć.
Przyszedł godzinę później, bez walizki, w tej samej kurtce. Usiadł na brzegu kanapy, jakby to nie było jego mieszkanie przez ostatni rok.
— Monika mnie wyrzuciła — powiedział wprost. — Okazało się, iż ma faceta, z którym była przez cały ten czas, ja byłem tylko… rozrywką na boku, zanim wróci do niego na dobre. Wrócił do niej po świętach.
Kasia patrzyła na niego i czekała, aż poczuje coś — złość, ulgę, cokolwiek. Poczuła tylko, iż jej ręce są zimne.
— I co, przyszedłeś się wprowadzić z powrotem?
— Chciałbym spróbować jeszcze raz. Rok to nie jest mało, Kasiu. Może to był tylko taki… moment słabości.
— Moment słabości trwał czternaście dni, Bartek, licząc od dnia, w którym wyniosłeś walizkę na klatkę.
— Kasiu, no…
— Nie. — Wstała, poszła do przedpokoju, wzięła z wieszaka jego szalik, który tam wisiał, wetknęła mu do rąk. — Umowa najmu jest na mnie, płaciłam ją sama od trzynastego. Twoje rzeczy, te które zostały, są w pudle w komórce lokatorskiej na dole, numer siedemnaście. Klucz do komórki masz nadal, oddasz go administracji, jak zabierzesz pudło.
— To wszystko? Tak po prostu?
— Tak po prostu. — Otworzyła mu drzwi. — Ja z tobą nie idę do notariusza, nie planuję z tobą stycznia ani żadnego innego miesiąca. Weź swój szalik i idź.
Zamknęła za nim drzwi na klucz, ten sam zamek, który on kiedyś zatrzasnął jej przed nosem, wychodząc z walizką na kółkach. Potem wróciła do kuchni, gdzie na blacie stała jeszcze nietknięta szarlotka od mamy Oli, odkroiła sobie spory kawałek, nalała kawy i usiadła przy oknie, patrząc, jak na dole, przy śmietnikach, Bartek stoi z pudłem w rękach i nie wie, w którą stronę pójść.












