Dziennik, 12 listopada
Wszystko zaczęło się rano, kiedy spieszyłem się do pracy i w połowie drogi na przystanek zorientowałem się, iż zostawiłem telefon w domu. Westchnąłem ciężko i postanowiłem wrócić po zgubę. Po drodze do mieszkania, wsiadłem do windy, a ta jak na złość zatrzymała się pomiędzy ósmym a dziewiątym piętrem.
Krępująca cisza w niewielkiej kabinie przybrała inny wydźwięk, gdy nagle usłyszałem znajomy głos na korytarzu. To był głos mojej żony, Wiesławy. Nie była jednak sama. Towarzyszył jej Ziemowit z sąsiedztwa, o którym dotąd myślałem z szacunkiem.
Wiesiunia, kochanie moje mówił cicho Ziemowit. Nie mogę się już doczekać, aż znów będziemy razem.
Dziś wieczorem, jak zawsze odpowiedziała moja żona. Po dziesiątej czekam na ciebie.
Twój mąż znowu idzie na nocną?
Przez cały tydzień zmiana nocna dodała, szepcząc z uczuciem. Wyjdzie zaraz po dziewiątej, wróci dopiero rano. Musimy się spieszyć.
Głos Ziemowita wyrażał lekkie zniecierpliwienie: Czemu ta winda tak długo stoi?
Parę minut rozmawiali, narzekając na windę i snując plany na wieczór, aż w końcu, zorientowawszy się, iż urządzenie utknęło, zeszli schodami na dół. Słów, które usłyszałem, wystarczyło, żebym zrozumiał wszystko. W rozmowie pojawiło się moje imię i nazwisko oraz adres, nie było już żadnych złudzeń Wiesława przyprawiała mi rogi z sąsiadem z ósmego piętra.
Usiadłem ciężko na podłodze windy. Krew pulsowała mi w skroniach. Tak więc oto dlaczego wieczorami lubiła wychodzić po świeże powietrze, albo zostawała na dłuższy spacer.
Winda w końcu została naprawiona, a ja, oprócz telefonu, miałem już gotowy plan działania. Nie zamierzałem się mścić, ale postanowiłem, iż Wiesława mnie zapamięta.
Wieczorem, tuż przed dziesiątą, usłyszałem od żony, iż idzie na spacer, choć na dworze lał deszcz.
Wiesiunia, taki deszcz leje, nie idź nigdzie powiedziałem.
Muszę się przejść, ruch dobrze mi zrobi, a na balkonie nie pochodzę odpowiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Wezmę parasolkę, nie zmoknę.
Jak chcesz, ale uważaj na siebie mruknąłem, choć byłem już pewny, dokąd się wybiera.
Ledwie pół godziny później zaprzyjaźniony sąsiad zadzwonił do mnie, uprzedzając, iż ktoś anonimowy powiadomił męża Zofii tej od Ziemowita o jej spotkaniach z Ziemowitem. W domu rozległo się pukanie. Otworzyłem drzwi na łańcuch.
Wiesia, gdzie twoja parasolka, płaszcz i kozaki? spytałem z udawanym spokojem.
Zabrali mi wszystko na ulicy odpowiedziała na prędce, próbując wejść do środka. Dwóch facetów! Zostałam w samej koszuli.
Swoje rzeczy zbierzesz przy zsypie. Pozdrów Ziemowita.
Jaki Ziemowit?
Ten z ósmego piętra rzuciłem i zamknąłem drzwi, po czym usiadłem przed telewizorem.
Dobrze, iż dzieci już wyfrunęły z domu pomyślałem. Nie muszą patrzeć na ten wstyd.
Na zsypie, jak jej powiedziałem, Wiesława znalazła spakowaną walizkę z resztą swoich ubrań. Chwilę później wyszła z bloku chyba do rodziców, bo w telefonie miała wszystkie kontakty.
Los zadrwił ze mnie jeszcze raz tej nocy. Chcąc ponownie wejść do mieszkania po zapomniany portfel, utknąłem w tej samej windzie. Okazało się, iż w całym bloku nie było prądu taka typowa warszawska przygoda.
Kiedy już się wydostałem, był świt i nie miałem kluczy. Zszedłem schodami na dół i na ósmym piętrze spotkałem Ziemowita, również z walizką, czekającego na windę.
Masz mój telefon? spytałem obojętnie.
Tak i twoje rzeczy odpowiedział nieco przestraszony.
Staliśmy obok siebie, mijając się spojrzeniem bez słowa. Winda akurat ruszyła. Zjechaliśmy razem, a potem każde z nas pojechało w swoją stronę on zamówił taksówkę, ja wróciłem do swojego starego życia, bogatszy o gorzką lekcję.
Może zabrzmi to banalnie, ale z tej przygody wyniosłem coś ważnego: Zaufanie jest jak szkło można je raz zbić, ale nigdy nie złoży się w całość tak samo, choćby jeżeli bardzo się tego chce.











