Rozdział 6: To tylko pocałunki / MonikaSK

publixo.com 1 godzina temu

Rozdział 6
Nic nie znaczące pocałunki



Czerwone Ferrari Purosangue sunie przez opustoszałe, oblodzone ulice przemysłowej dzielnicy. Silnik mruczy nisko, tłumiąc ciszę mroźnej nocy. Latarnie są tu rzadkie, a ich żółte światło ledwo odcina zarysy zardzewiałych bram i betonowych ścian z graffiti. Przy jednym z murów stoi kilku ludzi w czapkach i kapturach, opartych o starego vana, patrzą na przejeżdżające Ferrari z mieszaniną ciekawości i uznania. Auto skręca w wąską, dziurawą drogę między dwoma halami. Opony chrzęszczą po zmarzniętym żwirze. Z przodu majaczy masywna, opuszczona brama wjazdowa z wytartym jakimś napisem, ledwo widocznym spod warstwy rdzy i plakatów po starych wydarzeniach. Za bramą widać ciemny plac, a dalej — hangar. Z jego wnętrza przebija się czerwono-fioletowa poświata i pulsujący bas, który czuć w klatce piersiowej jeszcze zanim wysiądą z auta. Przed wejściem do hangaru tworzy się krótka kolejka. Zimne grudniowe powietrze wgryza się w policzki, a stroboskop z wnętrza co chwilę rozświetla sylwetki czekających. Większość trzyma ręce w kieszeniach, niektórzy palą papierosy, inni wpatrują się w telefony. Przy samych drzwiach stoi dwóch ochroniarzy, jeden z nich zbiera opłaty.
– Pięćdziesiąt funtów, wejście na całą noc – mówi do pary przed nimi.
Ville i Thomas choćby się nie zatrzymują. Jeden z ochroniarzy uśmiecha się porozumiewawczo i odsuwa barierkę. Mężczyzna od opłat skinieniem głowy daje znać, iż mogą przejść. Rose, idąc za nimi, kątem oka widzi, jak chłopak w kolejce obok wręcza banknot i dostaje krótki uścisk dłoni, jakby był to rodzaj biletu wstępu.
– Razem z moim Dj–em na takich imprezach jesteśmy VIP – mówi Ville biorąc ją za rękę.
Kiedy wchodzą do wąskiego, ciemnego korytarza, uderza ich fala ciepła, dymu i kolorowego światła. Przez chwilę mrużą oczy, bo po zimnej, cichej nocy nagle trafiają w sam środek chaosu, setki ludzi poruszających się w rytmie muzyki, czerwone i fioletowe błyski stroboskopów, projekcje wirujących kształtów na ścianach hangaru.
Znajomy DJ stoi na podwyższeniu zrobionym z europalet, pochylony nad mikserem i laptopem, jego ręce poruszają się szybko, jakby od tego zależało całe istnienie tego miejsca. Rose chłonie każdy szczegół: pstrokaty tatuaż na karku dziewczyny tańczącej przed nią, błysk srebrnych łańcuchów w świetle lampy, nagłe wybuchy śmiechu wśród ludzi wyglądających na takich co znają się od lat. Czuje się, jakby wpadła do innego świata, odciętego od rzeczywistości. Obok niej Libertyn i Thomas patrzą przed siebie spokojnie, bez śladu zdziwienia. Ich twarze zdradzają, iż to dla nich dobrze znany krajobraz, znajome dźwięki, znajome twarze, znajomy zapachy. Nagle do chłopców podbiega kilka dziewczyn, Rose kojarzy dwie z nich z imprezy deskorolkowej. Ville nie puszczając jej ręki wita się z nimi pocałunkiem, ale nie w policzek, każdą całuje w usta, a jedną po francusku, Thomas zachowuje się podobnie. Dwie dziewczyny uśmiechają się do Rose, ale gdy widzą, iż Ville trzyma ją za rękę ich uśmiechy zamieniają się raczej w grymas, bo najwyraźniej Libertyn już wybrał partnerkę z którą spędzi noc.
Thomas też nie próżnuje, szepcze coś do ucha dziewczynie obok, obejmuje ją w talii i rusza z nią na parkiet. Ville i Rose zostają jeszcze chwilę.
– Trzymamy się razem, wiele tu ponętnych dziewczyn ale… dziś jestem twój. Po czym gwałtownie się prostuje – oczywiście w sensie przyjacielskim, muszę cię pilnować, jesteś ,,świeżakiem’’. No wiesz, jestem ojcem i jestem odpowiedzialny.
Rose przytakuje próbując zachować powagę i już po chwili idą razem na parkiet. Z głośników płynie wolniejszy sample w rytmie house, gładki, ale wciąż pulsujący energią. Ville porusza się swobodnie, pewnie; od najmłodszych lat jest związany z tańcem i choć nie akceptuje sztywnej, wyuczonej choreografii, na parkiecie czuje się jak w domu. Jego biodra poruszają się w płynnych, naturalnych ruchach, ramiona prowadzą Rose lekko, jakby taniec był przedłużeniem rozmowy. Ona jako zawodowa tancerka latino, wciąż ma w ciele pamięć setek godzin spędzonych na sali. Jej ruchy są precyzyjne, ale miękkie, pełne pewności i swobody. W jednej chwili dopasowuje się do tempa Villego, w drugiej przejmuje inicjatywę, prowokując go krótkimi, obrotowymi figurami testując jego refleks. Ludzie obok tańczą w swoim rytmie, ale ta dwójka wyróżnia się od pierwszych taktów — nie tylko techniką, ale tym, jak patrzą na siebie i prowadzą niewidzialny dialog. On naciska lekko dłoń na jej plecach, ona odpowiada subtelnym przesunięciem ciężaru ciała. Rytm staje się ich wspólnym językiem, a parkiet na chwilę kurczy się tylko do nich dwojga. Po kilku utworach Ville pociąga Rose za rękę i prowadzi do prowizorycznego baru. Człowiek stojący za ladą tylko się uśmiecha i bez słowa podaje Libertynowi cytrynową lemoniadę. Następnie zerka na jego towarzyszkę.
– Czego się napijesz? – pyta z lekkim uśmiechem, przenosząc wzrok to na nią, to na Villego.
– To samo, proszę – rzuca bez namysłu.
Oboje z lemoniadą w rękach siadają przy blacie z europalet.
– No, no, panienko Rose, powiem tak: dawno mi się tak dobrze z nikim nie tańcowało. Albo mnie depczą, albo chcą się od razu całować. Przecież nie jestem jakimś robotem, prawda?
Ona wybucha śmiechem, o mało co nie krztusząc się napojem. Teatralność i mimika Libertyna, gdy krytykuje samego siebie lub opowiada o czymś mniej poważnym, są tak przesadne i barwne, iż trudno się nie roześmiać. Zdziwiona mina, podniesiona brew, wzrok błądzący po otoczeniu — wszystko to widziała już wcześniej, mieszkając w pałacu.
– Też świetnie się ruszasz. Faktycznie, jesteś wirtuozem parkietu – mówi wesoło.
Chłopak uśmiecha się zawadiacko po czym nachyla się lekko, patrząc jej w oczy.
– Czy uważasz, iż przyjaciele mogą się całować? Lubię to i całuję się z każdym, kto też tego chce.
Rose teatralnie zaciska usta. Tak, zna ,,całuśnego’’ Villego; dla niego nie ma znaczenia, czy to dziewczyna, chłopak, a czasem choćby dwie osoby naraz. Widziała już to i owo. I choć bardzo tego pragnie, ma jeszcze pewne wątpliwości.
– Mieliśmy być przyjaciółmi, to trochę dziwne...
– Thomas jest moim emocjonalnym chłopakiem i przyjacielem, no i całujemy się. No wiesz, bardzo sobie to chwalę.
Rose uśmiecha się i, nie czekając na to, co powie dalej Libertyn, sama pochyla się do pocałunku. Gdy ich usta stykają się, on przejmuje kontrolę. Robi to tak naturalnie, jakby pocałunek był czymś, co od zawsze im się należało, jego wargi miękkie, ruchy pewne, tempo idealne. Rose bez wahania podąża za nim, starając się odwzajemnić ten taniec gestów i oddechu. Ville całuje jak wtedy, w jego biurze, zanim podpisał jej umowę o pracę. Tamten pocałunek trwał dokładnie sześćdziesiąt sekund, liczonych z zegarkiem w ręku. Teraz nie chce odliczać czasu. Teraz chce dłużej. I dostaje to, czego pragnie. Bas dudni niczym echo serca, światło stroboskopów rozcina mrok, rozświetlając ich twarze na ułamek sekundy. Są w tłumie, a jednak w swoim własnym, zamkniętym świecie. Ville co chwilę zmienia rytm pocałunku, raz głęboki, powolny, z długimi zatrzymaniami, raz szybki, prawie zachłanny, jakby testował jej reakcje. Czas przestaje istnieć. Minuty zlewają się w ciąg pulsującej muzyki, fal ciepła z tłumu i krótkich wdechów między kolejnymi dotknięciami ust. Rose wie, iż wokół nich są dziesiątki dziewczyn, które chętnie zajęłyby jej miejsce, ale w tym momencie to nie ma znaczenia. On całuje ją — długo, intensywnie i precyzyjnie, aż nagle ktoś kładzie jej dłoń na ramieniu. Odruchowo odrywają się od siebie i spoglądają w bok. Przed nimi stoją Emma i Robert. Rob szczerzy się od ucha do ucha, a Emma, z uniesionymi brwiami, rozkłada ręce w teatralnym geście niedowierzania.
– Koleżanko, rozkręcasz się, zaczynam być… zazdrosna.
Dziewczyna bierze głębszy oddech, bo czuje, iż po tym całym całowaniu lekko kręci jej się w głowie — i nic dziwnego, to nie była minuta czy dwie i Rose zaraz się o tym dowie. Kiedy odzyskuje równowagę, uśmiecha się do niej, wzrusza ramionami i rzuca od niechcenia:
– To był przyjacielski pocałunek, jeden z setek twojego braciszka.
Emma wybucha śmiechem.
– Dziesięć minut non stop? Nieźle. Ale okej, my, Rianowie, jesteśmy ,,całuśni’’, to fakt. Nie wnikam.
Robert z uśmiechem na twarzy wciąż stoi obok, patrząc na przyjaciela z miną, jakby zobaczył rekord Guinnessa. Emma chwyta Rose za rękę i bez słowa ciągnie ją w stronę parkietu.
Mina Libertyna mówi jasno – nie jest tym faktem zachwycony. Mimo to wykonuje gest dłonią, co oznacza: „Idź”, choć w oczach ma niemal teatralną dezaprobatę. Zostaje wciąż szczerzącym się Robem. Libertyn patrzy na niego przez chwilę, po czym kręci głową z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy przyjaciel się czegoś naćpał, czy po prostu ma jakiś problem.
Emma, która też świetnie tańczy, nie ma żadnych oporów przed Rose. Dziewczyny gwałtownie łapią wspólny rytm, a Emma przyciąga ją od tyłu do siebie, delikatnie muskając dłonią jej szyję, ona nie oponuje i ręką dotyka jej włosów. Ville patrzy na to z wyraźną niechęcią próbując powstrzymać się od komentarza. Robert zerka na niego z rozbawieniem.
– Nie bądź taki zazdrosny, to tylko twoja przyjaciółka.
Ville jedynie potakuje, w myślach przyznając rację koledze, bo sam pocałunek sprzed chwili był już lekkim przegięciem. Postanawia więc zająć się czymś innym. Gdy dostrzega znajomą dziewczynę, uśmiecha się do niej, chwyta ją za rękę i prowadzi na parkiet. Kilka chwil później również ją całuje — z wprawą i pewnością — choć w głowie kołacze mu myśl: to już nie jest to samo, ale może być.
Robert w międzyczasie łapie spojrzenie innej dziewczyny. Ona podchodzi bez wahania, a on obejmuje ją w talii i obydwoje zaczynają tańczyć. Tuż obok Emmy i Rose pojawia się Thomas ze znajomą z początku imprezy. Zatrzymuje się na moment, przyglądając się przytulonym w tańcu dziewczynom z lekkim niedowierzaniem. Potem spogląda na Libertyna, obściskującego się z jakąś laską, który co chwila zerka w stronę Rose. Gdy Thomas łapie kontakt wzrokowy z przyjacielem, posyła mu całusa, co w ich języku znaczy, jedno. Ville odrywa się od swojej partnerki, przemieszcza w stronę DJ–a i coś mu tłumaczy, już po chwili muzyka zmienia się nie do poznania. Zamiast czegoś lekkiego zaczyna dudnić głęboki bas, linia rytmu przechodzi przez ciała niczym fala uderzeniowa. Światło stroboskopów przygasa, a na parkiecie robi się gęściej, bardziej intymnie.
Emma nachyla się do ucha Rose.
– Teraz zobaczysz ich mały rytuał. My nazywamy to próbą basu.
Rose marszczy brwi, ale nic nie mówi. Patrzy, jak Ville i Thomas niemal jednocześnie podchodzą do wybranej dziewczyny w złotej sukience. Najpierw Libertyn — teatralny, prowokujący, z ręką wyciągniętą jak do tańca salonowego. Thomas sekundę później — swobodniejszy, zadziorny.
Dziewczyna waha się tylko moment, po czym daje się wciągnąć w ich orbitę. Ville kładzie dłonie na jej ramionach, twarz przybliża do ucha. Thomas staje przed nią — oczy w oczy, z uśmiechem pół drapieżnym, pół zachęcającym.
Bas pulsuje tak mocno, iż ruchy wydają się niemal narzucone przez muzykę. Najpierw to po prostu taniec, powolny, zmysłowy, pełen drobnych dotknięć. Dziewczyna poddaje się układowi, nie oponuje. Ville jest tuż za nią; jego tors dotyka jej pleców. Dłonie powoli zsuwają się z ramion w dół, aż do nadgarstków, jakby badał, dokąd pozwoli mu sięgnąć. Thomas z przodu przesuwa kciukiem po linii jej żuchwy. Teraz taniec przechodzi w odważniejsze gesty. Libertyn pochyla się: usta ma tuż przy uchu dziewczyny, potem niżej, muska jej szyję, ale nie całuje. Thomas w tym samym czasie dotyka wargami jej ramienia; powoli, cierpliwie. Ona odchyla głowę i zamyka oczy. Oddycha szybciej, ciężej.
Emma komentuje półgłosem, bawiąc się w przewodniczkę po tym spektaklu:
– Widzisz? To test. Albo zostaje przy tańcu, albo daje się ponieść dalej. Oni robią to od lat. Bas prowadzi, a oni sprawdzają, czy wybrana ślicznotka pozwoli im przekroczyć granicę. Tu nic więcej się nie stanie, za dużo obcych, za dużo telefonów. W zamkniętym gronie by ją całowali.
Rose patrzy zahipnotyzowana. Cała trójka wygląda, jakby świat zniknął, a został tylko rytm, ciało i dotyk.
– I tak właśnie wygląda ich próba basu – kwituje Emma uśmiechając się krzywo.
Dziewczyna odwraca wzrok, choć obraz pali ją pod powiekami. W głowie kołacze jej myśl: ja też tak chce, gdy zaraz po tym Emma śmieje się cicho jakby to właśnie usłyszała, nachyla i mówi jej do ucha:
– To oni decydują która ze ślicznotek to przejdzie.
– Aha. – przytakuje, stojąc dalej z oczami wciąż wlepionymi w parkiet.
Zaraz po tym spektaklu muzyka nagle milknie, organizator robi przerwę techniczną. Ville podchodzi do Rose jak gdyby nigdy nic. Nie przejmując się zupełnie, iż zarówno tym, iż przed chwilą dotykał obcą dziewczynę po szyi i dłoniach i tym, iż tańczył z nią w parze z Thomasem sceny rodem z filmu dla dorosłych, tylko w ubraniu. Zero wstydu, zero napięcia. Ręce w kieszeniach, fryzura wciąż idealna, twarz spokojna, niemal znudzona.
– Ja mam dość na dziś – mówi cicho, ale wyraźnie, z nutą znużenia i tej swojej teatralnej przesady. – Wracasz ze mną, czy z nimi? – wskazuje gestem resztę zespołu, jakby decyzja miała być logistyczna, a nie emocjonalna.
Dziewczyna ziewa, zasłania dłonią usta i przeciąga się lekko. Robi to spokojnie, próbując ukryć fakt, iż jeszcze kilka sekund temu jej serce biło w rytmie cudzych ust.
– Jadę z tobą, to był intensywny dzień.
– Tak intensywny, iż naszej koleżance zabrakło tchu – stwierdza Emma z ironią w głosie.
Ville posyła siostrze groźne spojrzenie. Robert dalej się szczerzy, trzymając Emmę za talię, a Thomas kręci lekko głową, z rozbawieniem obserwując całą scenę. Libertyn chwyta rękę Rose i rzuca na odchodne:
– Do zobaczenia, paskudy. Jutro widzimy się na próbie i radzę się wyspać!
Ville i Rose wracają do domu. Na zewnątrz noc jest gęsta i lepka od wilgoci, latarnie oświetlają drogę przerywanymi plamami światła. Radio w samochodzie pozostaje wyłączone, a w ich uszach wciąż dudni echo basu z ostatniego utworu – szybki, pulsujący rytm.
– Dzięki, było super. Dawno nie byłam na takiej imprezie – mówi, rozsiadając się wygodniej w fotelu i pozwalając, by mięśnie w końcu się rozluźniły.
– Nie ma za co. Jesteś idealną partnerką na parkiecie, tego mi było trzeba. Fajnie, iż ci się podobało. Dobra rozgrzewka do piątkowej imprezy.
– No tak, urodziny… A propos, chciałbyś coś konkretnego dostać?
Ville uśmiecha się zawadiacko. W jego głowie, błyskawicznie i bez cenzury, pojawia się myśl: tak, ciebie nagą. Nie wypowiada jej jednak na głos. Zamiast tego zawiesza wzrok na jej szyi, gdzie srebrne kolczyki kołyszą się lekko przy każdym ruchu samochodu. Jak to już nieraz bywało, odpowiada jej nietypowo:
– Wiesz, iż w starożytnym Egipcie przekuwanie uszu było oznaką statusu? I iż faraonowie nosili kolczyki, zanim to było modne?
Ona wybucha szczerym, głośnym śmiechem, odchylając głowę w tył.
– Uwielbiam te twoje ciekawostki. No proszę, kolczyki, faraonowie, status . Mam to zanotować?
Ville też parska, przeciera dłonią twarz i z uśmiechem dodaje:
– Nie musisz mi dawać prezentu. Wystarczy, iż będziesz… i dasz się zaprosić do tańca.
Rose kiwa głową, a w samochodzie na moment zapada miękka, komfortowa cisza. Libertyn włącza w końcu radio. Z głośników sączy się wolna rockowa ballada, której gitarowe akordy delikatnie przecinają noc. Pogłaśnia i zaczyna śpiewać cicho, pół żartem, pół serio.
Dziewczyna uśmiecha się delikatnie, opiera głowę o zagłówek i gdy tylko zamyka oczy, natychmiast zasypia. Ville zerka na nią kątem oka. Zmienia playlistę na wolniejsze utwory. Droga mija powoli, z latarniami przemykającymi rytmicznie jak metronom.
Kiedy w końcu dojeżdżają do pałacu, parkuje ostrożnie i budzi Rose łagodnym dotknięciem ramienia. Dziewczyna przeciąga się, ziewa, a on z rozbawieniem mruczy:
– No, księżniczko… zęby, paciorek i spać.
Wchodzą do chłodnego, cichego holu, ich kroki odbijają się echem od marmurowej posadzki. Kierują się na górę, a tuż przed rozstaniem Ville składa na jej policzku krótki, ciepły pocałunek na dobranoc. Potem każde znika w swojej sypialni.
Poranek w jadalni jest cichy, przerywany jedynie delikatnym stukaniem filiżanki o spodek i szelestem kruszącego się pieczywa. Ville siedzi oparty o oparcie krzesła, jedną dłoń nonszalancko kładzie na stole, drugą co pewien czas przesuwa po włosach. Amidala obok niego co chwilę kiwa nogą w rytm jakiejś piosenki, którą sobie nuci.
Z góry słychać miękkie kroki, a zaraz potem Rose wchodzi do jadalni. Jej „cześć” jest wesołe, niemal śpiewne, jakby sama była w świetnym nastroju i miała ochotę rozlać go po całym pomieszczeniu. Bez ceremonii siada przy stole, zgarnia z półmiska kromkę chleba, smaruje masłem, kładzie plaster sera.
Ville rzuca na nią krótkie spojrzenie, po czym odwraca głowę w stronę córki. Przewraca oczami powoli, teatralnie chcąc powiedzieć jej coś w sekrecie. Ami odpowiada zmarszczeniem brwi i miną w stylu „nie wiem, o co ci chodzi”. On, nie zrażony, wykonuje krótki gest dłonią – taki, który w ich domowym kodzie musi oznaczać coś bardzo konkretnego. Amidala reaguje półuśmiechem, krzywi się lekko i aż prosi się o przewrócenie oczami, ale ostatecznie rezygnuje.
Rose, z widelcem w ręku, obserwuje tę wymianę z rosnącą ciekawością. Żadnych słów, a wygląda to jak miniaturowa pantomima, której znaczenia nie rozumie.
Ville wzdycha, unosi brwi, a Ami nagle prostuje się, jak ktoś, komu właśnie przypomniało się coś ważnego.
– Hej – zaczyna, uśmiechając się szeroko, aż białe zęby błyszczą w porannym świetle – dziś idziemy z tatusiem do akwarium oglądać rekiny. Może pójdziesz z nami?
Rose odwzajemnia uśmiech, zerkając jednak podejrzliwie na Villego, jakby w jej głowie zapaliła się lampka „co on znowu knuje?”.
– Miałam popracować – mówi, odgryzając kawałek chleba – ale skoro panienka Amidala mnie zaprasza, to czemu nie.
Dziewczynka szczerzy się jeszcze szerzej, chwyta szklankę z lemoniadą i pociąga długi łyk przez słomkę.
– Piękna, jeżeli musisz, to popracujesz później. Teraz pojedziemy na wycieczkę, a po południu idę z Adim na spotkanie do jego znajomych. Podobno to ważne, a prosił, żebym mu towarzyszył. Zupełnie o tym zapomniałem – rzuca i od razu przenosi spojrzenie na córkę, ta odpowiada krótkim skinięciem. – Dziś wrócę późno.
Rose unosi kącik ust w rozbawieniu. Słynny Adi – poznała go zaledwie tydzień temu. Przyjaciel i były narzeczony Libertyna, otwarcie mówiący o swojej orientacji. W tej rodzinie naprawdę nigdy nie brakuje barwnych postaci.
– Nie ma sprawy. Jak coś, to wieczorem poczytam małej. A o ile trzeba – zaśpiewam – dodaje z lekkim żartem.
Ami zamiera z kanapką w dłoni. Jej oczy rozszerzają się teatralnie, a uśmiech robi się wymuszony jak w kiepskiej scenie szkolnego przedstawienia.
– Rose, wystarczy, iż poczytasz. Tatę włączę z playlisty, będzie dobrze.
Śmiech wybucha równocześnie po obu stronach stołu. Ville i Rose parskają w tym samym momencie, jakby ktoś nacisnął ten sam przycisk.
Godzinę później cała trójka zbiera się w holu gotowa do wyjścia. Ponieważ Libertyn jest postacią medialną, a jego obecność zwykle wywołuje poruszenie, zmienia swój wizerunek – tak jak zawsze, gdy chce pozostać nierozpoznany. Zakłada czarną bluzę kangurkę, okulary zerówki i czarno-niebieską czapkę z daszkiem – prezent od Thomasa. Jedynie podkreśla oczy cienką kreską i nakłada na usta bezbarwną pomadkę.
Kiedy stają przy drzwiach, Rose nie może oderwać od niego wzroku.
– Już widziałam cię w trybie incognito, ale nie mogę się przyzwyczaić. Ładnie ci w okularach.
– No cóż, wyglądam na mądrzejszego – szczerzy się, po czym z lekką irytacją dodaje: – Mimo przebrania i tak mnie często rozpoznają.
Amidala poprawia czerwony berecik i klaszcze w dłonie.
– Taka jest cena sławy. Mnie też czasem rozpoznają. Mi sława nie przeszkadza.
Ville bierze głęboki oddech, ale zostawia to bez komentarza.
Wysokie, przeszklone drzwi zamykają się za nimi z cichym sykiem. Wewnątrz jest przyjemnie ciepło, a powietrze ma lekki, słonawy zapach. Przez półmrok rozlewa się niebieska poświata ogromnych zbiorników – światło faluje, jakby ktoś malował nim ściany. W tle słychać jednostajny szum filtrów i odległy plusk wody, a co jakiś czas cichy pisk dzieci, które właśnie zobaczyły coś niezwykłego.
Ami przykleja dłonie do szyby pierwszego dużego akwarium. Jej twarz odbija się w szkle obok ogromnej, majestatycznej płaszczki.
– Ale ta płaszczka ładnie się uśmiecha! – woła, odwracając się do ojca z ekscytacją w oczach.
– No nie wiem, przypomina raczej coś, co ma ochotę odgryźć palec – odpowiada z kamienną twarzą.
Ami natychmiast odskakuje pół kroku, po czym parska śmiechem. Rose stoi nieco dalej, obserwując ich wymianę z zadowoleniem. W jej spojrzeniu widać, iż dobrze czuje się w tej roli – nie jako gość, ale ktoś, kto naturalnie wpisuje się w ten mały rodzinny kadr.
Idą powoli wzdłuż kolejnych basenów. Mijają tropikalne ryby mknące wśród raf, żółwie sunące majestatycznie jak w zwolnionym tempie. Wreszcie docierają do głównej atrakcji – ogromnego zbiornika z rekinami. Szeroka szyba od podłogi po sufit oddziela ich od potężnych, hipnotyzujących sylwetek drapieżników.
Rekiny krążą leniwie, znikają w sinym mroku i pojawiają się znów z drugiej strony. Amidala zatrzymuje się jak zaczarowana. Jej oczy błyszczą w świetle akwarium, czoło niemal dotyka szyby.
Ville podchodzi do Rose, posyłając jej prowokacyjny uśmiech.
– Czy wiesz, iż rekiny potrafią wyczuć jedną kroplę krwi w basenie olimpijskim?
– Tak, wiem. A ty wiesz, iż rekiny potrafią spać podczas pływania? No, w sensie – pół mózgu śpi, a druga połowa pilnuje drogi.
– Tak wiem, a wiesz, iż rekin grenlandzki może żyć ponad czterysta lat?
– Tak wiem – odpowiada, przewracając teatralnie oczami.
Amidala odwraca się do nich z miną pełną politowania.
– Rekiny wymieniają zęby przez całe życie, a niektóre gatunki potrafią zużyć kilka tysięcy w ciągu roku.
– Skąd wiesz? – pytają niemal jednocześnie.
Dziewczynka wzrusza ramionami i wskazuje tablicę informacyjną.
Z głośników rozlega się nagranie o karmieniu rekinów. Po tafli przesuwa się cień płetwy. Przechodzi grupa dzieci w kolorowych pelerynach, tupiąc kaloszami po mokrej posadzce. W powietrzu unosi się zapach chloru i waty cukrowej.
Dwie młode mamy zaczynają szeptać, co chwilę zerkając w stronę Villego i Ami.
– Idziemy – mówi Ville ciszej. – Te kobiety dziwnie na mnie patrzą. O, teraz pokazują na młodą.
Cała trójka wychodzi, a za nimi zostaje gwar rozmów, plusk wody i echo dziecięcych okrzyków. Na twarzach dwóch matek zawisa jedno pytanie: Czy to był Libertyn ze swoją córką?
Po powrocie Amidala trafia prosto w ramiona niani. Rose bez słowa wraca do pracy w Pokoju Strachu, natomiast Ville kieruje się do garderoby – czeka go popołudniowe strojenie przed spotkaniem w agencji. Adi zaprosił go na kameralną imprezę, gdzie mają się pojawić najważniejsze postacie ze świata brytyjskiego biznesu modowego. Adi jako wzięty model musi bywać na takich wydarzeniach, dbać o kontakty, pokazywać się w odpowiednich miejscach. A iż Ville, jego przyjaciel jest nie tylko sławny, ale i zawsze świetnie ubrany, nie raz już pełnił rolę jego efektownego towarzysza.
Nad ranem pałac pustoszeje jak zwykle. Korytarze cichną, a jedynie służba przemyka miękko między pokojami, niosąc pościel, tace i świeże kwiaty do wazonów. Ville wyrusza do pracy, po drodze odwożąc córkę do przedszkola.
Około dziesiątej Rose robi sobie krótką przerwę od archiwizacji. Siedzi w kuchni, dłonie grzeje na kubku z owocową herbatą, kiedy nagle do jej uszu dociera hałas. Nie zwykłe poruszenie, raczej coś, co brzmi jak awantura. Zna te głosy. Odkłada kubek i natychmiast rusza w stronę głównego holu.
Tam Ville stoi na środku pomieszczenia, purpurowy ze złości. Krzyczy, gestykuluje, a echo jego głosu odbija się od wysokiego sklepienia. Rose, która od niemal miesiąca pracuje w pałacu, nigdy nie widziała go w takim stanie. choćby wtedy, gdy ją zwolnił.
– Cholera jasna, nienawidzę was. Koniec! Rozwiązuję zespół. Zwalniam was wszystkich – punktuje palcem po kolei Emmę, Roberta, Paula i Thomasa.
Oni jednak… zamiast zareagować powagą, zataczają się ze śmiechu. Ville przeklina po fińsku, unosi ręce ku górze w teatralnym geście, jakby błagał niebiosa o interwencję. Zdejmuje marynarkę z impetem, znów przeklina, a jego ekipa chichocze coraz głośniej. Emma śmieje się tak, iż łzy spływają jej po policzkach. W końcu traci równowagę i opada na szezlong, obejmując się za brzuch.
Rose podchodzi bliżej, zerka pytająco na Emmę, ale nie dostaje odpowiedzi. W końcu zbiera się na odwagę.
– Coś się stało?
Thomas, z uśmiechem, w którym czai się coś diabelskiego, zatrzymuje się w pół kroku i wyciąga do niej rękę. W palcach trzyma niebieski pendrive.
– Tu jest wszystko, zobacz sobie – mówi, przekazując jej nośnik.
Ville oddycha ciężko jak byk na arenie. Oczy ma rozszerzone, twarz wciąż purpurową.
– Nigdy nie zgodzę się, żeby to weszło do odcinka. Koniec z wami! I ostrzegam, premii świątecznej nie będzie!
Nikt jednak nie traktuje jego słów poważnie. Emma, wciąż parskając śmiechem, macha ręką i chwyta Roberta pod ramię, prowadząc go w stronę swojej sypialni. Paul i Thomas ruszają do kuchni „coś wszamać”, jak sami to określają.
Rose, z tajemniczym pendrivem w dłoni, siada obok Libertyna. Chłopak wciąż próbuje złapać oddech. Przez dłuższą chwilę siedzą w milczeniu.
– Co się stało? – pyta cicho, gładząc go po włosach.
On powoli się uspokaja i opiera głowę na jej ramieniu.
– Wkręcili mnie. I to ostro. Wczoraj, a dziś rano była powtórka z rozrywki. Myślałem, iż zawału dostanę.
– Rozumiem, iż na tym pendrivie jest wszystko, co powinnam przejrzeć?
Ville tylko kiwa głową. Odwraca się do niej i pyta z irytacją w głosie:
– Wiedziałaś o tym ich „dowcipie”?
Zanim Rose zdąży odpowiedzieć, Thomas pojawia się ponownie. Tym razem bezszelestnie, z puszką energetyka w ręce.
– Nie martw się, kochanie, ślicznotka nie wiedziała. Ostatnio zbyt dużo czasu spędzacie razem.
Podchodzi bliżej, odgarnia jej włosy i szepcze do ucha:
– Gdybyśmy cię, piękna, wtajemniczyli, pewnie byś mu wszystko wygadała.
Ville patrzy na Thomasa spode łba, ale w jego spojrzeniu zaczyna migotać rozbawienie, choć usilnie próbuje zachować powagę.
– To było genialne – mówi Paul. – Od kilku tygodni szykowaliśmy się do tego niewinnego żartu. Adi i jego przyjaciel Gerard… – tu Ville aż się wzdryga na samo imię – …odegrali swoje role jak zawodowcy. To się nadaje do nominacji na galę Oscarów.
Ville wstaje, obraca się na pięcie i mierzy Paula i Thomasa ostrym spojrzeniem. Bez słowa kieruje się w stronę schodów. Jego kroki odbijają się echem w korytarzu, aż sylwetka znika na piętrze.
Rose ściska pendrive w dłoni i rusza do serwerowni. Już po chwili na jednym z monitorów odtwarza pierwszy filmik… potem drugi… trzeci. W końcu musi przerwać, bo mięśnie brzucha odmawiają posłuszeństwa, a oczy zachodzą jej łzami śmiechu. Opiera się o biurko, próbując złapać oddech. Każdy kolejny fragment jest równie zabawny, więc między nagraniami robi krótkie pauzy, by rozmasować policzki.
Gdyby Ville widział jej zachowanie, pewnie bez wahania wyrzuciłby ją po raz kolejny z pracy – a potem, oczywiście, tego żałował.
Libertyn pogniewał się na cały świat. Do końca dnia odzywa się wyłącznie do Amidali, chodzi z wysoko podniesioną głową i uparcie unika spojrzeń, jakby samym gestem mógł odgrodzić się od reszty domowników. Mimo to Rose przydybuje go w bibliotece. Staje w uchylonych drzwiach i przez chwilę tylko patrzy, jak przechadza się wzdłuż regału, przesuwając palcami po grzbietach książek. Nie zauważa jej od razu, jest pochłonięty poszukiwaniem kolejnej części Czary mary. Rose opiera się ramieniem o framugę, krzyżuje nogi, czeka chwilę i w końcu postanawia się odezwać.
– Rozmawiałam z Emmą. Twierdzi, iż montażysta Harry czeka na materiały z… – Rose podnosi ręce i palcami robi cudzysłów – „żartu”. Zgodnie z jej życzeniem posegregowałam wszystko.
– Świetnie, tylko iż ja nie zgadzam się na emisję odcinka. Takie są zasady, a hołota dobrze o tym wie.
Rose uśmiecha się lekko, jakby chciała rozproszyć gęstą atmosferę, i podchodzi bliżej. Jej dłoń muska jego ramię, zatrzymuje się na moment.
– Czy mam wysłać mu te materiały? Wszystko mam gotowe…
– Nie ma takiej potrzeby – mówi chłodno. – To nigdy nie wyjdzie, szkoda jego czasu. Harry ma co robić.
– Poczekaj, Ville – mówi łagodniej, robiąc krok w bok, by złapać jego spojrzenie. – Wiem, iż to świeża sprawa i jesteś zdenerwowany, ale ja bym to widziała nieco inaczej.
Chłopak wreszcie podnosi wzrok znad książki, którą udaje, iż przegląda. Jego spojrzenie jest uważne, choć wciąż podszyte dystansem. W końcu powolnym gestem dłoni zachęca ją, by mówiła.
– Kiedy poznałam Adiego, trochę mi poopowiadał o pracy w agencji. To, co ci się przytrafiło w formie żartu hołoty z Liberty Fade, wcale nie jest niczym nowym w świecie modelingu… i to jest bardzo smutne.
Siada w fotelu, zakłada nogę na nogę i opiera się wygodnie, po czym kontynuuje:
– Popatrz, z tego wyszedłby świetny odcinek. Widzowie zobaczą, iż Libertyn też jest człowiekiem, a nie tylko teatralnym aktorem, jak często ci zarzucają. Przekonaliby się, iż ty też czasem się czegoś boisz. A na sam koniec można dodać krótki wywiad z byłymi modelkami albo modelami, bo takich „Gerardów” jest więcej.
Chłopak zastanawia się chwilę bo właśnie zdał sobie sprawę, iż choć Liberty Fade Life powstało dla rozrywki, to przy takich zasięgach to program, który może nieść jakieś dodatkowe przesłanie.
– Mówiliśmy już o używkach – decyduje się pociągnąć myśl. – Rozpętała się niemała dyskusja na ten temat. A teraz mamy pokazać mroczną stronę świata modelingu…?
– Czemu nie? Może się nad tym zastanowisz.
– Pod jednym warunkiem. Zabezpieczysz materiały i osobiście zmontujesz z tego odcinek. jeżeli mi się spodoba, to dogramy wywiad z modelkami i modelami. Pogadam z Adim, jest mi to winien.
Rose potakuje z zadowoleniem, odruchowo podnosi się z fotela, ale w ostatniej chwili zatrzymuje się, przypominając sobie, iż chciała jeszcze porozmawiać o pracy.
Libertyn przysiada naprzeciwko. Opiera się wygodniej i przechyla głowę, dając znak, iż słucha.
– Dobrze mi tu, z wami – zaczyna spokojnie. – Ale tak jak rozmawialiśmy, kończę porządki i chcę poszukać sobie czegoś nowego.
– Tak, pamiętam. Nie chcesz pracować w zespole, choć większość czasu i tak sama siedzisz przy plikach. Naprawdę, piękna, mało kto ci przeszkadza… ale rozumiem, znaczy… – krzywi się lekko – nie rozumiem.
– Zgodnie z naszą umową, w trasie miałam archiwizować i segregować materiały dla montażysty, robić wam zdjęcia i prowadzić profil w mediach społecznościowych. Libertynie, chcę jechać z wami w trasę, bardzo chciałabym zobaczyć, jak to jest, ale… nie chcę powtórki z rozrywki…
– A masz jakiś pomysł? Wiesz, ślicznotko, to musi mi się opłacać. W trasie po Europie nie ma problemu, często bierzemy znajomych czy przytulanki, bo i tak przemieszczamy się tourbusem. Ale trasa po Ameryce to co innego – przeloty, hotele, napięty grafik. Nie jestem skąpy, ale z punktu widzenia biznesowego to średni interes. Wiesz przecież, iż z nami jedzie jeszcze czterdziestu techników.
Rose jednak się nie poddaje i próbuje przeforsować swój pomysł, podając rozwiązanie, które sobie wcześniej przemyślała, będzie archiwizować nowe materiały, a resztę czasu wykorzysta na własne projekty niezwiązane z Liberty Fade Life, tak aby zarabiać i jednocześnie nie być całkowicie zależną od ekipy.
Ville kręci głową i patrzy na nią ze zrezygnowaniem.
– Skarbie, Rianowie mają jedną zasadę: wszystko kosztuje i za pracę należy się wynagrodzenie. To po pierwsze. Po drugie, montażysta musi mieć wyselekcjonowane materiały. jeżeli nie będziesz tego robić, to dla mnie jest to stracony etat i do tego będę musiał zatrudnić kolejną osobę.
Rose niestety musi przyznać mu rację. Kanał Liberty Fade to nie jest byle projekt. To machina, która zrzesza dziesiątki milionów aktywnych subskrybentów, czekających z niecierpliwością na kolejne odcinki zarówno z życia zespołu od strony muzycznej, jak i prywatnej. Każda wrzucona choćby zajawka czy rolka na profil społecznościowy jest odtwarzana miliony razy w pierwszej dobie, co przekłada się na realne zyski i powiększa fandom. Kanał rośnie w siłę i wymaga profesjonalnego podejścia. Rose właśnie sobie to uświadomiła i jej z pozoru genialny pomysł przestał być genialny.
– Mam na oku informatyka, który mógłby przejąć twoje zadania – patrzy na nią z zadziornym uśmiechem. – A jeżeli chcesz pojechać z nami w trasę bez obowiązków wobec programu, to mam propozycję. Pojedziesz z obowiązkami wobec mnie, będziesz moją przytulanką. No wiesz – noce będą nasze.
Po czym zawiesza się na chwilę nie dowierzając, iż powiedział to na głos. Dziewczyna przestaje oddychać. Siedzi bez ruchu, a zegar stojący przy ścianie wybija kolejne sekundy. Ville patrzy na nią i również się nie rusza. realizowane są tak przez chwilę, aż Libertyn przełamuje ciszę, szczerząc się jak idiota.
– Spokojnie, to był żart. Skarbie, już mnie fizycznie nie kręcisz, znudziłaś mi się.
Rose potakuje, choć sama nie ma pewności, czy to, co mówi chłopak, jest szczere, czy tylko sprytnie ułożoną ściemą. Jeszcze trudniej określić jej, co adekwatnie do niego czuje… a czego wcale nie czuje. Wciąga powietrze, przygryza lekko wargę, jakby próbowała złapać w myślach adekwatne zdanie.
– Masz rację. To bez sensu. Uwielbiam z wami pracować. Może po prostu następnym razem będę gryźć się w język.
– Nie chodzi o gryzienie się w język, tylko o to, żeby między tobą a resztą z LFL była jasność. Piękna, gdybyś powiedziała mi wtedy, co tak naprawdę zaszło między tobą a Viktorią, na pewno bym ci uwierzył. Nie jestem idiotą, wiem, iż takie laski jak ona lubią ubarwiać historie. Więc, skarbie, zamiast unosić się honorem, trzeba rozmawiać.
– Dobrze. To jeżeli nie masz nikogo na moje miejsce, to… wiesz, mam czas.
Ville odwzajemnia jej uśmiech i wyciąga rękę ponad stolikiem. Jej palce obejmują jego dłoń w krótkim, pewnym uścisku. Ten gest wystarcza, by oboje wiedzieli, iż sprawa jest zakończona.
Ale Rose nie zamierza jeszcze odpuścić. Przysiada z powrotem na fotelu, tym razem bokiem, lekko przechylając się na podłokietnik. Powoli, z teatralną przesadą, podwija materiał sukienki, odsłaniając uda.
– Mówisz, kochaniutki, iż już ci się znudziłam?
Libertyn momentalnie odwraca wzrok ku dębowym regałom, gdzie w półmroku połyskują grzbiety książek. Nabiera głębszego oddechu i niemal niezauważalnie potakuje.
– Tak. Traktuję cię jak dobrą kumpelę… może choćby przyjaciółkę.
Rose przeciąga spojrzenie po jego twarzy, uśmiechając się zawadiacko. Na palcu powoli kręci pasmo włosów, jakby od niechcenia, a jednak wyraźnie chcąc go podroczyć.
– Czyli gdybym przyszła do ciebie do łóżka, w nocy, nago… to nic z tego?
Ville opiera się mocniej o fotel. Jego powieki opadają, a gardło wykonuje ciężki ruch, gdy przełyka ślinę. W tej samej chwili, gdzieś w głębi pałacu, rozlega się głuchy trzask ciężkich drzwi. Echo niesie się po korytarzu, odbija od paneli i milknie dopiero po kilku sekundach.
– Spokojnie, jestem twardy… znaczy nie w tej chwili… znaczy… rany, chodzi o to… Rose… nie rób tego, hmm…? – mówi z lekko podniesionym tonem.
Dziewczyna śmieje się, kręcąc głową z rezygnacją. Zdejmuje z półki jakieś tanie romansidło i wychodzi bez słowa.

Idź do oryginalnego materiału