W wigilijną noc nakryłam stół dla dwojga, choć dobrze wiedziałam, iż będę przy nim sama. Wyjęłam z kredensu dwa kryształowe kieliszki, ustawiłam je ostrożnie na obrusie, a potem cofnęłam się o krok, jakby mogło to wszystko odmienić.
Dwa zestawy sztućców.
Dwie talerze.
Dwie serwetki, wyprasowane na kant, aż skrzypiące jak śnieg pod butami.
Wszystko przygotowane tak, jakby za chwilę miał wejść, uśmiechnąć się swoim żartobliwym tonem i powiedzieć: No chodź już, Zośka, kolęda nie będzie na nas czekać, a na dworze zimniej niż w zamrażalniku u Jadzi!. Ale nie wszedł. I już nie wejdzie.
Nie ma go od roku. Telefon upiornie milczy jak zaklęty. Córka nigdzie się nie wybierała, wnuki całkiem zapomniały, iż babcie mają święta. Pogładziłam dłonią biały obrus z wyhaftowanymi makami i niezapominajkami wyszywałam go sama jako młoda panna, a on stwierdzał zawsze, iż przypomina mu moje oczy z dawnych lat.
Uśmiechnęłam się pierwszy raz od rana. Ugotowałam jego ulubione potrawy: barszcz z uszkami, karp w galarecie, pierogi z kapustą i grzybami. Nie dlatego, iż ktoś miał przyjść. Po prostu tak już mam serce nie nadąża za rozumem, wciąż nie przyjmuje, iż krzesło naprzeciwko będzie już tylko puste.
Usiadłam i popatrzyłam na stół. Było pięknie. Jak zawsze w Wigilię choć w tym roku tylko dla mnie.
Przypomniałam sobie naszą ostatnią wspólną Wigilię. Był już zmęczony, osowiały, ale usiadł naprzeciwko, chwycił moją dłoń i poprosił: Zosiu, obiecaj, iż nie zamkniesz się w sobie, kiedy mnie zabraknie. Żyj, nie poddawaj się. Wtedy mu obiecałam, a on tylko zamrugał i uśmiechnął się lekko.
Zegar tykał powoli, na dworze mrugały światełka w oknach, przez okno dobiegały śmiechy dzieci rzucających się śnieżkami, u sąsiadki Pacholczykowej głośno nucili kolędy. Wszędzie święto tylko nie w tym cichym salonie.
Późnym wieczorem telefon wreszcie zadzwonił. Krótka rozmowa, głos córki świątecznie uprzejmy, szybkie Wesołych Świąt, bez zbędnych pytań. Bez czasu w rozmowę.
Potem znów zapadła cisza.
Chwyciłam kieliszek przygotowany dla niego, uniosłam lekko i cicho wyszeptałam dziękczynienie za wszystkie wspólne lata, śmiech, miłość, to, iż choć raz w życiu byłam dla kogoś całym światem.
Potem zaczęłam sprzątać ze stołu. Spokojnie, powoli. Tak, jak sprząta się coś, co już nigdy się nie powtórzy.
Przysiadłam przy oknie, wciśnięta w fotel, patrzyłam na ciemne podwórko. Na zewnątrz trwały święta, a u mnie prywatna historia niespełnionej kolacji.
Stół dla dwojga był nakryty.
A miejsce jedno zostało puste.
Zdarzyło się wam szykować miejsce dla kogoś, kogo już przy stole nie będzie? Nie dlatego, iż jeszcze go oczekujecie, ale dlatego, iż serce przez cały czas nie chce uwierzyć, iż już nigdy nie przyjdzie?















