W przeddzień Nowego Roku poszłyśmy z mamą do „Smyka”… I wpadła mi w oko jedna sukienka — czerwona, d…

polregion.pl 4 godzin temu

Dzień przed Sylwestrem mama zabrała mnie do sklepu Smyk. Weszłyśmy tam z zamiarem kupienia jakiegoś drobiazgu może bombek, może łańcucha na choinkę. I wtedy zobaczyłam tę sukienkę. Czerwona, zrobiona na drutach, z niebieskim, wyraźnym obszyciem na dole i przy rękawach. Do szaleństwa mi się spodobała, nie mogłam oderwać oczu. Stanęłam jak wryta i zaczęłam błagać mamę, żeby pozwoliła mi ją przymierzyć.

Przymierzyłam. Sukienka leżała na mnie idealnie, jakby była szyta specjalnie dla mnie. W głowie od razu zaczęłam układać marzenia: był taki chłopak w mojej klasie, który bardzo mi się podobał, i tak bardzo chciałam, żeby zobaczył mnie w tej sukience na klasowej zabawie noworocznej.

Stałam więc, niemalże ze łzami w oczach, i nie chciałam ściągać tej sukienki. Mama to zauważyła, podeszła do mnie i powiedziała cicho: Dobrze, zaraz dostanę wypłatę, to weźmiemy.

Wracałam do domu rozpromieniona jakby wygrałam los na loterii. Udekorowałyśmy mieszkanie, ubrałyśmy choinkę. W lodówce zostało tylko trochę lodu i kawałek masła. Z niecierpliwością czekałyśmy na maminy przelew. Pamiętam dobrze, iż w PRL-u choćby 31 grudnia ludzie musieli pracować, tylko iż trochę wcześniej kończyli.

Mama wróciła z pracy smutna. Wypłaty nie przyszły, wszystko się opóźniło. W jej oczach łzy, w głosie żal i bezradność. I przede wszystkim wstyd, iż zostawiła mnie na Sylwestra praktycznie bez żadnych smakołyków. Pamiętam jednak dokładnie, iż wcale mi to nie przeszkadzało i tak cieszyłam się atmosferą święta. Oglądałam te stare noworoczne filmy w telewizji, których właśnie w tym czasie puszczano najwięcej, a na co dzień kanały były dwa na krzyż.

Mama ugotowała ziemniaki, polała masłem, starła marchewkę ze szczyptą cukru. I to było wszystko na kolację. Usiadłyśmy przy stole i mama nie wytrzymała rozpłakała się. Zaczęłam ją pocieszać i zanim się obejrzałam, sama też płakałam, nie z braku jedzenia, tylko z żalu do mamy, bo tak bardzo mi było jej szkoda aż ścisnęło mi się gardło.

W końcu położyłyśmy się razem pod kocem na starej wersalce. Przytuliłyśmy się i oglądałyśmy koncert sylwestrowy. Punktualnie o północy za ścianą rozległy się krzyki i śmiechy. Sąsiedzi wyszli na klatkę schodową z kieliszkami szampana, składali sobie życzenia, śpiewali my zostałyśmy w mieszkaniu, nie miałyśmy ani szampana, ani chęci na towarzystwo.

Nagle ktoś zadzwonił do drzwi głośno i natarczywie, kilka razy z rzędu. Mama poszła otworzyć, a za drzwiami stała sąsiadka z naprzeciwka. Zofia, babcia, na którą zawsze się złościłam raz o to, iż nie umyłam schodów, raz, iż za głośno biegałam po klatce. Dzieciaki z podwórka jej nie znosiły, potrafiła nas wszystkich przeganiać za byle wrzask.

Widać było, iż już świętowała Nowy Rok. Nie słyszałam, o czym rozmawiała z mamą, ale widziałam, jak swoim sporym ciałem weszła do środka, rzuciła okiem na nasz stół z ziemniakami i wyszła, nie mówiąc ani słowa.

Po jakiś dwudziestu minutach rozległo się walenie do drzwi już nie dzwonienie, tylko prawdziwe kopanie w drzwi. Mama kazała mi nie wychodzić, poszła sama. Do mieszkania wparowała babcia Zofia. W rękach taszczyła pełne siatki słoików, pojemników, talerzy, a pod pachą butelkę szampana. Krzyknęła na mamę, żeby nie stała jak kołek, tylko pomogła. Z siatek wyciągnęła sałatki, wędlinę, słoik kiszonych ogórków, połowę gotowanego kurczaka, cukierki i choćby kilka mandarynek.

Mama znowu się rozpłakała, ale tym razem zupełnie inaczej. Babcia Zofia nazwała ją głuptasem, wytarła jej nos szerokim rękawem od swetra, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła.

Po Nowym Roku babcia Zofia dalej rządziła klatką i podwórkiem. Nigdy już nie wspomniała o tamtym sylwestrowym wieczorze.

Kiedy lata później cała klatka żegnała babcię Zofię na jej pogrzebie, okazało się, iż każdy ją tak naprawdę kochał bo każdemu kiedyś w czymś pomogła…

Idź do oryginalnego materiału