Dziś w pracy poczułam się nagle bardzo źle. To była prawdziwa burza emocji i czułam, jak serce wyrywa się z piersi. Chyba choćby nie zauważyłam, kiedy wyszłam z biura wszystko działo się jakby samo. Wyszłam na ulicę, szukałam czegoś, co da mi oddech, więc usiadłam na ławce przy małym parku, niedaleko naszej firmy na Żoliborzu. Zamknęłam oczy, licząc, iż jakoś wrócę do siebie.
Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam starszego pana nachylającego się nade mną obcy, około siedemdziesiątki, w szarym płaszczu, czapce i z gołębiami siedzącymi przy jego nogach. Trzymał mnie za nadgarstek i próbował zdjąć złotą bransoletkę z mojej ręki tę, którą dostałam od męża jako prezent na rocznicę.
Co pan robi?! zawołałam, wyrywając rękę, bo pomyślałam, iż chce mi coś ukraść. To prezent od mojego męża!
Spojrzał na mnie poważnie i powiedział cicho:
Proszę się nie bać, pani źle się czuła właśnie przez tę bransoletkę. Proszę zerknąć.
Byłam kompletnie zdezorientowana, ale spojrzałam na bransoletkę. Złoto poczerniało tam, gdzie dotykało mojej skóry. Plamy, jakby ktoś przejechał po niej szarym pyłem. Poczułam gulę w gardle, a w brzuchu zrobiło mi się zimno ze strachu.
Kim pan adekwatnie jest? wydukałam cicho.
Marek, kiedyś jubiler, czterdzieści lat w branży odparł spokojnie. Gdy zobaczyłem jak pani odpływa, odruchowo spojrzałem na rękę. Przeciętny człowiek by tego nie zauważył.
Ale co to znaczy? głos mi drżał.
Na tych plamach widać ślady talu powiedział, patrząc na mnie z troską. To trucizna, bardzo podstępna. Kładzie się ją na biżuterię cienką warstwą. Wchłania się przez skórę i powoli zabija. Złoto reaguje, ciemnieje.
Chce pan powiedzieć nie mogłam skończyć.
Skinął głową.
Ten, kto podarował pani tę bransoletkę, wiedział co robi. Chciał, żeby pani chorowała, słabła i w końcu nie mogła wstać.
Nagle przypomniałam sobie zimne spojrzenia męża, jego dziwną troskę w ostatnich tygodniach i nacisk: Noś, nie zdejmuj. To prezent ode mnie. Wszystko zaczęło układać się w całość.
Stary jubiler ostrożnie zdjął bransoletkę i zawinął ją w chustkę.
Proszę natychmiast iść do lekarza i na policję powiedział poważnym tonem. I nigdy więcej tego nie zakładać.
Nie mogłam mówić, tylko kiwałam głową. Siedziałam na ławce, drżącymi palcami ściskając kolana, próbując uspokoić rozedrgane myśli. Życie rzuciło mnie dziś pod koła losu, ale czuję, iż wydarzyło się coś, co zmieni wszystko. Byłam o włos od tragedii, a ocalił mnie zupełnie obcy człowiek Może to jakiś znak?






