Zosiu, co ty robisz? zdziwił się Bartek, kiedy żona podała mu szorty i podkoszulek.
Nic takiego. Póki ty tu sobie smacznie śpisz, pozostałe kochanki mogą się rozejść jak ciepłe bułeczki! Zosia zerwała z niego kołdrę, przez co gęsia skórka natychmiast zaatakowała bezbronnego Bartka i zmusiła go do wzdrygnięcia się.
O czym ty w ogóle mówisz?
Po tym co wczoraj powiedziałeś, iż nie tak daleko ten dzień, kiedy znajdziesz sobie kochankę, to ja już podjęłam decyzję. Wybiła godzina, Bartek. Jest wpół do szóstej czas zwlekać się na front miłosnych potyczek.
Przestań, żartowałem przecież. Pokłóciliśmy się, zapomniałaś? Przepraszam, przesadziłem.
Nie, nie, wszystko powiedziałeś szczerze. To ja zawiniłam. Zaniedbałam nasze ognisko namiętności. Całą benzynę wypaliłam na siebie. Został tylko popiół, w którym nie to, iż się nie upieczesz, ale choćby ziemniaka nie dopieczesz. Naprawiam się. Wstawaj.
Wyrzucasz mnie z domu?
Wprost przeciwnie. Ruszaj się! Codziennie będziesz ćwiczył, aż zrzucisz całe to sadełko. Kochanka nie będzie znosić u boku oponki Michelin. Wstawaj, ile można prosić!
Bartek widząc, iż żona nie odpuści, posłusznie zsunął się z łóżka i z trudem naciągnął szorty na bokserki, chcąc odkupić winy poranną gimnastyką.
Przypomnij żebyśmy ci kupili kąpielówki, bo w tych spadochronach to cię z łoża kochanki pierwszy podmuch wiatru porwie!
Po dziesięciu minutach biegania wokół domu pod czujnym okiem trenerki, wykończony Bartek wtoczył się do środka, padł i czołgał się po podłodze w stronę łóżka.
Gdzie leziesz? zatrzymała go Zosia.
Chcę umrzeć na poduszce.
Umierać nie możesz, przecież my szukamy ci kochanki, nie lekarza sądowego. Lecisz pod prysznic, od dzisiaj kąpiel dwa razy dziennie obowiązkowa. Mnie nie żałowałeś, to może chociaż obcej kobiecie oszczędzisz tych naturalnych aromatów. I zęby rano i wieczorem, nie odpuszczaj! rzuciła zza drzwi. Porządnie umyj głowę, bo idziemy dziś do fotografa.
Ale po co?
Żeby zrobić cywilizowane zdjęcie na portal randkowy. Ja cię dobrze nie sfotografuję, bo znam cię jak własną kieszeń i przez obiektyw i tak zobaczę magazyniera, piwosza i fana smażonych klusek z masłem, a nam trzeba złapać prawdziwego lwa salonowego.
Zosiu, może już wystarczy tych żartów?
Przestań trwonić zapas słówek, przydadzą ci się dla miłych dziewczęcych uszu. Dobra, wybieramy kandydatkę.
Bartek się ożywił, bo lubił sobie czasem niewinnie pooglądać zdjęcia na randkowych portalach, a tu można bez konsekwencji i to z pozwoleniem! Zaczął wybierać.
Może ta?
Żartujesz?
Coś nie tak?
Bartku, jak mam się czuć, kiedy spojrzę na twą kochankę? Mam wstydzić się za nią, czy jednak za siebie? Sam popatrz. Twój stary polonez lepiej wyglądał przed sprzedażą. Na nią można by wywiesić tabliczkę: Uwaga elementy fasady odpadają.
To może ta?
Ta?! Bartku, jak ja potem w oczy znajomym będę patrzeć, gdy mój mąż z pierwszą lepszą będzie zdradzał? Patrz tu jest świetna opcja.
Oszalałaś? Taka choćby nie odpowie na wiadomość
Jezus Maria co ja w tobie, takim zakompleksionym Pinokiu, zobaczyłam? Jak mnie w ogóle przekonałeś, żebyśmy byli razem piętnaście lat?
Poczuciem humoru? wymruczał Bartek.
Bartku, bądźmy szczerzy: gdyby śmiech naprawdę przedłużał życie, to już na miesiącu miodowym byłabym wdową po twoich żartach! Nie kuśmy losu, nie szukajmy powodów, chodź lepiej kupimy ci garnitur, kochankę złowimy na żywca.
Daj spokój, Zosiu, pogódźmy się już.
A czy my przypadkiem się kłócimy? Posiadanie kochanki to dziś oznaka sukcesu. Żona takiego mężczyzny to też prestiż. Wiesz co, na jednej kochance nie skończymy.
W galerii Zosia zawlokła Bartka do najdroższego sklepu, po drodze niemal rozbierając wszystkie manekiny.
Zosiu, te spodnie i marynarka kosztują jak komplet zimówek jęknął Bartek, gdy pakowała go do przymierzalni.
Spokojnie, opony też ci kupimy, jak zechcesz chcesz letnie, chcesz zimowe, choć najlepiej z podwójną ochroną. Nie potrzebuję przecież w domu czyichś bukietów.
Zosia!!!
No co?! Bezpieczeństwo przede wszystkim. To nie hulajnoga, tylko dochodzimy do najważniejszego boku naszego miłosnego trójkąta. A szefowi już dzwoniłeś?
W jakiej sprawie? spytał Bartek, wciągając rękaw.
O finansach, oczywiście. Musisz mieć podwyżkę, przecież nie wyżywisz dwóch kobiet za swoją pensję. Ja tam przeżyję na zupie i kluskach, ale kochanka ma swoje wymagania. To jak beton: kolacja, trzy kieliszki wina, pięć gwiazdek w hotelu. Spróbuj na czymś zaoszczędzić, a gwałtownie ci się wszystko posypie.
Bartek w końcu się ubrał, poprawił krawat.
Ale z ciebie elegant jak w dniu ślubu, łezka zakręciła się Zosi w oku.
Super pan wygląda, powiedziała kobieta z sąsiedniej przymierzalni.
Chce pani go wziąć? Szukamy dla niego kochanki.
Dziękuję, ja już mam kochanka. choćby trzech! mrugnęła bezwstydnie.
Bartek, takiej pod żadnym pozorem nie bierz powiedziała stanowczo Zosia. Potrzebna nam solidna, lojalna jak karta do innego banku, którą można spokojnie przelać parę oszczędności. Dobra, do perfumerii popsikamy cię i jesteś gotów na wypuszczenie w świat.
Łazili po galerii jeszcze godzinę, aż Zosia w końcu z satysfakcją pokiwała głową.
Gotowy! choćby bez zdjęcia. Idź i pamiętaj, co cię nauczyłam: bądź pewny siebie, uprzejmy i z uporem tak jak sprzedawałeś naszego poloneza.
Zosia wróciła do domu zupę gotować, a Bartek wyruszył w miasto, by znaleźć kochankę, do czego przez cały ten dzień był przygotowywany.
Po godzinie w mieszkaniu Zosi zadzwonił domofon.
Dzień dobry, śliczna pani. Czy pani mąż jest w domu? zapytał głos zupełnie nieznajomy, głęboki, zmysłowy, który jednym słowem potrafił rozpalić serce. choćby chrupiący głośnik nadawał mu seksapilu.
Ojej! jęknęła Zosia, gdy z emocji wypadła jej łyżka. Nie, poszedł do kochanki.
Może mnie pani wpuści? Chcę pani coś zaproponować.
Od tego głosu Zosię najpierw zalała fala gorąca, potem przeszedł chłód, już miała ochotę zrobić sobie herbatę z maliną, ale zamiast tego trzy razy nacisnęła na przycisk drzwi do klatki. Bartek pojawił się w mieszkaniu trzy minuty później w rękach trzymał piękny, czerwony bukiet. Podszedł, delikatnie złapał Zosię za talię i w ciasnym przedpokoju od razu zrobiło się gorąco.
Płakałaś? zapytał zdziwiony Bartek, widząc jej zaczerwienione oczy.
Trochę. Już myślałam, iż wszystko popsułam, ale teraz rozumiem, iż to było potrzebne do rozpalania ogniska.
No to może spędzimy ten wieczór razem w oczach Bartka błyszczała dzikość oraz prawdopodobnie pięćdziesiąt gramów polskiej śliwowicy na odwagę. Zapraszam cię do restauracji, gdzie opowiem ci niesamowitą historię twojego piękna. To czysta prawda, ale na pewno ci się spodoba.
Ch-ch-chcę odpowiedziała nieco plączącym się językiem Zosia i już zaczęła zdejmować zupę z ognia i nakładać tusz na rzęsy.
A ja w tym czasie zamówię taxi przytaknął Bartek.
A dokąd jedziemy? Zosia nie kryła uśmiechu.
Do restauracji z pięcioma gwiazdkami!
U nas w mieście takich nie ma tylko pizzeria Pięć serów.
To jedziemy tam. Dla mojej kochanki tylko to, co najlepsze.
A żona nie będzie zazdrosna?
Będziemy się bardzo starać, żeby była puścił do niej oczko Bartek.











