Dziennik osobisty, 1951-2025
Mam na imię Janusz Malinowski. Czasem, kiedy zamykam oczy, wracam do tamtego dnia z 1951 roku. Miałem czternaście lat i obudziłem się w szpitalnym łóżku w Warszawie. Wtedy wszystko wydawało się rozmyte od bólu i strachu. Na klatce piersiowej miałem ponad sto szwów lekarze musieli usunąć mi jedno płuco, żeby uratować moje życie. Żebym mógł przeżyć, musiało oddać dla mnie krew aż trzynaście zupełnie obcych osób. Nigdy nie poznałem ich imion.
Ojciec, Stanisław, siedział u mojego łóżka, trzymał mnie za rękę i powiedział słowa, które na zawsze zapadły mi w pamięć: “Żyjesz tylko dlatego, iż ktoś oddał dla ciebie krew.” Wtedy poprzysiągłem sobie, iż jeżeli dożyję osiemnastki, oddam tę przysługę spróbuję spłacić dług, którego już nigdy tak naprawdę nie zdołam spłacić. Obiecałem sobie, iż zostanę dawcą.
Jednak wtedy myśl o igłach wpędzała mnie w panikę. Bałem się do tego stopnia, iż na sam dźwięk słowa “szpital” ściskało mnie w żołądku. I tak, gdy tylko skończyłem osiemnaście lat, poszedłem do punktu krwiodawstwa na Marszałkowskiej. Usiadłem na fotelu, utkwiłem wzrok w suficie i pozwoliłem pielęgniarce zrobić swoje. Nigdy nie patrzyłem na igłę. Przez kolejne sześćdziesiąt cztery lata.
Myślałem, iż robię coś zwyczajnego. Po kilku donacjach okazało się jednak, iż moja krew jest wyjątkowa. Lekarze odkryli we mnie przeciwciało niezwykle rzadkie być może powstało po transfuzjach z dzieciństwa. Okazało się, iż może ono uratować życie dzieci dotkniętych konfliktem serologicznym Rh, chorobą, przez którą co roku tysiące polskich noworodków umierało lub rodziło się z ciężkimi uszkodzeniami.
Poproszono mnie, bym oddawał nie tylko krew, ale i osocze. To oznaczało zabiegi trwające dziewięćdziesiąt minut, zamiast dwudziestu, i wizyty w szpitalu co kilka tygodni przez całe życie. Czułem ten sam strach co zawsze, ale kiedy pomyślałem o dzieciach, odpowiedziałem tylko jedno: tak.
Przez sześćdziesiąt cztery lata nie opuściłem ani jednej donacji. Oddawałem osocze w dniach szczęśliwych i w tych, kiedy świat wydawał się zbyt ciężki. Robiłem to, kiedy pracowałem na kolei. Robiłem to po przejściu na emeryturę. choćby po tym, jak w 2005 roku zmarła moja żona Zdzisława jedyna osoba, która znała wszystkie moje lęki nie przerwałem. Zawsze siedziałem przy tym samym oknie, wpatrywałem się w sufit, liczyłem kafelki na ścianie, rozmawiałem z pielęgniarkami o pogodzie lub nowym filmie Wajdy wszystko, byleby nie patrzeć na igłę.
Strach nie minął nigdy. A jednak przychodziłem i robiłem swoje.
Los napisał najdziwniejszą historię moja własna córka, Jadwiga, potrzebowała leku wyprodukowanego z mojego osocza, gdy była w ciąży. Mój wnuk, Maciek, żyje dzięki decyzji, którą podjąłem wiele lat wcześniej.
W maju 2018 roku, gdy w Polsce osiągnąłem 81 lat, przepisy zmusiły mnie do ostatniej donacji. Tego dnia w sali było kilka mam trzymających zdrowe dzieci na rękach przyszły podziękować, ściskając moje dłonie i płacząc ze wzruszenia. Usiadłem na fotelu po raz ostatni, odwróciłem wzrok i po raz 1173 oddałem osocze.
Od końca lat 60., dzięki lekom na bazie mojej krwi, wydano już ponad trzy miliony dawek tego preparatu. Według lekarzy uratowało to życie około 2,4 miliona dzieci w Polsce.
Kiedy ktoś nazywał mnie bohaterem, zawsze się uśmiechałem i wzruszałem ramionami: “Siedzę po prostu w klimatyzowanej sali, piję herbatę z cytryną, jem krakowski obwarzanek i idę do domu. Żaden wyczyn”.
Zmarłem spokojnie we śnie, 17 lutego 2025 roku. Miałem 88 lat.
Tak łatwo szukamy bohaterów w filmach albo na kartach podręczników ludzi z supermocami, pieniędzmi, sławą. A czasem bohaterem zostaje ten, kto przez całe życie dotrzymuje obietnicy, kto odczuwa prawdziwy, paraliżujący strach, i mimo to robi to, co trzeba.
Miliony ludzi żyje dziś, bo jeden człowiek uznał, iż jego lęk jest mniej istotny niż cudze życie.
A Ty jaki mały, odważny krok zrobisz, choćby bardzo Cię przerażał?










