Kiedy miłość boli, a Ty wciąż wracasz. O więzi, która trzyma mocniej niż rozsądek

kobietytomy.pl 1 godzina temu

Są takie relacje, w których kobieta odchodzi dziesięć razy, a wraca jedenaście. Dlaczego? Bo została wciągnięta w więź, która działa jak emocjonalny magnes: przyciąga i odpycha jednocześnie. Jest też jak rzep wplątany we włosy. Możesz go usunąć, ale kosztem bólu i utraty części siebie. Psychologia nazywa to więzią traumatyczną. Życie z kolei „miłością, której nie umiesz zostawić”.

Kiedy miłość boli, a Ty wciąż wracasz. O więzi, która trzyma mocniej niż rozsądek

Dlaczego tak trudno odejść?

Więź traumatyczna działa jak uzależnienie i właśnie dlatego tak trudno to wytłumaczyć komukolwiek z zewnątrz. Bo z boku wszystko wygląda prosto: „Odejdź.” „Przestań się męczyć.” „Zasługujesz na więcej.”

Ale więź traumatyczna nie działa na logikę. Możesz jej przedstawić milion argumentów i to i tak będzie na nic, bo ona w całości opanowuje Twoje emocje, pamięć, strach i nadzieję. Działa na tym poziomie, na którym zdrowy rozsądek się wyłącza. To jakby wymagać od kogoś, kto walczy o każdy oddech, żeby jednocześnie grał w szachy. Nie da się.

Jest to relacja, której fundamentem jest przemożny głód miłości. Tak silny, iż musisz go zaspokoić, jedząc z ostrza noża. To oczywiście karmi tylko pozornie, rani mocno i na zawsze. Mimo to nie umiesz nie sięgać po to, co zabija Twoje poczucie wartości i woli krok po kroku. Bo czasem jedno jego „przepraszam”, jedno „bez ciebie nie dam rady”, jedno „tylko ty mnie rozumiesz” potrafi przykryć tygodnie chłodu, milczenia i bólu. Dlatego tkwisz, mimo iż wszystko wskazuje, iż to bez sensu.

Zaczynasz widzieć miłość inaczej

Osoba zapląta a w więź traumatyczną nie trzyma się danej relacji dlatego, iż jest dobra, ale dlatego, iż nauczyła się wierzyć, iż to jest maksimum, na jakie możesz liczyć.

Tymczasem to jest właśnie najokrutniejszy efekt więzi traumatycznej: nie tylko ona rani do głębi, ale też zaniża nasze wyobrażenie o tym, czym w ogóle może być miłość. To piękne uczucie nie jest już postrzegane jako oaza spokoju, spełnienia, miejsce akceptacji, pewności, ale jak wieczna huśtawka i uzależniająca niepewność.

Cykl, który trzyma mocniej niż rozsądek

W takich relacjach wszystko działa w powtarzalnym rytmie:

rana → cisza → obietnica → ulga → znowu rana

Powyższa droga to znany mechanizm, który działa uzależniająco i sprawia, iż budujemy namiastkę uczucia, zwanego miłością.

Najpierw jest ból. Potem dystans, który sprawia, iż zaczynasz wariować, tracąc to, co uważasz za cenne. Potem nagła czułość, która zalewa Cię jak ciepła fala. I wreszcie ulga tak silna, iż mylisz ją z miłością, ale ona przecież miłością nie jest.

To właśnie ta ulga uzależnia najmocniej. Wcale nie mężczyzna, ani jego piękne słowa, czy wielkie gesty.

Ulga po bólu. To ona sprawia, iż wracasz i iż wierzysz, iż „tym razem będzie inaczej”. Jednocześnie ona decyduje, iż nie widzisz, iż tkwisz w cyklu, który nigdy się nie kończy. To niestety pułapka, w którą wpadamy niezależnie od wieku.

To nie jest zwykłe zakochanie, ale rollercoaster emocji, który uzależnia

W zdrowej relacji czujesz spokój, w tej natomiast wszystko naraz w dziwnej konfiguracji: euforię, strach, nadzieję, wstyd, ulgę, złość. Normalnie nie odczuwasz tyle naraz. A tu tak. I Twój mózg czyta to jak “ciekawie”, a nie “dziwnie” i “zagrażająco”. I to jest właśnie ten mechanizm, który uzależnia i każe czekać, co będzie dalej.

Bo on raz rani, a raz przytula, raz milczy, a raz mówi, iż jesteś „najważniejsza”. Zdarza się, iż odchodzi, a potem wraca jak bohater.

I Twój mózg zaczyna działać jak w hazardzie: może tym razem będzie dobrze. Los się odmieni. Może to ja przesadzam, jeszcze ten jeden raz.

To nie jest miłość, ale cykl nagrody i kary: jeden z najsilniejszych mechanizmów uzależniających, opisany w badaniach nad traumą relacyjną. Dlatego wszyscy z zewnątrz mówią, co z nią jest nie tak. I tylko specjaliści rozumieją, co tu naprawdę się dzieje.

Dlaczego tak trudno odejść od kogoś, kto rani?

To niestety stosunkowo proste. Trudno odejść, ponieważ on nie rani cały czas. Gdyby ranił ustawicznie, odeszłabyś. To zrozumiałe, nie miałabyś momentów, które trzymają.

Tymczasem najbardziej przywiązują te momenty, kiedy po burzy przychodzi słońce. On przeprasza, jest czuły, czysty anioł. Na zasadzie kontrastu jego starania są jeszcze przyjemniejsze, niż w sytuacji, gdyby jego ciemna strona nie istniała…

To właśnie te „dobre chwile” cementują więź. Psychologia mówi o dezorganizacji przywiązania, kiedy osoba, która powinna być bezpieczna, jest jednocześnie źródłem bólu. I wtedy, gdy jedna osoba daje tak skrajne emocje, dzieje się coś trudnego: zaczynasz bardziej bać się odejścia niż krzywdy.

Co dzieje się z kobietą w takiej relacji?

Idźmy jednak głębiej. Czy wiesz, co naprawdę dzieje się z kobietą w tej relacji?

Ona:

  • zaczyna wątpić w siebie,
  • usprawiedliwia jego zachowania,
  • bierze winę na siebie,
  • boi się odejścia bardziej niż samotności we dwoje,
  • traci kontakt z własnymi potrzebami,
  • żyje w napięciu, które nazywa „miłością”.

Tak właśnie działa neurobiologiczna reakcja na chaos emocjonalny. Mamy całkowicie przysłonięte oczy i nie widzimy prawdy, tego, co naprawdę się z nami dzieje.

Jak przerwać więź, która trzyma za mocno?

Nie robi się tego jednym ruchem, bo to niemożliwe. W takiej relacji kobieta jest za bardzo uwikłana. Wolna wola to za mało, to działanie powolne, krok po kroku. Nagłe przebudzenie w tym zakresie nie istnieje, bo nie może istnieć.

Robi się to powoli:

  • nazywając rzeczy po imieniu,
  • widząc cykl, a nie tylko momenty,
  • przestając wierzyć w „tym razem będzie inaczej”,
  • wracając do siebie, krok po kroku,
  • budując wsparcie poza tą relacją,
  • ucząc się, iż spokój to nie nuda, to zdrowie.

Kiedy przychodzi przebudzenie?

To nie dzieje się wtedy, kiedy kobieta płacze, krzyczy i mówi…ale wtedy, kiedy milczy. Gdy odkrywa, iż cisza jest jej schronieniem, iż dobrze jej samej ze sobą. Że wcale nie potrzebuje tego całego zamieszania, które daje jej związek. Przychodzi gdy ona zyskuje świadomość swojej wartości, budując ją na nowo. Niestety zwykle potrzeba na to lat, a nie dni…

Im bardziej weszłyśmy w daną relację, tym trudniej może być nam z niej wyjść.

Jeśli ten tekst dotknął miejsca, o którym zwykle milczysz, dołącz do newslettera. Piszę o relacjach, które ranią, i o sile, która wraca. Raz w tygodniu. Prawdziwie.

Idź do oryginalnego materiału