Dojeżdżam rowerem pod kamienicę przy ulicy Włodkowica we Wrocławiu, żeby doręczyć zamówienie z knajpy – dwa razy gulasz, naleśniki z serem, kompot. W termoboxie mam jeszcze ciepłe słoiki. Sprawdzam adres na telefonie: numer osiem, domofon z lewej strony. Zsiadam, rozprostowuję plecy.
I wtedy bokiem oka łapię, iż cały chodnik przed wejściem jest pokryty kolorową kredą. Serca, słońce, kwiaty na łodygach, a na samym środku wielkimi literami: „Pani Krysiu, dziękujemy". Narysowane krzywo, dziecięcą ręką. Nie mogę postawić stopy, żeby nie przydepnąć jakiejś stokrotki.
Przy krawężniku stoi rower z koszykiem, a w koszyku siedzi rudy kocur i wygryza sobie coś z łapy. Z otwartego okna na pierwszym piętrze gra Radio Zet. Zapowiadają burze.
— Niech pan uważa! — podbiega dziewczynka w różowej kurtce. Ma umazane kredą dłonie. — To jest nasza laurka!
Zanim zdążę odpowiedzieć, z podwórka wychodzi kobieta w granatowej kamizelce. W ręku trzyma wiadro i miotłę, ale wiadro odstawia. Przykuca przy rysunku, dotyka palcem żółtego serca.
— Wy to naprawdę dla mnie? — pyta łamiącym się głosem.
Druga dziewczynka, starsza, podaje jej kredę.
— Pani Krysiu, niech pani dorysuje swój uśmiech. Bo bez uśmiechu to nie jest serce.
Pani Krysia bierze kredę. Rysuje dwa łuki. Usta jej drżą, ale nie komentuję. Stoję z rowerem, trzymam torbę z jedzeniem, czekam, aż kobieta z trzeciego piętra odbierze zamówienie.
Mama jednej z dziewczynek, pani Magda, przytakuje z boku. — Jak deszcz spadnie, to zmyje. A dzieci chciały podziękować.
Wtedy trzaska domofon. Z klatki wychodzi pan Zbyszek. Ten sam, który w zeszłym tygodniu przyszedł na zebranie wspólnoty z plikiem wydruków o zapachu lawendy w piwnicy. Mówią o nim, iż emerytowany rewident. Ma na nogach papcie, w ręku siatkę na śmieci.
Od razu przyspiesza. — Co tu się dzieje? — Wskazuje na chodnik, a raczej na prawie cały chodnik, bo rysunki ciągną się od drzwi aż po pojemnik na szkło. — To nie jest zeszyt do rysowania, tylko wejście do budynku. Rozniosą tę kredę do klatki, potem będę miał kolorowe plamy w korytarzu. I kto to posprząta? Znowu pani Krysia? A tak się cieszy, iż ma co robić.
Pani Krysia podnosi się. Wciąż trzyma w ręku kredę, ale już mocniej zaciśniętą w palcach. — Panie Zbyszku, to dzieci — mówi cicho, ale jakoś tak, iż ja, stojąc trzy metry dalej, słyszę każde słowo. — Niech pan nie wyciera butów o cudzą wdzięczność.
Sąsiad bierze to jako atak. — Wspólna przestrzeń! — unosi palec. — Trzeba było zapytać, a nie zamazywać pół posesji. Jak mi pani linię do śmietnika zamaluje, to będę chodził po trawniku.
Dziewczynka z różowej kurtki zaczyna zbierać resztkę kredy, jakby chciała wszystko zmazać. Pani Magda robi krok do przodu, ale nie zdąża nic powiedzieć, bo pani Krysia odwraca się do sąsiada plecami.
Podchodzi do schodka przy drzwiach. Odkłada miotłę, otwiera swoją służbową teczkę, którą miała przyciśniętą pod pachą. Taka granatowa, przetarta na rogach. W środku grafik sprzątania, kartki ze spisem lokatorów, harmonogram podstawiania pojemników. Wyjmuje jedną kartkę, bierze od dziewczynki fioletową kredę.
Na odwrocie grafiku sprzątania pisze dużymi literami: „Dnia dzisiejszego nie sprzątam chodnika. Uznaję go za wystawę. P. K.". Stawia kredą kropkę na asfalcie, mocno, jakby podpisywała protokół.
Sąsiad mruży oczy. — To pani ma klucze do zarządzania śmieciami, a nie do decydowania o wystawach.
— Panie Zbyszku — pani Krysia zamyka teczkę i przysuwa mu ją pod nos. — Tu są podpisy lokatorów pod grafikiem. Może pan dopisać swoje zastrzeżenie od razu, na miejscu. Tylko proszę czytelnie, bo to dokument.
W tym momencie otwiera się domofon. Pani z trzeciego piętra zjeżdża windą. Podaje mi trzydzieści cztery złote. Odliczam, daję torbę, uśmiecham się pod nosem. Nie odjeżdżam od razu. Udaję, iż poprawiam sakwy, bo nie chcę tak wsiąść na rower i odjechać, nie widząc, co zrobi sąsiad.
Pan Zbyszek patrzy na teczkę, jakby mu ktoś podsunął pod nos paragon za cudze życie. Bierze długopis, który wystaje z kieszonki teczki, przez chwilę trzyma go nad kartką. Potem oddaje długopis, nie zapisawszy ani słowa. Rzuca siatkę na śmieci na schodek, zaciska szczękę.
— Niech pani nie robi ze mnie wroga. Ja tylko mówię, iż granice trzeba szanować.
— A ja nikogo nie pytam o zgodę na to, iż mam czysty chodnik — odpowiada pani Krysia i patrzy mu prosto w twarz. Potem odwraca się do dzieci. — Chodźcie. Dorysujemy panu Zbyszkowi krawat na słońcu.
Dzieci wybuchają śmiechem. Najmłodsza z nich, ta w różowej kurtce, podbiega i kreśli mu przy nogach żółtą linię krawata, prosto na chodniku. Sąsiad patrzy na to przez sekundę, jakby miał to zetrzeć butem. Zamiast tego cofa stopę, żeby nie nadepnąć na rysunek, podnosi swoją siatkę i wchodzi do klatki. Drzwi zamykają się za nim powoli, bez trzaśnięcia.
Pani Magda podchodzi do pani Krysi, kładzie jej rękę na ramieniu. — Widzi pani. choćby on nie nadepnął.
— Bo dzieci silniejsze niż on — mówi pani Krysia i chowa teczkę pod pachę. Otwiera ją jeszcze raz, dopisuje coś pod swoim podpisem – dopisek dla porządku, iż sprzątanie wraca od jutra, ale wystawa zostaje do pierwszego deszczu.
Wsiadam na rower. Rzucam okiem na parapet obok domofonu, gdzie pani Krysia stawia teczkę, róg fioletowej kartki wystaje spod klapki. Kot w koszyku przeciąga się i zeskakuje na chodnik, przechodzi łapami po żółtym sercu, zostawiając ślad w kredzie, jakby dorysowywał swoje.
Naciskam pedał. Przejeżdżam obok skweru przy Świętym Macieju, gdzie mamy z wózkami czekają, aż burza przejdzie bokiem. Kreda kruszy się pod oponami. Myślę, iż gdyby ktoś wjechał tu za pół godziny, zobaczyłby już tylko kolorowe smugi. Ale serce na asfalcie, trochę rozmazane kocim śladem, przez cały czas wyglądało jak serce. I to mi wystarcza, żeby uwierzyć, iż pani Krysia tej nocy będzie spać spokojniej niż zwykle.











