Wielkie wyzwanie
Mąż Ewy zmarł niedawno, chorował trzy lata. To ona się nim opiekowała, jeździła po lekarzach. Córka też się włączała, kiedy tylko mogła. Synowie rzadko się w czasie ojca choroby pokazywali.
- Nie mogę powiedzieć, iż wcale, jak dzwoniłam, iż coś trzeba, też byli – mówi Ewa. - Ale wielkiego wsparcia z ich strony nie miałam. Finansowego również, a choroba kosztuje, poszły praktycznie całe nasze oszczędności.
Synowie to dzieci męża Ewy z pierwszego związku.
- Jurek młodo owdowiał, kiedy go poznałam, był sam z dwójka małych dzieci, chłopcy mieli zaledwie dwa i pięć lat – opowiada Ewa. - Zaimponował mi, iż sam się nimi zajmuje. Współczułam mu też i tak się zaczęło.
Ona podjęła pierwszą pracę, traf chciał, iż wynajęła kawalerkę w bloku, w którym mieszkał Jurek. Na tym samym pietrze, czasami widywali się na schodach, wymieniali uprzejmości, któregoś dnia zapukał i zapytał Ewę, czy mogłaby przez godzinę zająć się chłopcami, bo wyskoczyło mu coś pilnego. Nie miała nic do roboty, zgodziła się bez problemu.
- Następnego dnia przyniósł mi bukiet kwiatów i zaprosił na kolację – wspomina Ewa. - Poszliśmy do restauracji na Starym Mieście. Był maj, było bardzo romantycznie. Fajnie nam się gadało.
Jurek opowiedział jej o chorobie żony, o tym, iż musi sam sobie radzić, pomagała mu w opiece nad chłopcami tylko zaprzyjaźniona emerytka. Czasami odbierała chłopców z przedszkola, coś ugotowała, zrobiła porządek w mieszkaniu, uprała.
- Jurek był chirurgiem, bardzo zdolnym, ale rzucił szpital, bo nie mógł brać dyżurów – mówi Ewa. - Poszedł na etat do przychodni. Nie miał wyjścia.
Ewa polubiła chłopców, oni się do niej garneli, widać było, iż brakuje im matki. No i zakochała się w ich ojcu. Postanowili się pobrać.
- Znajomi pukali się w głowę, mówili, iż to bez sensu, brać wdowca z dwójką dzieci – mówi Ewa. - Ale ja, choć wiedziałam, iż to wielkie wyzwanie, byłam zdecydowana. Uważałam, skoro ich matka nie żyje, jakoś ją mogę zastąpić, choć w części.
Zawsze myślała, iż to się udało. Bo przecież byli zgraną rodziną. Kiedy na świat przyszła córka Ewy, chłopcy byli szczęśliwi, iż mają siostrę.
Marzenia o własnym domu
Jurek wrócił do szpitala, gwałtownie wyrobił sobie markę. To Ewa zajmowała się dziećmi, domem, woziła chłopców na zajęcia sportowe.
- Byłam jak robot czasami, ten na karate, tamten na piłkę, córka na zajęcia z baletu – mówi Ewa. - Ale zawsze byłam dobrze zorganizowana i chciałam, żeby chłopcy czuli, iż są dla mnie ważni.
Mieszkanie w bloku zrobiło się ciasne. Oboje marzyli o domu. Kupili działkę w dobrej części miasta, zaczęli budowę. Tym też Ewa się zajmowała, bo Jurek robił doktorat, miał prywatną praktykę, dyżury.
- Dobrze zarabiał, ja byłam od spraw organizacyjnych, choć też cały czas pracowałam – wspomina Ewa. - W końcu przenieśliśmy się do wymarzonego domu. Może nie jakieś luksusy wielkie, ale jest taki, jaki chciałam. Urządziłam go po swojemu.
Lata leciały, dzieci rosły, założyły rodziny, poszły na swoje. Ewa została z Jurkiem w swoim królestwie. Liczyła na spokojną starość u boku męża, na wspólną euforia z wnuków, może jakieś podróże, bo nigdy za bardzo z życia nie korzystali. Troje dzieci to jednak dużo wydatków i obowiązków.
- Los chciał inaczej, Jurek zachorował, wiedział, jakie są rokowania – mówi Ewa. - Trzy lata chorował, to był straszny czas, takie patrzenie, jak ukochany człowiek się męczy. I ta świadomość, iż happy endu, niestety w tym wypadku, nie będzie.
Ta obca
Kiedy mąż był chory, Ewa nie myślała o spadku, o domu, o tym, co będzie, kiedy on odejdzie.
- To chyba największy błąd wielu osób, uważają, iż jest coś nieprzyzwoitego w myśleniu o pieniądzach w takiej chwili – mówi Ewa. - A potem się okazuje, iż życie płata figle.
Kilka miesięcy po śmierci męża, w domu zjawili się jego synowie. I postawili sprawę jasno, iż chcą spłaty swojej części spadku. Ewa zamarła. Dom wyceniono na 1,6 mln złotych. Pół należało do Ewy, połowa po mężu była dzielona na cztery osoby.
- Wyszło, iż mam im zapłacić po 200 tys. zł. Dla mnie to kwota nieosiągalna – mówi Ewa. - Albo mogę dom sprzedać i się wyprowadzić. Dom, który tak kocham, w którym jest tyle wspomnień.
Córka pieniędzy żadnych nie chce, dla niej Ewa może w domu mieszkać aż do śmierci. Ale synowie są nieustępliwi, nie pomagają żadne argumenty.
- Tłumaczyłam, iż przecież nic nie przepadnie, iż kiedyś wezmą ten swój spadek, niech dadzą mi tylko zostać tu do końca. Obaj twierdzą, iż nie chcą czekać, bo to jedyny majątek po ojcu – mówi Ewa. - Wiem, iż to prawda, ale przecież są jeszcze inne wartości, nie są biedakami, dobrze im się wiedzie.
Spytała nawet, czy tak by się zachowali, gdyby była ich biologiczna matką? Że przecież kochała ich i wychowała, jak własne dzieci i nie rozumie, iż chcą z nią w taki sposób postąpić. Tak, wie, iż jak dom sprzeda, wystarczy jej na zakup mieszkania, ale nie o to przecież chodzi. Ona ten dom kocha i chciałby w nim zostać do śmierci.
- Usłyszałam wtedy, iż przecież jestem dla nich obcą kobietą. To było chyba w tym wszystkim najgorsze – wzdycha Ewa. - Za tyle lat poświęcenia, troski, dbania o to, by mieli wszystko. Przecież ja ich kochałam, jak swoje dzieci. Bo chyba dziś już ta miłość mi przeszła.
Więc trochę ma żalu i do męża, iż nie pomyślał o tym przed śmiercią. Że w żaden sposób Ewy nie zabezpieczył, nie przyszło mu do głowy, żeby jej swoją część domu w spadku zapisać, żeby mogła być spokojna.
- Nie było w ogóle o tym rozmów. Żałuję, iż mąż nie zostawił testamentu, wiem, iż synowie mogliby starać się o zachowek, ale może uszanowaliby wówczas wolę ojca? – zastanawia się Ewa. - Wiem jedno, iż choć to trudne, nie wolno unikać takich rozmów i trzeba zawczasu myśleć o tym, co się stanie z majątkiem po naszej śmierci. Ja nie chcę niczego jego synom zabrać, ale przecież chyba mogliby poczekać, aż ja spokojnie tu sobie umrę?












