Upatrzył sobie cudzą żonę – historia o nieudanym małżeństwie artysty i cichej Sofii, która odnalazła…

polregion.pl 10 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo takiej historii jeszcze nie słyszałaś. Wyobraź sobie, iż w jednym z tych mniejszych miasteczek pod Lublinem, żył sobie taki facet Wiktor Dudkiewicz. Mieszkał razem z żoną, typowo w polskim domu z ogródkiem, kurami i wszystkimi takimi bajerami.

Wiktor, no co ja Ci powiem był prawdziwym artystą z grubej kreski. Pracował w wiejskiej podstawówce, uczył plastyki, techniki i jak trzeba było, to też muzyki, bo Zdzisława od muzyki wiecznie na zwolnieniu. Facet nie miał kręgosłupa zawsze zależał od nastroju: raz wesoły, raz ponury jak listopad pod Warszawą. Najczęściej jednak popijał kawę, snuł się po domu smutny i rozważał sens życia. Jego żona, Małgosia, znosiła wszystko z pokorą.

Wiktorowi marzyło się artystyczne życie, więc zamiast dziecięcego pokoju zajął największą i najjaśniejszą izbę na pracownię. Małgosia chciała tam urządzić pokój dla przyszłego dziecka, ale dom był Wiktora, więc nic nie mówiła, tylko pokornie się zgodziła. Wiktor zagracił pokój sztalugami, farbami, masą gliny. Malował jakieś dziwne martwe natury, lepił figurki wszystko jego dzieła, a nie sprzedawał tego nikomu, tylko obwieszał dom własnymi pracami. Powiem Ci szczerze, Małgosia miała już tego powyżej uszu, bo te obrazy były, delikatnie mówiąc, dziwne i nikt z gości, choćby znajomi-artysty z ASP w Krakowie, nie upilnowali się z pochwałą tylko cicho wzdychali.

No, ale był jeden wyjątek Leon Piszczek, taki starszy już facet, kiedyś kumpel jeszcze ze studiów. Przypił się jarzębiakiem, popatrzył i wypalił: O Boże, co za bohomazy! Ani jednego sensownego obrazu, tylko żona cudna!. Wiktor tego nie strawił, zrobił awanturę, kazał go wyprosić, narobił zamieszania na całą okolicę. Małgosia wybiegła za Leonem, próbowała ratować sytuację, a ten jej tylko powiedział, iż mu jej żal, bo te koszmarnie brzydkie rzeźby tylko dom psują, przecież wszystko, co robimy, to odbicie duszy, a Wiktor jak jego płótna pusty w środku.

Oj długo jeszcze Wiktor przeżywał ten incydent. Zeszło mu na to parę tygodni, krzyczał na Małgosię, tłukł te swoje figurki, łzy mu kapały jak z kranu.

Wiesz, Małgosia zawsze była spokojna, wierzyła, iż jak urodzą się dzieci, to Wiktor trochę dorośnie, odpuści sztukę i wróci do normalności, pracownia wyląduje jako dziecięcy. Początkowo po ślubie choćby próbował być porządnym mężem przynosił świeże owoce i całą pensję, ale gwałtownie mu się znudziło, schłódł do żony, pieniędzmi przestał się dzielić, a ona kuchnia, dom, ogród, kury i jeszcze teściowa na karku.

Jak się tylko Małgosia dowiedziała, iż będzie dziecko, Wiktor był w siódmym niebie. euforia trwała tydzień Małgosia poroniła, trafiła do szpitala. Wiktor jak tylko się dowiedział, wszystko zwalił na nią, krzyczał, winę znalazł choćby za chorobę matki i nie chciał jej wpuścić do domu, jak wróciła ze szpitala. Siedziała na schodach do nocy, prosiła męża, ten zamknięty na trzy spusty, nie odzywa się. W końcu, gdy wyszedł, szybciutko weszła do środka i padła ze zmęczenia.

Następnego dnia sąsiadka przyniosła straszną wiadomość teściowa po zawale nie przeżyła. Z Wiktora zrobił się wrak człowieka: zwolnił się z pracy, chorował, a Małgosi podziękował, mówiąc, iż nigdy jej nie kochał; matka kazała mu się z nią ożenić, chciała wnuków. To Małgosia zrujnowała im życie.

Mimo to, Małgosia nie miała dokąd iść. Matka, która tak ją wcześnie wydała za mąż, pół roku po ślubie poznała jakiegoś wdowca znad Morza Czarnego, sprzedała dom i uciekła, zostawiając córkę na łasce losu. No i masz babo placek dziewczyna została na lodzie.

Z czasem jedzenie się skończyło ostatnie kasze wygarnęła z półek, ostatnie jajko od kury wyłowiła i karmiła Wiktora rozgotowaną kaszą. Myślała, iż mogła teraz karmić dziecko, ale zamiast tego dogadzała rozwiedzionemu mężowi, który jej choćby nie szanował.

Mówi mu w końcu: Idę na jarmark do sąsiedniej wsi, spróbuję sprzedać kurę, chociaż wymienić na coś do jedzenia. Wiktor tylko tyle: Lepiej zrób z niej rosół, ileż można tę kaszę jeść!. A przy tym jeszcze dogadał, żeby wzięła na sprzedaż jego figurki i obrazy. Dumał, może ktoś kupi.

Małgosia, ubrana w jedyną sukienkę na zmianę tę samą, w której tańczyła poloneza na studniówce i potem ślub brała pakuje wszystko w torbę i idzie. Na jarmarku muzyka, miody, szale, baloniki, grill, całe wesołe miasteczko wiejskie życiem tętni. Ona niepewna, żal jej kury, bo to jej pupilka była Pstrokatka, ulubiona, sama ją leczyła, aż się polubiły.

Podchodzi do jednej babci-sprzedawczyni, próbuje kurę sprzedać. Tu nagle podchodzi młody facet Ignacy, pierwszy raz go widzi. Ogląda kurę, figurki, śmieje się z tych świstaczków i skarbonki. Dobra, kupuję wszystko. Lubię oryginały. Starsza handlarzyni tylko pod nosem: A co Ci po tych szpargałach, idź pomóż bratu przy kiełbasach.

Małgosia próbuje wycofać się z transakcji, bo słyszy, iż kurę Ignacy może dać na rosół. Ten ją uspokaja, mówi, iż da ptaka mamie, która hoduje kury, a Małgosia może przyjeżdżać w odwiedziny. Serio nie znałam wcześniej faceta, który by się tak uczepił kury!

Wraca do domu, a tu Ignacy dogania ją autem. Okazuje się, iż chce jeszcze dokupić tych rzeźb idealne na prezenty dla znajomych, żartuje. Małgosia od razu się ucieszyła, bo przecież cała chałupa tym zawalona.

W domu Wiktor oczywiście się obudził, żądał wody, potem obraził się, bo gość (Ignacy) spojrzał na obrazy i zapytał, kto to malował. Wiktor się uniósł, tłumaczył, iż pisze obrazy, nie rysuje, i iż wszystko to jego.

Ale wiesz, iż w tej całej historii puenta przyszła niespodziewanie. Wiktor w jednej chwili ozdrowiał, jak się znalazł ktoś, kto chciał te jego obrazki kupić. Ignacy zaczął wpaść pod byle pretekstem, co rusz kupował dzieło, a jak się skończyły prace brał figurki. Dla Wiktora był to szczyt szczęścia, ale nie wiedział, iż Ignacy przyjeżdża nie po te gnioty, tylko po Małgosię.

Tak, dobrze zgadłaś Ignacy w końcu zabrał Małgosię. Wiktor został sam, choćby kura mu została tylko na obrazku. Ignacy wszystkie obrazy po drodze do siebie palił w piecu, a gliniane potworki chował do worka, nie wiedząc, co z nimi zrobić. Ale Małgosia była szczęśliwa, w końcu uśmiechnięta, wolna od tego wiecznego smutku.

A Wiktor? No cóż, wieś huczała, iż Ignacy i Małgosia gwałtownie wzięli ślub. Dopiero wtedy Wiktor zrozumiał, co stracił. Myśli: gdzie ja teraz znajdę taką żonę? Kto mi ugotuje kaszę, kto da szklankę wody? Głupi byłem, głupi

Taka to historia, życiowa, polska po całości mówiłaś, żeby powiedzieć coś smutno-śmiesznego, to masz.

Idź do oryginalnego materiału