Unikam picia herbaty w domu mojej teściowej – ona zna powód mojego zachowania, ale woli udawać, iż problem nie istnieje.

polregion.pl 5 godzin temu

Moja teściowa to osobowość z najwyższej półki jeżeli chodzi o trudność i upartość. Jej niekończące się sprzeczki i ciągłe wtrącanie się do naszego życia sprawiały, iż razem z mężem zaznaliśmy domowego spokoju rzadziej niż święty spokój w urzędzie skarbowym pod koniec kwietnia. Mimo jej dezaprobaty, po ślubie musieliśmy z nią mieszkać nie tyle z powodu zwariowanych pomysłów, co rodzinnych okoliczności. Regularnie chodziliśmy z całą rodziną na zbieranie jagód, malin i poziomek, które potem lądowały w słoikach na zimę, ale resztka owoców nigdy nie trafiała do naszej rodziny. Oczywiście, cała spiżarnia zapełniła się zapasami teściowej w zamrażarce owoce zajmowały więcej miejsca niż kot na parapecie.

Początkowo uczestniczyłam w tych weekendowych wyprawach, bo w tygodniu praca, praca i jeszcze raz praca jak to w Polsce. Po narodzinach dziecka jednak nie mogłam się wymigać i na jagody chodziłam niemal codziennie. Teściowa uparła się, iż najzdrowiej zbierać owoce o świcie, kiedy w lesie komary siadają na człowieku z uporem godnym urzędnika, a z bagien unoszą się aromaty, których choćby polska chemia domowa nie pokona. Oczywiście, wszystkie najlepsze owoce, zbierane w pocie czoła, kończyły w jej zamrażarce na kolejny rok.

Do prawdziwej awantury doszło, gdy mój mąż wreszcie odważył się powiedzieć mamie, iż też mamy swoje finansowe potrzeby. Wybuchła nieprzyjemna konfrontacja, zwieńczona… zemstą w stylu rodem z polskiej kuchni. Teściowa przygotowała dla nas rosół, w którym mięsa było tyle, co ryby w barszczu w piątek czyli symbolicznie. Poczułam się tak dotknięta, iż zamknęłam się w łazience i urządziłam dramat o smutku i łzach, jakby w tle grał Janusz Laskowski.

Wreszcie podjęliśmy strategiczną decyzję i wynajęliśmy własne mieszkanie w Krakowie. Zapanował spokój, jakiego nie zaznałam od… nigdy. Teraz tylko czasem wpadałam do teściowej w odwiedziny, ale demonstracyjnie odmawiałam picia herbaty taki cichy protest, zrozumiały tylko dla wtajemniczonych w polskie rodzinne igrzyska. Sądzę, iż dobrze wie, o co chodzi, ale raczej niespecjalnie ją to rusza na co dzień jest bardziej nieugięta niż zimowy wiatr na Mazurach.

No i teraz pytanie: z czyjego punktu widzenia patrzeć na tę sagę teściowo-synową? Kto tu ma rację? Jak to w Polsce pewnie każdy po trochu, ale rozstrzygnę to tylko przy herbacie u siebie w domu.

Idź do oryginalnego materiału